Amazonas Park i Ajos Nikolaus

W poszukiwaniu atrakcji dla dzieci, odwiedziliśmy Amazonas Park, czyli małe zoo z małpami, papugami i innymi dzikimi zwierzętami, położone we wschodniej części wyspy.

Mieliśmy też okazję nakarmić lemury

Następnie udaliśmy się do pobliskiego Ajos Nikolaos, gdzie zwiedziliśmy Kościół Rybaków, czyli wyrytą w skale budowlę nad dziwną przystanią, niby jeziorem.

Na koniec małe przedzieranie przez tłoczne sklepiki z pamiątkami i…

jedna z nich będzie niedługo zdobić naszą sypialnię

Rethymno

Zwiedzaliśmy dzisiaj Rethymno. Zaczęliśmy od… lodów i kremów, postem wiatraków i samolotów, aż wreszcie dotarliśmy do fortecy Weneckiej 🙂

W twierdzy mikro kościół św. Mikołaja i meczet Sułtaba Ibrahima.

Potem latarnia morska, obiad i…

Morze, morze, morze aż do zachodu słońca.

Dzień 45 – Zatoka Ha Long

Dzień 45 – Zatoka Ha Long

11 stycznia wybraliśmy się na wykupioną dwa dni wcześniej wycieczkę do zatoki Ha Long. Postanowiliśmy, że tak będzie nam łatwiej się dostać i zwiedzić słynne wyspy.

Według planu, mieliśmy czekać o 8 w naszym hostelu skąd autobus miał nas zabrać do Ha Long. Okazało się, że to nie do końca tak i faktycznie, o 8 pojawił się człowiek który miał nas zabrać dalej, ale nie autobusem lecz skuterem! Wsiedliśmy oboje na skuter, który miał nas zabrać do autokaru. Nasz kierowca poruszał się w tym ogromnym chaosie, jednocześnie rozmawiając przez telefon i odczytując kartkę gdzie ma pojechać po następnych pasażerów. Wariactwo, które na szczęście trwało krótko, było doświadczeniem bardzo intensywnym, ale pokazało nam drugą stronę tego wszystkiego. Kierowca poruszał się bardzo sprawnie i naturalnie w tym ogromnym ulu skuterów.

Gdy dotarliśmy, byliśmy już w pełni rozbudzeni mocnymi wrażeniami. Wsiedliśmy do autokaru i czekaliśmy na resztę pasażerów. Po chwili, ruszyliśmy i pojawił się nasz przewdonik, który całkiem nieźle mówił po angielsku. Opowiedział nam kilka faktów dotyczących Hanoi, liczby mieszkańców, skuterów i zarobków. Jak wcześniej wspominaliśmy, stolica Wietnamu ma około 12 milionów mieszkańców, którzy są użytkownikami około 7 milionów skuterów. Nasz przewodnik wytłumaczył, że mimo, że ludzie zarabiają bardzo mało (twierdził, że średnie zarobki to 180 dolarów miesięcznie), a skutery nie są tanie (twierdził, że ok 1000 dolarów – co wydaje się ceną zdecydowanie zbyt wysoką) to wszyscy ich potrzebują i długo na nie zbierają, ponieważ jest to środek transportu, a bez niego bardzo ciężko żyć w Wietnamie. Mówił również, że owszem, ruch wygląda chaotycznie, to praktycznie nie ma wypadków na drogach, ponieważ wszyscy są przyzwyczajeni do operowania w takich warunkach. Opowiadał, że największy problem mają turyści, ponieważ zatrzymują się w połowie ulicy ze strachu przed przejechaniem, a zasada jest taka, że jak już wejdziemy na ulicę to powinniśmy kontynuować drogę tym samym tempem, bo wtedy kierowcy skuterów są w stanie nas ominąć.

Po paru godzinach jazdy dotarliśmy do zatoki Ha Long i po chwili zamieszania i kupowania biletów, byliśmy już na przystani, kierując się w stronę stateczku wycieczkowego, który miał nas zabrać w dalszą podróż.

Zatoka Ha Long w tłumaczeniu oznacza Zatoka Lądującego Smoka i składa się z około 2000 małych wysepek rozrzuconych po dużej zatoce. Te wapienne bloki są jak kamienie rozrzucone w kałuży, ponieważ częściowo odcinają zatokę od otwartego morza woda jest tutaj bardzo spokojna, a całość wygląda jak z filmu fantastycznego. Obszar ten został w 1994 roku wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO ze względu na swój urok naturalny.

20180111_130426

Pierwsza wyspa, do której dopłynęliśmy słynna jest dzięki ogromnym grotom które skrywa. Jaskinie pełne są stalagmitów, stalagmatów i stalaktytów, tworzących intrygujące struktury, do których ludzie dopisują różne znaczenia i nazwy. Jaskinia ponoć pierwotnie była w całości zalana wodą, ale dzięki wypiętrzaniu się skały została wyniesiona na powierzchnię.

By wejść do jaskini trzeba najpierw wspiąć się po schodkach, co pozwala na zobaczenie zatoki z innej perspektywy.

Po przejściu całości, wyszliśmy z innej strony, gdzie czekał już nasz stateczek.

Drugim przystankiem w zatoce była mała zatoczka, gdzie mogliśmy się przesiąść do łodzi, którą napędzał jeden z lokalnych wioślarzy lub do kajaku. Wybraliśmy drugą opcję, by zaznać choć odrobinę niezależności w trakcie tej wycieczki 🙂

Przepłynęliśmy pod ogromną skałą i wokół małej zatoczki, gdzie można było zobaczyć jak zmienia się poziom wody w czasie przypływu – widzieliśmy wiele muszelek przyklejonych do skały, które normalnie żyją w wodzie, a teraz były w całości na powierzchni.

Gdy spokojnie płynęliśmy dalej, nagle Julia zauważyła, że para kajakujących przed nami azjatów uważnie przygląda się czemuś w wodzie. W końcu odpłynęli, a chłopak rzucił nam pytanie czy widzimy meduzę! Okazało się, że w pobliżu naszego kajaka płynie ogromna biała meduza.

Po licznym obfotografowaniu ruszyliśmy z powrotem w kierunku przystani by wrócić do naszego statku.

Kolejną wyspą, którą odwiedziliśmy była Titop Island, której nazwa pochodzi od rosyjskiego kosmonauty Titova, który ponoć w 1962 odwiedził Wietnam i wraz z Ho Chi Minhem odwiedził tę wyspę. Komunistyczny lider postanowił nazwać wyspę by upamiętnić tę wizytę.

20180111_152829(0)

Można tutaj posiedzieć na piaszczystej plaży lub wspiąć się na szczyt by ujrzeć panoramę całej zatoki – wybraliśmy bardziej intensywną opcję i ruszyliśmy w górę.

Po pokonaniu 427 schodów ukazała się nam faktycznie piękna panorama całej zatoki! Mogliśmy się przyjrzeć ogromowi wysepek i pięknemu lustru wody. Niestety, po krótkim podziwianiu musieliśmy szybko ruszyć w dół by zdążyć na powrót naszego statku 🙂

20180111_154753

Po abordażu zostaliśmy poczęstowani lampką wietnamskiego wina i ciastkami. Musimy przyznać, że już byliśmy dosyć głodni i bardzo nam smakowała taka przekąska 🙂

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w wspaniałym sklepie, w którym można było kupić wszystko made in Vietnam – czyli od orzeszków po metrowe posągi Buddhy i wysłać to statkiem gdzie tylko zapragniemy. Ogromna tablica obwieszczała ceny do różnych miejsc – w tym do Gdańska, Gdyni, Poznania i Warszawy. Długo ze sobą walczyliśmy, ale w końcu musieliśmy odpuścić metrowe posągi mitologicznych lwo-psów.

Po powrocie do Hanoi ruszyliśmy na upragnioną kolację do dobrze znanego nam ‚Little Vietnam’ 🙂

DCIM102GOPROG0428498.

Dzień 44 – Ulice Hanoi.

Dzień 44 – Ulice Hanoi.

Ponieważ, Kuba nie czuł się najlepiej, postanowiliśmy tego dnia zostać dłużej w naszym hostelu – co wcale nie było łatwe, ponieważ nasz pokój był bardzo ciekawej konstrukcji. Gdy zakwaterowywaliśmy się wieczorem, nie było widać pewnych „smaczków”. Z czasem zorientowaliśmy się, że conajmniej jedna ze ścian była zrobiona z jakiejś bardzo cienkiej płyty, ponieważ gdy Kuba próbował włożyć wtyczkę do gniazdka ugięła się cała ściana. Ponadto, tapety naklejone były w bardzo niechlujny sposób, nachodziły na siebie lub w ogóle odchodziły od ściany. W zasadzie przy lekkim pociągnięciu można by je zerwać w całości. Dodatkowo, gdy się obudziliśmy, okazało się, że jedna z tapet przykrywa stare okno (lub szyb wentylacyjnych?), które zostało odkryte przez wpadające z zewnątrz promienie słoneczne. W łazience, z bojlera wystawał zwitek kabli, niektóre były poskręcane i nieizolowane. Żeby tego było mało, w pokoju oczywiście nie było ogrzewania, (co nie zmieniło się przez całą Azję) więc zwiększaliśmy temperaturę używając klimatyzacji. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że ten hostel nie posiadał ‚prądu na kartę’ (tj. by w pokoju było zasilanie, trzeba włożyć kartę otwierającą drzwi lub dołączoną do klucza) – więc pracownicy periodycznie podchodzili do skrzynki i wyłączali bezpieczniki… Na początku myśleliśmy, że to kwestia naszych urządzeń, ale miało to również miejsce parę razy tuż przed naszą pobudką…

20180109_141709

Ach, i aby nie zapomnieć – po strychu, który znajdował się tuż nad naszym sufitem biegały różne zwierzaki, prawodobnie myszy, szczury i koty, ponieważ słychać było różne rodzaje kroków i pazurów.

Zdecydowaliśmy się wyjść po południu, w poszukiwaniu uniwersalnej wtyczki i dzielnika, które przez przypadek zostawiliśmy w Bangkoku. Kuba do dziś dzień nie wie jak to się stało, ale w Bangkoku zostały wspomniane, bardzo ważne elementy naszej działalności i jedna z jego koszulek. Wyruszyliśmy więc na poszukiwania!

Tutaj, pozwolimy sobie zamieścić dłuższy opis ulic w Hanoi i ruchu panującego na drogach, chodnikach, a właściwie wszędzie gdzie da się wjechać skuterem.

Ilość skuterów jest zatrważająca! Jak się potem dowiedzieliśmy, Hanoi ma około 12 milionów mieszkańców, którzy są posiadaczami około 7 milionów skuterów! Skutery są wszędzie. Poruszają się po jezdni i po chodnikach, w dodatku większość chodników jest również gęsto zastawiona zaparkowanymi skuterami. Przejście niewielkiej odległości zajmuje bardzo dużo czasu, a przejście na drugą stronę ulicy wydaje się niemożliwe. Nieodzowną częścią jazdy na skuterze wydawało się nieustanne trąbienie…Hałas jest mometnami trudny do zniesienia ( oczywiście dla obcokrajowców):P

Bardziej żywym obrazem tego co dzieje się na ulicach Hanoi będą trzy zamieszczone poniżej filmy. Pierwszy ukazuje jak wiele skuterów parkuje na chodnikach, drugi ruch na ulicach z perspektywy pasażera autobusu, a ostatni zasady ruchu na skrzyżowaniu. Naprawdę warto rzucić okiem, bo w tym przypadku opis nie oddaje tego co krótkie wideo.



Do tego wszystkiego, życie miasta toczy się w dużej mierze na ulicach, więc co jakiś czas zobaczyć można małe stoiska z jedzeniem, a czasem nawet całe ‚kuchnie polowe’ rozłożone na chodnikach. Zazwyczaj, wokół nich znajdują się jeszcze mniejsze stoliki i taboreciki, przy których można usiąść i zjeść zakupioną przekąskę.

Ponadto, co jakiś czas można spotkać panie, które niosą ogromne kosze z owocami zawieszone na kiju – widok jak z obrazka.

Mozolnie przedostając się przez miasto, poszukiwaliśmy adaptera do kontaktu i dzielnika – ponieważ często potrzebujemy jednocześnie ładować np. aparat i telefon. O ile adapter udało nam się znaleźć bardzo szybko ponieważ tuż obok naszego hostelu znajdował się sklep z telefonami i komputerami, to z dzielnikiem sprawa była już trudniejsza. Na ulicach można kupić wszystko – plecaki North Face (made in Vietnam), trójkątne kapelusze, papierowe rozkładane pocztówki, tylko nie dzielniki! Warto zwrócić również uwagę na zdjęcie z salonem fryzjerskim.

Tuż po opuszczeniu sklepu komputerowego, Kubę napadł przechodni naprawiacz butów. Od razu zaczął podklejać trampki w miejscu gdzie materiał lekko odstawał od podeszwy. Natychmiast zaczął również rozwiązywać but i zdjemować go z nogi. Kuba zdziwiony dał zdjąć sobie but, po czym nagle naprawiacz wyjął kawałek podeszwy i szybko przykleił go pod piętą. W tym momencie Kuba miał już dosyć i zdecydowanie podziękował za usługę o którą nie prosił. Zapłaciliśmy 15 zł i poszliśmy. Mieliśmy nadzieję, że doklejony kawałek uda się odkleić – byliśmy w błędzie. Od tego momentu, Kuba miał jeden but trochę wyższy, co wcale nie było wygodne, ale i tą sprawę udało nam się załatwić… o tym trochę później 🙂

20180110_164910

Poruszaliśmy się kolejnymi uliczkami i trafiliśmy na ulicę pełną okapów, zlewozmywaków, garnków, łyżek i innych metalowych elementów kuchennych. Wygląda to niesamowicie, gdy po obu stronach jezdni widzimy po 10 sklepów z takim samym asortymentem. Dodatkowo, co jakiś czas ktoś spawa coś na ulicy lub tnie piłą do metalu.Kuba opanował do perfekcji pokazywanie na migi działanie trójnika – podchodził do kontaktu i pokazywał, że z jednego tworzą się trzy. Nie zawsze to pokazywanie działało, ale mieliśmy wrażenie, że większość rozumie na czym nam zależy. Mimo naszych licznych pytań, kolejni sklepikarze wskazywali kierunek ruchu, aczkolwiek nikt nie był pewien gdzie można dostać potrzebny nam element. Trafiliśmy na uliczkę w której sprzedawano kable i elementy elektryczne, wydawało się, że to idealne miejsce… niestety nie. Jedyne co mogliśmy kupić to wielometrowy przedłużacz z kilkoma wyjściami.

W końcu, poruszając się coraz dalej, zauważyliśmy serwis telewizorów, a w ścianie – dzielnik! Kuba zaczął pytać, gdzie można dostać taki element. Jeden z młodych pracowników wyjął z ściany mocno zakurzony dzielnik i poszedł do sklepu obok. Tam, przy biurku siedziała pani w średnim wieku i po wytłumaczeniu przez pracownika o co chodzi, podała cenę. Wyszło około 10 złotych, udało nam się cenę minimalnie stargować i wyszliśmy z serwisu z mocno używaną, ale nadal użyteczną częścią.

20180110_174224

Zadowoleni, przechodząc ‚spacerem’, o ile można to tak nazwać w tym wielkim chaosie krzywych chodników zaparkowanych skuterami do granic możliwości i procesji pojazdów na ulicach, wróciliśmy do znanego nam Little Vietnam na obiado-kolację.

Dzień 43 – Hanoi – Świątynia Literatury i Teatr Kukiełek na wodzie

Dzień 43 – Hanoi – Świątynia Literatury i Teatr Kukiełek na wodzie

Pierwszego dnia w Hanoi, postanowiliśmy odwiedzić Świątynię Literatury. Na szczęście, nasz hostel znajdował się w centrum miasta i większość atrakcji turystycznych wydawała się w zasięgu pieszym.

Ruszyliśmy w kierunku wspomnianej świątyni z myślą, że w ok. 25 minut będziemy na miejscu. Dotarliśmy po 45 minutach, ponieważ ruch uliczny w Hanoi, to chaos który postaramy się przedstawić w kolejnych wpisach.

Gdy w końcu dotarliśmy, przeszliśmy przez główną bramę i pierwszy ogród, gdzie w dwóch stawach przy odrobinie szczęścia dostrzec można kłębiące się karpie.

Idąc dalej, po przejściu przez drugą bramę, dotarliśmy do Studni Niebiańskiej Światłości (ang. Well of Heavenly Brilliance), która w rzeczywistości jest kwadratowym stawem.


20180109_163407

Wokół stawu, znajdują się tablice zawierające imiona 1304 wietnamczyków, którzy zdali cesarski egzamin i zostali mandarynami w 82 kolejnych egzaminach. Cesarz, nie tylko sam musiał być człowiekiem cnoty ale i wszyscy jego lokalni przedstawiciele – mandarynowie. Z tego powodu, przeprowadzano bardzo trudne, trwające wiele miesięcy egzaminy, do których przystępowali młodzi mężczyźni zamożnego pochodzenia. Co ciekawe, za czasów panowania dynastii Le do egzaminów, nie mogli przystępować kryminaliści, muzycy i śpiewacy oraz ludzie w żałobie.


20180109_163407

Świątynia Literatury jest jedną z wielu w Wietnamie poświęconych Konfucjuszowi. Można w niej zobaczyć postać wielkiego mędrca, a także ofiarować mu dary w postaci kwiatów, owoców lub pieniędzy.

Po wizycie w tej słynnej świątyni, ruszyliśmy w kierunku jeziora Hoan Kiem, które jest słynne obecnie głównie z powodu pewnych kontrowersji dotyczących rzekomo żyjącego tam gatunku żółwia. Otóż, według legend w jeziorze żył święty żółw. W roku 1998 został on sfilmowany amatorską kamerą, a w 2000 nadano mu łacińską nazwę Rafetus leloii. W roku 2011 żółw zaczął częściej pojawiać się na powierzchni z widocznymi ranami na ciele – Wietnamczycy przystąpili do akcji ratunkowej, żółwia schwytano i wyleczono, a następnie wypuszczono na wolność. Niestety, na początku roku 2016 został znaleziony martwy, a gatunek ogłoszono wymarłym. Wszystko owiane jest pewną nutą niedowierzania z strony naukowców, gdyż dokładne badania genetyczne nie zostały przedstawione i część środowiska uważa, że żółw ten był osobnikiem innego, znanego gatunku pochodzącego z Chin.

Tak czy inaczej, przeszliśmy się nabrzeżem pięknego jeziora, nieśmiale wypatrujące legendarnego żółwia. W końcu, stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w pobliżu to może odwiedzimy kolejną ciekawą atrakcję Hanoi – Teatr Kukiełek na Wodzie.

Dostaliśmy się do kasy i udało nam się kupić bilety na spektakl o 20. Były to ostatnie wolne miejsca więc mieliśmy sporo szczęścia 🙂

SONY DSC
SONY DSC

W czasie do rozpoczęcia przedstawienia ruszyliśmy by szybko coś przekąsić. Podczas poszukiwania, spotkaliśmy przypadkiem Polaków, którzy polecili nam wycięczki oferowane w pobliskim ‚biurze podróży’. Musimy powiedzieć, że ich reklama zadziałała, ponieważ zdecydowaliśmy się na wykupienie jednodniowego wyjazdu do zatoki Ha Long.

Po szybkiej kolacji ruszyliśmy do teatru. Przedstawienie „Kukiełek na Wodzie” jest naprawdę widokiem egzotycznym i wartym zobaczenia. Kukiełki wystają z wody, a ich aktorzy schowani są za nimi za kurtyną, więc faktycznie widzimy jedynie drewniane postacie wystające z wody, tańczące i śpiewające. Przedstawienie opowiada kilka historii: legendy w których występują ryby, żółwie i smoki, historię miłosną oraz życie na wietnamskiej wsi.

Przedstawienie wydaje się idealne dla dzieci, ale i my mieliśmy wiele ubawu – pierwszy raz widzieliśmy sztukę w takiej formie. Oprócz zdjęć, najlepiej zaprezentują to krótkie filmiki:



Po przedstawieniu ruszyliśmy do domu, ponieważ od ostatnich dni w Bangkoku Kubę męczył kaszel. Na konieć dnia, odwiedziliśmy jeszcze nasz pobliski bar „Little Vietnam”, gdzie można bardzo tanio zjeść 🙂

20180109_213839

Dzień 42 – Droga do …

Dzień 42 – Droga do …

Na 8-ego stycznia przypadł nasz wyjazd z Tajlandii. Jak wcześniej opisywaliśmy, postanowiliśmy skrócić nasze tajskie plany i wykorzystać ostatnie dni do maksimum możliwości – odwiedziliśmy most na rzece Kwai w Kanchanaburi, park narodowy z wodospadami w Erawan, muzeum budowy Kolei Śmierci i Przecięcie Ognia Piekielnego oraz Ayutthayę. Po tym wszystkim przyszedł czas na wyjazd, albo raczej wylot!

Ostatniego dnia, po spakowaniu się, mieliśmy jeszcze chwilę czasu by pójść na polecany przez wszystkich, słynny tajski masaż! W ciągu godziny, wymasowano nam całe ciała, od palców u stóp przez nogi, plecy, ręce, uszy (!) i brwi aż do czubków głów. Masujące panie wyciągnęły nam palce ze stawów, stawały nam na plecach, ugniatały nas łokciami i blokowały dopływ krwi do nóg – wszystko w imię masażu:-)

Julia wyszła zrelaksowana, Kuba czuł się jakby ktoś zrobił mu krzywdę i nie mógł dojść do siebie przez następną godzinę.

W końcu, pożegnaliśmy naszą uliczkę, tuk-tuki i gdy stanęliśmy na przystanku skąd autobus miał nas zabrać na lotnisko, ulica opustoszała. Policjanci rozgonili tłum i po pytaniach odpowiedzieli, że będzie jechał Król. My czekamy, przejechała kolumna limuzyn i zatrzymała się kawałek dalej, a ulica nadal była zamknięta. Musieliśmy szybko zmodyfikować nasz plan i zamówiliśmy taksówkę by zdążyć na samolot.

Pora chyba wyjawić dokąd miał nas zabrać… następnym krajem który postanowiliśmy odwiedzić był Wietnam, a zacząć mieliśmy od stolicy, czyli Hanoi!

Screenshot-2018-2-9 Polarsteps

Na lotnisku panował chaos i dziki tłum kłebił się w ogromnych kolejkach do okienek. Pracownicy lotniska zapewniali nas i innych turystów, że nie ma problemu i na pewno zdążymy. W końcu, gdy było już blisko wylotu, faktycznie zwołali pasażerów na nasz lot i przepuścili nas do odprawy. Zdążyliśmy, ale do bramki musieliśmy już biec. Na szczęście, okazało się, że nie tylko my 🙂

Wylądowaliśmy w Hanoi około 20 i pierwsze co musieliśmy zrobić to dostać wizy wjazdowe do Wietnamu. Na szczęście byliśmy dobrze przygotowani, mieliśmy listy polecające nasz wjazd (wykupione przez internet), zdjęcia i dolary przygotowane do zapłacenia. Wszystko poszło bardzo sprawnie, wnioski wydrukowaliśmy już wcześniej i wypełniliśmy w samolocie. Na lotnisku musieliśmy jedynie poczekać w kolejce.

Ponadto, gdy wyszliśmy z samolotu uderzył nas mróz! Na lotnisku musieliśmy założyć bluzy i kurtki. W drodze do centrum, obserwowaliśmy przez szybę ludzi w puchowych kurtkach palących małe ogniska na chodnikach by się ogrzać. Przeraziło to nas trochę, ponieważ z ponad 30 stopni przeskoczyliśmy do mrozu.

20180108_202307

W końcu, dotarliśmy do hostelu, który okazał się również bardzo ciekawy, ale o tym może trochę później…

20180108_204313

Musieliśmy zapłacić za pokój z góry, więc wybraliśmy się w poszukiwaniu bankomatu. Gdy nam się udało – zostaliśmy MILIONERAMI! Otóż, wietnamskia waluta jest bardzo mało warta – 100 000 dongów to jedyne 15 zł. Po wypłaceniu 3 milionów czuliśmy się bardzo dobrze! Zamieszczamy zdjęcie banknotów o różnych nominałach, w tym pół milionowy 🙂

Dzień 41 – Ayutthaya

Dzień 41 – Ayutthaya

7-ego stycznia wstaliśmy rano i ruszyliśmy do głównego dworca kolejowego w Bangkoku. Tam, w kasie, zakupiliśmy w cenie 12 Bahtów bilety do Ayutthai, po czym została nam chwila na zjedzenie szybkiego śniadania w dworcowym barze. Kolejny raz zaczynaliśmy dzień od treściwej, rosoło-podobnej zupy z makaronem.

Ayutthaya to dawna stolica królestwa Ayutthayi, w której obecnie zobaczyć można pozostałości kompleksów świątynnych i pałacowych z 12-13 wieku. Całe ‚miasto’ położone było na ‚wyspie’ – a w zasadzie otoczone kanałem z wszystkich stron. Znajduje się tutaj kilka kompleksów oraz grobowców, w których odnaleziono cenne relikwia.

Droga do Ayutthayi trwa okło 1.5h i odbywa się w trudniejszych warunkach. W pociągu jest tłoczno, ale udało się nam zdobyć miejsca siedzące.

Po wyjściu z dworca, zostaliśmy natychmiastowo napadnięci przez grupę kierowców Tuk-tuków, którzy koniecznie chcieli nas zawieźć do wszystkich atrakcji. Postanowiliśmy nie udzielać się histerii i ruszyć na piechotę.

Po chwili, okazało się niestety, że droga jest dłuższa niż podejrzewaliśmy, więc zwróciliśmy się do jednego z zaparkowanych tuk-tuków i podjechaliśmy do pierwszej ze świątyń, które chcieliśmy odwiedzić. Tuk-tuki w Ayutthayi są przedziwne, jak obudowane kolorowe mydelniczki.

Pierwsza to Wat Ratchaburana, gdzie zakupiliśmy od razu łączony bilet na cztery najważniejsze monumenty w okolicy. Świątynia ta, jak wszystkie w Ayutthai jest zbudowana z czerwonej cegły, która kiedyś była pokryta białym tynkiem. W Wat Ratchaburana znajdują się szczątki dwóch braci króla Chao Sam Phraya. Przekazy mówią, że dwóch braci pojedynkowało się na słoniach o miejsce na tronie, a ich armie stacjonowały w pobliżu. Gdy oboje zginęli, najmłodszy z braci został mianowany królem i rozporządził ich kremację. W miejscu kremacji powstała własnie Wat Ratchaburana.

20180107_110019

W największym prangu czyli świątyni z bogato rzeźbionej wieżą znajdują się specjalne komnaty, które kiedyś zawierały skarby. Historia wykopalisk jest dosyć drastyczna, ponieważ gdy je rozpoczęto, zorientowano się, że światynie zostały już wcześniej częściowo ograbione. Od tego momentu, ustawiono policjantów, którzy mieli pilnować wykopalisk w dzień i w nocy. Zostały one jednak okradzione ponownie – śledztwo wykazało, że z złodziejami współpracował jeden z stróżujących policjantów. Mimo, że przestępców złapano – nie udało się odzyskać wszystkich artefaktów. Wszystkie odnalezione dzieła można oglądać w muzeum w Ayutthayi.

Drugą świątynią, którą zwiedziliśmy, była znajdująca się tuż obok Wat Mahathat. Słynie ona chyba najbardziej z drzewa, które wyrosło wokół głowy Buddy.

Ten kompleks jest większy niż Wat Ratchaburana, ale układ ma dosyć podobny. Z resztą, układ pozostał do dzisiaj bardzo podobny. Kompleks otoczony jest pomieszczeniami dla mnichów, w których znajdują się posągi Buddy zwrócone do środka, posiada główną świątynię oraz centralnie umieszczony prang oraz pomniejsze czedi po bokach. Obecnie świątynie nie mają prangów, ale występuje więcej czedi. Obeszliśmy całość, zwracając uwagę, że budowle są w kiepskim stanie – mury są krzywe, a większość czedi i wszystkie świątynne ściany już się przewróciły. Zastanawia nas co jest powodem – w Europie istnieją przecież ogromne ceglane budowle w podobnego okresu. Klimat jest tutaj znacznie inny – jest ciepło i parno, ale za to nie ma mrozów. Zastanawiamy się czy winić można ewentualny brak fundamentów, wszystko wygląda jakby zostało ułożone wprost na ziemii, bez jakiegokolwiek utwardzania. Wiemy, że wszystko zostało spalone podczas ataku burmiańczyków w XVII wieku, a potem popadło w ruinę. Do dzisiaj nie rozwikłaliśmy tej zagadki…

Następna świątynią którą chcieliśmy odwiedzić było Wat Phra Ram. Położona jest ona jakieś 10-15 minut piechotą od pierwszych dwóch świątyń. Całe ‚stare’ miasto położone jest jakby w parku, od jednego punktu do kolejnego przejść można uliczkami i mostami nad kanałem. Po paru minutach, Julia podniosła głos wskazując na człapiącego przed nami stwora. Kuba próbował go dogonić i sfotografować, ale zwierzę uciekło do wody, aż się za nim kurzyło. Zaskoczeni, zastanawiając się co to dokładnie było, ruszyliśmy dalej. Przeszliśmy więc przez targ pełen kwiatów i ruszyliśmy ścieżką przez park. Jest tutaj wiele pomniejszych świątyń, a czasem jedynie śladów po nich, czyli stosów cegieł przypominających o dawnej świetności i wielkości tego miejsca.

Po chwili, spostrzegliśmy kolejne stwory – teraz już byliśmy pewni, trafiliśmy na warany! (i tak wyjaśniła się zagadka z Bangkoku – stworzenie dryfujące w kanale było właśnie waranem Dzień 33 – Bangkok – Złota Góra) Tym razem, Kubie udało się zaczaić i zrobić kilka zdjęć, chociaż warany nie są głupie i również szybko uciekły do wody.

Kontynuując naszą drogę i wypatrując kolejnych jaszczurów, zobaczyliśmy grupkę ludzi nad wodą. Popędziliśmy tam i zobaczyliśmy scenkę, gdy prawdopodbnie pracownik weterynaryjny (lub hycel?) próbował przepędzić ogromnego warana do wody. Domyślamy się, że stworzenie blokowało pobliską drogę i musiało zostać odstraszone. Przebieg sytuacji i warana używającego swojego ogona przedstawia poniższy filmik:


W drodze do świątyni Wat Phra Ram zobaczyliśmy jeszcze ludzi jadących na słoniach. Bardzo ładnie to wygląda, gdy duży azjatycki słoń ubrany jest w tradycyjny strój i niesie na plecach loże, a kieruje nim równie kolorowo ubrany człowiek. Wygląda, ale tak naprawdę jest to proceder brutalny i sprawiający słoniom wiele cierpienia. Są to dzikie zwierzęta, nieudomowione, które regularnie się buntują. By je tresować muszą być regularnie bite i karane. Z tego powodu, nawet jeśli zostaniemy zapewnieni, że słonie są dobrze traktowane – nie można w to wierzyć i nie należy nigdy jeździć na słoniach.

W końcu, dotarliśmy. Świątynia jest bardzo podobna do poprzednich, ale lepiej zachowana. Niestety, w obecnym momencie nie można było jej w całości obejść z powodu trwających prac archeologicznych.

Ostatnią zwiedzoną przez nas świątynią była Wat Phra Si Sanphet. Była to kiedyś kaplica królewska, w której król się modlił. Nie było tutaj pomieszczeń dla mnichów, którzy byli zapraszani jedynie na specjalne ceremonie. Składa się ona z przetrwałych do dzisiaj trzech ogromnych czedi przy których nie omieszkaliśmy zrobić sobie serii zdjęć 🙂

Po tym wszystkim, wróciliśmy szybko tuk-tukiem na dworzec i kupiliśmy bilety powrotne. Ostatnie chwile przed odjazdjem spędziliśmy jedząc ryż z kurczakiem i warzywami z pobliskiego stoiska.

Pociąg był jeszcze bardziej zatłoczony niż wcześniej i przez pewien czas musieliśmy stać w przejściu pomiędzy wagonami.

Pociąg docierając do Bangkoku zdecydowanie zwolnił, a wręcz zaczął się toczyć… zobaczyliśmy, jak na przedmieściach, ludzie żyją tuż przy torach kolejowych. Właściwie tyły ich domów mają wyjścia na tory, a pomiędzy torami, czasem ustawione są fotele i wszędzie biegają bawiace się małe dzieci.

20180107_171914

Gdy wysiedliśmy w Bangkoku, szybko ruszyliśmy do hotelu by się wykąpać ponieważ czekało nas jeszcze jedno spotkanie tego dnia. Kuby kolega z pracy, właśnie wypoczywał z żoną w Tajlandii i nasze trasy się zbiegły. W tych egzotycznych okolicznościach spotkaliśmy się na piwo i kolację, gdzie wymieniliśmy się doświadczeniami i przygodami z podróży 🙂 Tak zakończył się nasz ostatni pełny dzień w Tajlandii!

Dzień 40 – Kanchanaburi – Hellfire Pass

Dzień 40 – Kanchanaburi – Hellfire Pass

Ostatniego dnia w Kanchanaburi wstaliśmy o 4:15, spakowaliśmy bagaże, które zostawiliśmy w hostelu i ruszyliśmy na dworzec kolejowy. O 5.50 czekał na nas pociąg do Ton Bak. Postanowiliśmy, że nasz ostatni dzień będzie w pełni poświęcony Kolei Śmierci – poranek, przejazd koleją przez most na rzece Kwai, do samego końca istniejącej jeszcze linii – co dopełnia całość linii w Tajlandii. Przejechaliśmy bowiem z Bangkoku do Kanchanaburi, a teraz dalej do Nam Tok. Następnie w planie mieliśmy muzeum Hellfire Pass.

Zanim jednak tam przeskoczymy, musimy opisać drogę przez most! Kompletnie nic nie widzieliśmy ponieważ było ciemno! 🙂 Nie mniej jednak, sama droga pociągiem ma swój szczególny urok i warto ją odbyć. Tym razem nawet siedzenia wagonu były drewniane (tzw. hard seat).

Gdy dotarliśmy do końca drogi, wysiedliśmy w bardzo małej miejscowości, gdzie postanowiliśmy zjeść szybkie śniadanie. Po wciągnięciu zupy i ryżu, ruszyliśmy dalej.

Po około 15 minutach piechotą dotarliśmy do drogi, przy której mieliśmy złapać autobus do muzeum. W tej okolicy już nikt nie mówi po angielsku, więc znalezienie przystanku i upewnienie się, że jedziemy w odpowiednim kierunku było nielada wyczynem. Gdy byliśmy pewni, skosztowaliśmy bardzo dziwnej przekąski, którą sprzedawano tuż przy przystanku.

Słodki ryż z rodzynkami (byćmoże?) pieczony w bambusowej łodydze jest bardzo ciekawą potrawą, trochę jak słodki deser, a jednocześnie posiadający specyficzny posmak.

W końcu udało nam się złapać bus i po około 25 minutach wysiedliśmy przy bramie do muzeum. Kolejne 10 minut piechotą i byliśmy w środku. Bardzo intrygujący jest fakt, że do muzeum wchodzimy boso! Podejrzewamy, że jest to spodowane faktem, że oprócz muzeum jest tutaj szlak, który podczas deszczu pewnie powoduje, że buty są umazane w błocie.

Obeszliśmy całe muzeum upamiętniające budowę kolei śmierci. Dowiadujemy się tam, że konstrukacja miała 415 km, które zostały zbudowane w ciągu zaledwie 18 miesięcy. Miała ona tworzyć trasę pomiędzy Tajlandią, a Birmą, co wspomogłoby japońskie wojska właśnie w Birmie i Indiach, ponieważ umożliwiłoby przesyłanie transportów bezpieczną drogą lądową. Standardowa trasa wiodła z Singapuru do portu w Rangun, ale statki były narażone na ataki amerykańskich łodzi podwodnych. Podczas budowy, pracowało tam około 60 tysięcy jeńców wojennych oraz, w szczytowym momencie, około 200 tysięcy pracowników z Azji Południowej zwanych Romusha. Wszczyscy jeńcy-pracownicy byli podzieleni na oddziały, jak w wojsku, a ich przełożonymi byli faktyczni dawni dowodzący. Zapewniało to pewną strukturę w obozach i utrzymanie porządku. O ile w obozach jeńców warunki były zatrważające, to dopiero ‚pracownicy’ azjatyccy żyli w makabrycznych warunkach. Nie pomagał brak struktury i higieny. Wspomnienia jeńców mówią, że sezon suchy, czyli gorący był dla nich hartowaniem, ale to sezon mokry był momentem najtrudniejszym, gdyż ziemia przy której pracowali była gliniasta i niebezpiecznie śliska, a w obozach panowała cholera.

Całą trasę budowano bardzo prostą technologią. Tabilce informują nas, że spośród wszystkich 688 mostów, jedynie 8 było zbudowanych ze stali. Wynikało to przede wszystkim z faktu, że starano się korzystać z materiałów dostępnych w okolicy, czyli drewna i bambusa. Fakt ten dawał z kolei pewne szanse na dywersję – jeńcy stosowali różne nieoczywiste metody, ponieważ karą za ssss była śmierć. Prostymi sposobami było np. wypełnianie tyczek bambusowych do połowy ziemią, tak by gdy były wbijane, nie wchodził na pełną głębokość do środka, przez co były znacznie słabiej umocowane. Innym sposobem było przenoszenie gniazd termitów w pobliże budowy, z nadzieją, że natura sama załatwi sprawę. Ponadto, japońscy inżnierowie nie mieli wówczas doświadczenia w budowie tuneli, więc podczas budowy w górach stosowano tzw. przecięcia – po prostu drążono na drugą stronę skały. Proces wyglądał tak – ręcznym dłutem i ręcznym „wiertłem udarowym” (czyli prętem zakończonym wiertłem i wbijanym młotkiem) drążono w skale dziury. Następnie w taki otwór wkładano dynamit. Po eksplozji, większe kawałki rozbijano kilofami na mniejsze, a te wywożono z placu budowy.

Można sobie wyobrazić warunki pracy, temperatura przekraczająca 40 stopni Celsjusza lub nieustanne opady. Ogromne masy ludzi zginęły podczas budowy z wycieńczenia, głodu i chorób. Kolejne, ginęły od kar cielesnych, które z ogromną zażartością stosowali koreańscy strażnicy. Ciekawe jest, że im dłużej trwała budowa, tym więcej ludzie ginęło lub było niezdolnych do pracy, a strażnicy wyładowywali swoje frustracje na tych jeszcze pracujących lub ledwo pracujących, co powodowało, że i oni nie byli w stanie pracować dalej. Te kontr-produktywne metody zmuszały do sprowadzania coraz większych ilość pracówników z Azji Płd. Podczas budowy zginęło około 13 tysięcy jeńców wojennych i 90 tys. Romusha.

W końcu, po miesiącach budowa została ukończona. Nie była ona jednak w stanie spełnić nawet 1/10 z początkowo zakładanych wymogów 3000 ton transportu dziennie, a wojska aliantów starały się regularnie bombardować jej trasę. Co ciekawe, aż do końca wojny, w pobliżu kolei pozostawały obozy pracy, których ludność miała naprawiać walące się mosty. Całość była japończykom tak niezbędna, że w pewnym momencie, w zniszczonych fragmentach, stosowano nawet transport barkami przez rzekę.

Po wojnie kolej przeszła w posiadanie brytyjczyków, którzy parę lat później rozebrali 4 km torów, gdyż obawiali się, że może ona zostać użyta do zasilenia separatystów w Birmie. Potem torowisko przeszło w ręce kolei Tajskich, które po paru latach stwierdziły że odcinek do Birmy jest nieekonomiczny i rozłożyły kolejną część torów.

Po przejściu muzeum ruszyliśmy na szlak. Można tutaj bowiem przejść kilka kilometrów drogą, którą biegła feralna kolej. Pomiędzy innymi, znajduje się tutaj najdłuższe i najbardziej znane przecięcie na całej trasie – tzw. Hellfire Pass (pol. Przecięcie Ognia Piekielnego) zwane również Tap and hammer cutting (pol. Przecięcie Dłuta i Młota). Były to właściwie dwa przecięcia – najdłuższe liczące 450 metrów długości i 8 metrów głębokości oraz najgłębsze o długości 73 metrów i głębokości 25 merów. Z wycieńczenia i wysokiej temperatury zginęło tu bardzo wielu żołnierzy-jeńców.

Przeszliśmy cały możliwy odcinek, który zrobił na nas ogromne wrażenie. Przecięcia są bardzo długie i wysokie, a człowiek nawet podczas jedynie spaceru jest cały mokry od upału. Ciężko sobie wyobrazić jak mogła wyglądać praca w takich warunkach.

Po wszystkim, wróciliśmy autobusem wprost do Kanchanaburi, gdzie złapaliśmy coś prędko do jedzenia i ruszyliśmy po nasze bagaże! Musieliśmy jeszcze zdążyć na 18, na autobus do Bangkoku!

Tego wieczora dojechaliśmy do Bangkoku i zawitaliśmy w tym samym hotelu co wcześniej. Po całym dniu wrażeń szybko zasnęliśmy, ponieważ nastepnego dnia mieliśmy kolejny ambitny plan do wykonania!

Dzień 39 – Kanchanaburi – Wodospady Erawan

Dzień 39 – Kanchanaburi – Wodospady Erawan.

5-ego stycznia wyruszyliśmy na stację autobusową by dostać się do słynnych w okolicy wodospadów Erawan. Są one położone w parku narodowym Erawan, około 65 kilometrów na północ od Kanchanaburi, co oznacza około 1.5h jazdy autobusem.

Autobus, podobnie jak pociąg dzień wcześniej jest dosyć intrygującym pojazdem. Mały i ciasny do tego stopnia, że Kuba ledwo mógł włożyć kolana między siedzenia, podłoga była drewniana, z przodu, tuż obok kierowcy była dodatkowa boczna kanapa na dodatkowych pasażerów, a na suficie, dla ochłody zamontowane były wiatraki. Ciężko to opisać, chyba najlepiej odda klimat tego miejsca poniższe zdjęcie i film z wnętrza.


Droga do Parku Narodowego Erawan wiedzie przez podmiejskie drogi, momentami przecinając piękną turkusową rzekę mającą swoje źródło w okolicy wodospadów.

20180105_111302

Gdy w końcu dotarliśmy, przy bramie pobrana została opłata za wejście, a chwilę dalej zostaliśmy wysadzeni tuż przed rozpoczęciem szlaku.

Park Narodowy w Erawan oferuje jeden główny szlak wiodący do 7-miu przepięknych wodospadów oraz jeden w kierunku doliny. Ponadto, można tutaj zoragnizować nocleg lub (chyba?) wynająć namiot. Kolejne wodospady znajdują się od siebie w odległościach od 150 do 500 metrów, a cała wędrówka to około 2.5 km.

20180105_120050

Już na samym początku miejsce oczarowuje swoją fauną i florą. Przepiękne drzewa i turkusowa rzeka sprawiają wrażenie, że jak z jednego z filmów przygodowych. Gdy idziemy, najpierw zauważamy ogromne ryby pływające tuż przy powierzchni, a chwilę później otacza nas gromada małych białych motyli – miejsce jest magiczne.

Mozolnie zdobywamy kolejne wodospady. W zasadzie, pierwsze dwa z nich to spokojny płaski spacer, kolejne dwa, to chwila drogi w górę, ale nadal jest stosunkowo lekko.

Przy każdym z nich można się zatrzymać i wejść do wody, my decydujemy się na dłuższą przerwę i ochłodę w wodzie przy czwartym wodospadzie. Okazuje się, że rzeka oferuje darmowe Fish Spa, a stada rybek zaczynają podgryzać nas w nogi. Im większe, tym mocniej gryzą, choć te największe wydają się już mądrzejsze i nie próbują polować na człowieka 🙂 Jest to podobne, choć inne uczucie niż to, które opisywaliśmy podczas pobytu w Kuala Lumpur (Fish Spa w Parku Ptaków w Kuala Lumpur) – nieprzyjemne łaskotanie połączone z zaskoczeniem 🙂 Po chwili można się trochę przyzwyczaić, ale nadal pozostaje pewna nieufność 🙂

20180105_142206

Idziemy dalej w górę! Trudności zaczynają się mniej więcej w drodze do szóstego wodospadu, zaczyna robić się coraz bardziej stromo. Szlak do ostatniego z nich wiedzie po śliskich kamieniach a momentami idziemy nawet w rzece. Można się poczuć niczym Indiana Jones. Nie poddajemy się i dzielnie idziemy dalej – jesteśmy dobrze ubrani, oboje mamy wygodne buty.

Z przerażeniem i pewnym podziwem obserwujemy grupy azjatów w japonkach, którzy wyglądają jakby mieli zaraz zjechać wszyscy razem z góry. O dziwo, nikt się nie wywrócił w naszej obecności, pomimo naprawdę trudnych momentów.

W końcu docieramy do samego szczytu, gdzie pozwalamy sobię na kolejną chwilę odpoczynku, a Kuba kąpie się w ostatnim stawie.

20180105_145234

Po zejściu łapiemy ostatni autobus do Kanchanaburi, który jest przepełniony. W parku spędziliśmy około 5 godzin i był to bardzo przyjemny dzień w pięknych okolicznościach przyrody! Zakończyliśmy ten piękny dzień jedzeniem z lokalnego night-marketu i powrotem do naszego nawodnego hostelu.

20180105_180906

Dzień 38 – Kanchanaburi – Most na rzece Kwai

Dzień 38 – Kanchanaburi – Most na rzece Kwai

4 stycznia wstaliśmy wcześnie, zjedliśmy szybkie śniadanie, spakowaliśmy nasz plecaki i ruszyliśmy! Poprzedniego wieczoru zdecydowaliśmy, że nie będziemy przedłużać naszego pobytu w Tajlandii, ponieważ czeka nas jeszcze wiele krajów do zwiedzenia. Obiecaliśmy sobie, że na północ tego azjatyckiego kraju jeszcze wrócimy, a tymczasem postaramy się maksymalnie wykorzystać pozostałe nam dni.

Z dużymi bagażami poszliśmy na przystań Phra Arthit, przepłynęliśmy 3 przystanki do przystani Thonburi.

Z przystani podjechaliśmy ‚miejskim’ Songthaewem do stacji kolejowej w Thonburi. O 7.20 czekaliśmy już z biletami w ręku na przyjazd naszego pociągu.

Ciekawostka – Thonburi to dawna stolica Tajlandii, leżąca po drugiej stronie rzeki Cho Phraya, a obecnie dzielnica Bangkoku. Tam również zaczynała się tzw. kolej śmierci, która była budowana podczas II Wojny Światowej z rozkazu japońskiej armii.

Tu zaczynał się kolejny rozdział naszej podróży. O 7.50 ruszyliśmy pociągiem z Thonburi do Kanchanaburi, gdzie znajduje się słynny most na rzece Kwai. Jazda jest dosyć ekstremalna, ponieważ wagony są w całości drewniane, na suficie zamontowane są wiatraki, a co jakiś czas przez okna wpada ogromna ilość pyłu, popiołu lub kawałków zbóż.

Gdy tylko ruszyliśmy, rozpoczął się kolejowy handel – u nas kupić można głównie piwo i suche przekąski, a tutaj pojawili się sprzedawcy z ciepłymi daniami zawiniętymi w bananowe liście lub plastikowe woreczki.

20180104_091748

Dotarliśmy do celu po około 3 godzinach jazdy i by wydostać się z naszego peronu musieliśmy przejść przez inny pociąg 🙂

Zakwaterowaliśmy się w hostelu, którego pokoje były położone na barkach. i po chwili odpoczynku ruszyliśmy na stację autobusową, ponieważ nasz plan był bardzo napięty.

Niestety, okazało się, że jest dosyć późno na dalsze wycieczki, więc ze stacji podjechaliśmy do słynnego mostu, którym obecnie nadal jeżdżą pociągi. Przeszliśmy się i mieliśmy okazję zobaczyć przejeżdżającą kolej, stojące jednocześnie na moście – to był szczęśliwy przypadek, ponieważ pociągi kursują tam jedynie 6 razy dziennie.

Po przejściu mostu wstąpiliśmy do położonej tuż nad brzegiem rzeki, chińskiej kolorowej świątyni, skąd przepłynęliśmy na nasz wyjściowy brzeg łódeczką. Tu musimy przyznać, że ponownie mieliśmy szczęście, bo łódki wcale nie pływały tam często. 🙂

Wracając do domu natknęliśmy się na ogromne poczwarki jedzące kwiatki i liście przydrożnego krzaku w zatrważającym tempie.

Wróciliśmy do naszego pokoju tuż przed zachodem słońca…


20180104_174026

Wieczorem przeszliśmy się jeszcze po okolicy, która na szczęście okazała się mniej turystyczna niż wcześniejsze miejsca, które zwiedzaliśmy. Po całym dniu wrażeń szybko zasnęliśmy.