Dzień 5 – Zoo i pożegnanie Singapuru

Ostatniego dnia naszego pobytu w Singapurze, spakowaliśmy i zostawiliśmy plecaki w przechowalni w naszym hostelu i popędziliśmy do Zoo. W drodze, nasz autobus został zatrzymany przez dzikie małpy spacerujące ulicą. W singapurskim zoo można zobaczyć wszelakiej maści małpy od orangtunanów po pawiany, hipopopotamy, kangury, zebry, żyrafy, warany z komodo, liczne węże, żółwie, misia polarnego i wiele, wiele innych.

Po wyjściu z Zoo popędziliśmy z powrotem po nasze bagaże i na autobus, który miał nas zawieźć do Kuala Lumpur. W drodze do hostelu, okazało się, że autobus ma dwugodzinne opóźnienie, więc zyskany czas poświęciliśmy na obiad. W końcu, stawiliśmy się w umówionym miejscu, przed „nowoczesnym” centrum handlowym Golden Mile Complex, gdzie udzielono nam informacji, że autobus niedługo podjedzie. Jak się okazało, podjechał rozwalający się 8-osobowy busik, z którego wyskoczył kierowca poszukujący pasażerów do Kuala Lumpur. W tym momencie byliśmy już przekonani, że 5-godzinną podróż odbędzięmy w bardzo „ciekawych” warunkach. Ostatecznie okazało się, że kierowca jedynie podwoził nas i innych do właściwego autokaru.

Co ciekawe autokar zatrzymywał się jeszcze kilka razy w różnych miejscach Singapuru i dosiadali do nas, ludzie którzy oczekiwali razem z nami przy Golden Mile Complex… W końcu wyruszyliśmy! Czekała nas jeszcze kontrola graniczna potwierdzająca wyjazd z Singapuru oraz kontrola graniczna i bezpieczeństwa na wjeździe do Malezji. Po przybiciu kolejnej pieczątki ruszyliśmy w dalszą drogę.

20171202_190718.jpg

Około 1 w nocy dotarliśmy do stolicy Malezji, Kuala Lumpur. Stąd taksówką pojechaliśmy do hostelu, który jak się okazało położony jest w Chinatown. Stąd będą zaczynały się nasze przygody przez następne 4 dni.

Dzień 4 – S.E.A. Aquarium i Gardens by the Bay

20171201_153124

Trzeciego dnia naszego pobytu w Singapurze ruszyliśmy by zwiedzić dwie bardzo znane atrakcje tego azjatyckiego giganta. Najpierw, pojechaliśmy do S.E.A. Aquarium, które znajduje się na turystycznej wyspie Santosa World Resort.

Trafić tam można wysiadając z metra na stacji Front Harbour i przesiadając się na specjalny bus RWS8, który za 2$ zawiezie nas pod samo Kasyno… Tak, kasyno, bo wyspa Santosa jest ośroddkiem czysto rozrywkowym – znajdziemy tutaj park wodny, kasyno, studio filmowe Universal, hotele, spa, restauracje, McDonalds i wszystko czego dusza zapragnie.

My zdecydowaliśmy się na S.E.A Aquarium, w którym zobaczyć można wiele egzotycznych stworzeń morskich, takich jak: dziwaczne rekiny młoty, ogromne płaszki, ochydne mureny (Morey eel) z ostrymi zębami, kolorowe rafy koralowe, kraby giganty, mnogość ukwiałów i rozgwiazd. Największą atrakcją jest tutaj ściana akwarium o wymiarach 35m x 8m, przez którą oglądać można w szczególności ogromne manty. Zwiedza sie też chodząc w oszklonych tunelach, gdzie rekiny i płaszczki pływają wokoło lub człowiekowi nad głową. Na konniec tańczące meduzy różnych rozmiarów… magicznie.

Stamtąd pojechaliśmy do kolejnego widowiskowego miejsca, którym są ogrody Gardens by The Bay. Jest to ogromny park z futurystycznymi drzewami (Super Trees) i dwoma ogrodami botanicznymi (Flower Dome i Cloud Forest). W pierwszym z nich znajdziemy kwiaty i rośliny z całego świata, od kaktusów i baobabów po koper włoski i pomidory. Drugi poświęcony jest lasom tropikalnym i orchideom, które są wizytówką Singapuru. Kwiaty te są wszechobecne w tym kraju, od lotniska, przez sklepy po przydrożne klomby, lecz ilość gatunków i wielkość tych znajdujących się w Cloud Forest jest niebywała. Dodatkowo, cała konsttrukcja ogrodu, po zachodzie słońca wygląda jak lądujący statek kosmiczny.

Gdy zapada zmrok odsłania się również drugie oblicze parku – Super Trees rozświetlają się niczym drzewa z fantastycznego filmu Avatar. Światła synchronizują się z dzwiękami muzyki, a otaczające wierzowce tworzą przepiękne tło dla tych dziwaczynch iluminacji.

Gdyby tego wszystkiego było mało, mieliśmy szczeście trafić na jarmark Bożonarodzeniowy, który gości w grudniu w Gardens by The Bay. Stragany wyglądają podobnie do swoich europejskich kuzynów i przez chwilę można zapomnieć, że jest 30 stopni. Znaleźliśmy cyrk i lodowisko – singapurczycy kompletnie nie potrafią jeździć na łyżwach 🙂

Dzień 3 – singapurskie Chinatown

SwiatyniaZebaBuddy.jpg

Dzisiaj, zwiedziliśmy singapurskie Chinatown i Little India.

Wyruszyliśmy z naszego hotelu, po drodze zakupując świeże owoce w lokalnym ‚warzywniaku’. Po wczorajszych przeżyciach z egzotycznymi owocami, postanowiliśmy spróbować bardziej nam znanych bananów, ananasa, papaji i arbuza. Wszystkie smakują trochę inaczej niż w Polsce, w szczególności ananas i arbuz były bardzo dojrzałe, soczyste i pełne smaku. Papaja jako jedyna nie wprawiła nas w zachwyt, ponieważ była zwyczjanie mdła.

Gdy dojechaliśmy do Chinatown, minęliśmy Świątynię Zęba Buddy i tysiąc chińskich mikrosklepów. Można tutaj sprawić sobie nową fryzurę, kupić ‚na pewno’ autentyczne antyki, pośpiewać karaoke za ciemnymi drzwiami, spotkać Buddę obok automatu z Coca-Colą i wiele wiele innych.

W końcu dotarliśmy do Chinatown Food Street, która okazała się bardzo turystyczną uliczną jadłodalnią. Zjedliśmy „Fried Carrot Cake” (Smażone Ciasto Marchewkowe?!?), które okazało się nie mieć nic wspólnego ani z marchewką, ani z ciastem. Jest to prawdopodobnie smażona potrawka z mąki ryżowej i rzodkiewki oraz omlety z rzodkiewką i ryżem. Napisaliśmy „prawdopobnie” ponieważ ciężko połączyć nasze wrażenia z opisem.

Po Chinatown pojechaliśmy metrem do Little India, gdzie odbyliśmy krótki spacer. Jest bardzo kolorwa dzielnica, w której faktycznie znaczna większość populacji to Hindusi. O pewnej godzinie odczucie przebywania tam zaczyna być mało przyjemne, więc postanowiliśmy wrócić do domu.

LittleInida

W drodzę z metra do naszej dzielnicy, zgłodnieliśmy i postanowiliśmy zjeść jeszcze ostatni dzisiejszy posiłek. Julia zjadła zapiekany ryż z owocami morza i jajkiem, a Kuba znowu zaeksperymentował i zamówił zupę z żaby! Na przystawkę dostaliśmy podejrzane mikro-chrupki, które okazały się chipsami z mini rybek oraz miękkie (prawdopobnie smażone) orzeszki ziemne.

Gorąca zupa z żab została podana w glinianym garnczku z chochlą, którego obsługi nauczyliśmy się dopiero po chwili – z dużego garnka przelewamy do małych miseczek, z których dopiero jemy posiłek. Sama zupa przypominała gotowany ryż z masłem (a ‚la owsiankę), w którym pływały duże kawałki ŻABY… Okazuje się, że żaba smakuje trochę jak kurczak, ale jest bardzo koścista. Generalnie oprócz nóżek, wszystkie kawałki wiążą się z wydłubywaniem kawałeczków mięsa z kości. Nie mniej jednak, Kuba zjadł zupę w całości z czego jest bardzo dumny.

Dzień 2 – Singapur

Po odreagowaniu pakowania i podróży, dość późno ruszyliśmy na pierwsze singapurskie śniadanie. Złamaliśmy pierwsze przykazy podróżnego po Azji BHP – jedliśmy rękami, barowymi pałeczkami, plastikowymi łyżkami wielokrotnego użytku oraz piliśmy napoje z lodem. Żyjemy! Zjedliśmy pierożki z krewetkami gotowane na parze oraz ryż z wieprzowiną, do tego pyszny świeży kokos, wyjątkowo słodki sok z trzciny cukrowej i bardzo ochydna mrożona kawa.

SingapurskieSniadanie1

Następnie ruszyliśmy spacerem z naszej dzielnicy Geylang (czerwonych latarni ;)) w stronę Downtown Core z widokiem na słynne Marina Bay. W trakcie drogi zachwycało nas wszystko, od przedziwnych kosmicznych budynków po bujną i wszechobecną zieleń. Klimat singapurski sprzyja rozwojowi bujnej roślinności i mimo otaczających nas wieżowców ma się ciągłe wrażenie przebywania w palmiarni. Gdy zapadł zmrok, wszystko, dosłownie wszystko zaczęło świecić tysiącami różnokolorowych świateł i diod LED. Gdy doszliśmy do Esplanade Bridge, ukazał nam się widok na: symbol Singapuru – Merliona (pół lwa – pół rybę), hotel Marina Bay Sands oraz singapruskie drapacze chmur. Jest to chyba najbardziej znane miejsce widokowe w Singapurze i robi ogromne wrażenie.

SingapurNoca

Przeszliśmy do Merliona by spotkać się z malezyjskim znajomym brata Julii, który mieszka z żoną w Singapurze od 17 lat. Wee, bo tak ma na imię, zabrał nas do lokalnego ‚marketu’ z jedzeniem, gdzie można znaleźć bary indyjskie, tajlandzkie, malezyjskie i właściwie wszystkie które sobie wymyślimy. Stoliki są wspólne dla wszystkich budek i barów, więc siadamy na zewnątrz, w miejscu, w którym w ciągu dnia jest ulica, a pod wieczór otwiera się stołówka.

Wee zamawia. Po chwili zaczynają do nas spływać dania… baranina na patykach z ryżem w formie sprasowanych plastrów, krewetki na patykach, cały krab, krewetki w orzechach. Oczy nam się otwierają, a jedzenia wciąż przybywa.

JedzenieZWee.jpg

Po tej uczcie dla podniebienia, ruszamy w dalszą drogę. Wee poprowadził nas do dzielnicy z bardzo drogimi sklepami, gdzie świecą kiczowate ogromne sztuczne choinki i różowe flamingi… takie świąteczne klimaty. Wygląda to komicznie, gdy temperatura przekracza 27 stopni, a wokół pelno przybranych choinek.

SwiatecznyFlaming

Po tych wrażeniach, wróciliśmy metrem do naszej dzielnicy, gdzie na koniec dnia Kuba postanowił spróbować duriana, a Julia stwierdziła że zadowoli się pitają, czyli Smoczym Owocem. Kto wyszedł na tym lepiej, możecie się domyślić… 🙂