Dzień 41 – Ayutthaya

Dzień 41 – Ayutthaya

7-ego stycznia wstaliśmy rano i ruszyliśmy do głównego dworca kolejowego w Bangkoku. Tam, w kasie, zakupiliśmy w cenie 12 Bahtów bilety do Ayutthai, po czym została nam chwila na zjedzenie szybkiego śniadania w dworcowym barze. Kolejny raz zaczynaliśmy dzień od treściwej, rosoło-podobnej zupy z makaronem.

Ayutthaya to dawna stolica królestwa Ayutthayi, w której obecnie zobaczyć można pozostałości kompleksów świątynnych i pałacowych z 12-13 wieku. Całe ‚miasto’ położone było na ‚wyspie’ – a w zasadzie otoczone kanałem z wszystkich stron. Znajduje się tutaj kilka kompleksów oraz grobowców, w których odnaleziono cenne relikwia.

Droga do Ayutthayi trwa okło 1.5h i odbywa się w trudniejszych warunkach. W pociągu jest tłoczno, ale udało się nam zdobyć miejsca siedzące.

Po wyjściu z dworca, zostaliśmy natychmiastowo napadnięci przez grupę kierowców Tuk-tuków, którzy koniecznie chcieli nas zawieźć do wszystkich atrakcji. Postanowiliśmy nie udzielać się histerii i ruszyć na piechotę.

Po chwili, okazało się niestety, że droga jest dłuższa niż podejrzewaliśmy, więc zwróciliśmy się do jednego z zaparkowanych tuk-tuków i podjechaliśmy do pierwszej ze świątyń, które chcieliśmy odwiedzić. Tuk-tuki w Ayutthayi są przedziwne, jak obudowane kolorowe mydelniczki.

Pierwsza to Wat Ratchaburana, gdzie zakupiliśmy od razu łączony bilet na cztery najważniejsze monumenty w okolicy. Świątynia ta, jak wszystkie w Ayutthai jest zbudowana z czerwonej cegły, która kiedyś była pokryta białym tynkiem. W Wat Ratchaburana znajdują się szczątki dwóch braci króla Chao Sam Phraya. Przekazy mówią, że dwóch braci pojedynkowało się na słoniach o miejsce na tronie, a ich armie stacjonowały w pobliżu. Gdy oboje zginęli, najmłodszy z braci został mianowany królem i rozporządził ich kremację. W miejscu kremacji powstała własnie Wat Ratchaburana.

20180107_110019

W największym prangu czyli świątyni z bogato rzeźbionej wieżą znajdują się specjalne komnaty, które kiedyś zawierały skarby. Historia wykopalisk jest dosyć drastyczna, ponieważ gdy je rozpoczęto, zorientowano się, że światynie zostały już wcześniej częściowo ograbione. Od tego momentu, ustawiono policjantów, którzy mieli pilnować wykopalisk w dzień i w nocy. Zostały one jednak okradzione ponownie – śledztwo wykazało, że z złodziejami współpracował jeden z stróżujących policjantów. Mimo, że przestępców złapano – nie udało się odzyskać wszystkich artefaktów. Wszystkie odnalezione dzieła można oglądać w muzeum w Ayutthayi.

Drugą świątynią, którą zwiedziliśmy, była znajdująca się tuż obok Wat Mahathat. Słynie ona chyba najbardziej z drzewa, które wyrosło wokół głowy Buddy.

Ten kompleks jest większy niż Wat Ratchaburana, ale układ ma dosyć podobny. Z resztą, układ pozostał do dzisiaj bardzo podobny. Kompleks otoczony jest pomieszczeniami dla mnichów, w których znajdują się posągi Buddy zwrócone do środka, posiada główną świątynię oraz centralnie umieszczony prang oraz pomniejsze czedi po bokach. Obecnie świątynie nie mają prangów, ale występuje więcej czedi. Obeszliśmy całość, zwracając uwagę, że budowle są w kiepskim stanie – mury są krzywe, a większość czedi i wszystkie świątynne ściany już się przewróciły. Zastanawia nas co jest powodem – w Europie istnieją przecież ogromne ceglane budowle w podobnego okresu. Klimat jest tutaj znacznie inny – jest ciepło i parno, ale za to nie ma mrozów. Zastanawiamy się czy winić można ewentualny brak fundamentów, wszystko wygląda jakby zostało ułożone wprost na ziemii, bez jakiegokolwiek utwardzania. Wiemy, że wszystko zostało spalone podczas ataku burmiańczyków w XVII wieku, a potem popadło w ruinę. Do dzisiaj nie rozwikłaliśmy tej zagadki…

Następna świątynią którą chcieliśmy odwiedzić było Wat Phra Ram. Położona jest ona jakieś 10-15 minut piechotą od pierwszych dwóch świątyń. Całe ‚stare’ miasto położone jest jakby w parku, od jednego punktu do kolejnego przejść można uliczkami i mostami nad kanałem. Po paru minutach, Julia podniosła głos wskazując na człapiącego przed nami stwora. Kuba próbował go dogonić i sfotografować, ale zwierzę uciekło do wody, aż się za nim kurzyło. Zaskoczeni, zastanawiając się co to dokładnie było, ruszyliśmy dalej. Przeszliśmy więc przez targ pełen kwiatów i ruszyliśmy ścieżką przez park. Jest tutaj wiele pomniejszych świątyń, a czasem jedynie śladów po nich, czyli stosów cegieł przypominających o dawnej świetności i wielkości tego miejsca.

Po chwili, spostrzegliśmy kolejne stwory – teraz już byliśmy pewni, trafiliśmy na warany! (i tak wyjaśniła się zagadka z Bangkoku – stworzenie dryfujące w kanale było właśnie waranem Dzień 33 – Bangkok – Złota Góra) Tym razem, Kubie udało się zaczaić i zrobić kilka zdjęć, chociaż warany nie są głupie i również szybko uciekły do wody.

Kontynuując naszą drogę i wypatrując kolejnych jaszczurów, zobaczyliśmy grupkę ludzi nad wodą. Popędziliśmy tam i zobaczyliśmy scenkę, gdy prawdopodbnie pracownik weterynaryjny (lub hycel?) próbował przepędzić ogromnego warana do wody. Domyślamy się, że stworzenie blokowało pobliską drogę i musiało zostać odstraszone. Przebieg sytuacji i warana używającego swojego ogona przedstawia poniższy filmik:


W drodze do świątyni Wat Phra Ram zobaczyliśmy jeszcze ludzi jadących na słoniach. Bardzo ładnie to wygląda, gdy duży azjatycki słoń ubrany jest w tradycyjny strój i niesie na plecach loże, a kieruje nim równie kolorowo ubrany człowiek. Wygląda, ale tak naprawdę jest to proceder brutalny i sprawiający słoniom wiele cierpienia. Są to dzikie zwierzęta, nieudomowione, które regularnie się buntują. By je tresować muszą być regularnie bite i karane. Z tego powodu, nawet jeśli zostaniemy zapewnieni, że słonie są dobrze traktowane – nie można w to wierzyć i nie należy nigdy jeździć na słoniach.

W końcu, dotarliśmy. Świątynia jest bardzo podobna do poprzednich, ale lepiej zachowana. Niestety, w obecnym momencie nie można było jej w całości obejść z powodu trwających prac archeologicznych.

Ostatnią zwiedzoną przez nas świątynią była Wat Phra Si Sanphet. Była to kiedyś kaplica królewska, w której król się modlił. Nie było tutaj pomieszczeń dla mnichów, którzy byli zapraszani jedynie na specjalne ceremonie. Składa się ona z przetrwałych do dzisiaj trzech ogromnych czedi przy których nie omieszkaliśmy zrobić sobie serii zdjęć 🙂

Po tym wszystkim, wróciliśmy szybko tuk-tukiem na dworzec i kupiliśmy bilety powrotne. Ostatnie chwile przed odjazdjem spędziliśmy jedząc ryż z kurczakiem i warzywami z pobliskiego stoiska.

Pociąg był jeszcze bardziej zatłoczony niż wcześniej i przez pewien czas musieliśmy stać w przejściu pomiędzy wagonami.

Pociąg docierając do Bangkoku zdecydowanie zwolnił, a wręcz zaczął się toczyć… zobaczyliśmy, jak na przedmieściach, ludzie żyją tuż przy torach kolejowych. Właściwie tyły ich domów mają wyjścia na tory, a pomiędzy torami, czasem ustawione są fotele i wszędzie biegają bawiace się małe dzieci.

20180107_171914

Gdy wysiedliśmy w Bangkoku, szybko ruszyliśmy do hotelu by się wykąpać ponieważ czekało nas jeszcze jedno spotkanie tego dnia. Kuby kolega z pracy, właśnie wypoczywał z żoną w Tajlandii i nasze trasy się zbiegły. W tych egzotycznych okolicznościach spotkaliśmy się na piwo i kolację, gdzie wymieniliśmy się doświadczeniami i przygodami z podróży 🙂 Tak zakończył się nasz ostatni pełny dzień w Tajlandii!

Dzień 40 – Kanchanaburi – Hellfire Pass

Dzień 40 – Kanchanaburi – Hellfire Pass

Ostatniego dnia w Kanchanaburi wstaliśmy o 4:15, spakowaliśmy bagaże, które zostawiliśmy w hostelu i ruszyliśmy na dworzec kolejowy. O 5.50 czekał na nas pociąg do Ton Bak. Postanowiliśmy, że nasz ostatni dzień będzie w pełni poświęcony Kolei Śmierci – poranek, przejazd koleją przez most na rzece Kwai, do samego końca istniejącej jeszcze linii – co dopełnia całość linii w Tajlandii. Przejechaliśmy bowiem z Bangkoku do Kanchanaburi, a teraz dalej do Nam Tok. Następnie w planie mieliśmy muzeum Hellfire Pass.

Zanim jednak tam przeskoczymy, musimy opisać drogę przez most! Kompletnie nic nie widzieliśmy ponieważ było ciemno! 🙂 Nie mniej jednak, sama droga pociągiem ma swój szczególny urok i warto ją odbyć. Tym razem nawet siedzenia wagonu były drewniane (tzw. hard seat).

Gdy dotarliśmy do końca drogi, wysiedliśmy w bardzo małej miejscowości, gdzie postanowiliśmy zjeść szybkie śniadanie. Po wciągnięciu zupy i ryżu, ruszyliśmy dalej.

Po około 15 minutach piechotą dotarliśmy do drogi, przy której mieliśmy złapać autobus do muzeum. W tej okolicy już nikt nie mówi po angielsku, więc znalezienie przystanku i upewnienie się, że jedziemy w odpowiednim kierunku było nielada wyczynem. Gdy byliśmy pewni, skosztowaliśmy bardzo dziwnej przekąski, którą sprzedawano tuż przy przystanku.

Słodki ryż z rodzynkami (byćmoże?) pieczony w bambusowej łodydze jest bardzo ciekawą potrawą, trochę jak słodki deser, a jednocześnie posiadający specyficzny posmak.

W końcu udało nam się złapać bus i po około 25 minutach wysiedliśmy przy bramie do muzeum. Kolejne 10 minut piechotą i byliśmy w środku. Bardzo intrygujący jest fakt, że do muzeum wchodzimy boso! Podejrzewamy, że jest to spodowane faktem, że oprócz muzeum jest tutaj szlak, który podczas deszczu pewnie powoduje, że buty są umazane w błocie.

Obeszliśmy całe muzeum upamiętniające budowę kolei śmierci. Dowiadujemy się tam, że konstrukacja miała 415 km, które zostały zbudowane w ciągu zaledwie 18 miesięcy. Miała ona tworzyć trasę pomiędzy Tajlandią, a Birmą, co wspomogłoby japońskie wojska właśnie w Birmie i Indiach, ponieważ umożliwiłoby przesyłanie transportów bezpieczną drogą lądową. Standardowa trasa wiodła z Singapuru do portu w Rangun, ale statki były narażone na ataki amerykańskich łodzi podwodnych. Podczas budowy, pracowało tam około 60 tysięcy jeńców wojennych oraz, w szczytowym momencie, około 200 tysięcy pracowników z Azji Południowej zwanych Romusha. Wszczyscy jeńcy-pracownicy byli podzieleni na oddziały, jak w wojsku, a ich przełożonymi byli faktyczni dawni dowodzący. Zapewniało to pewną strukturę w obozach i utrzymanie porządku. O ile w obozach jeńców warunki były zatrważające, to dopiero ‚pracownicy’ azjatyccy żyli w makabrycznych warunkach. Nie pomagał brak struktury i higieny. Wspomnienia jeńców mówią, że sezon suchy, czyli gorący był dla nich hartowaniem, ale to sezon mokry był momentem najtrudniejszym, gdyż ziemia przy której pracowali była gliniasta i niebezpiecznie śliska, a w obozach panowała cholera.

Całą trasę budowano bardzo prostą technologią. Tabilce informują nas, że spośród wszystkich 688 mostów, jedynie 8 było zbudowanych ze stali. Wynikało to przede wszystkim z faktu, że starano się korzystać z materiałów dostępnych w okolicy, czyli drewna i bambusa. Fakt ten dawał z kolei pewne szanse na dywersję – jeńcy stosowali różne nieoczywiste metody, ponieważ karą za ssss była śmierć. Prostymi sposobami było np. wypełnianie tyczek bambusowych do połowy ziemią, tak by gdy były wbijane, nie wchodził na pełną głębokość do środka, przez co były znacznie słabiej umocowane. Innym sposobem było przenoszenie gniazd termitów w pobliże budowy, z nadzieją, że natura sama załatwi sprawę. Ponadto, japońscy inżnierowie nie mieli wówczas doświadczenia w budowie tuneli, więc podczas budowy w górach stosowano tzw. przecięcia – po prostu drążono na drugą stronę skały. Proces wyglądał tak – ręcznym dłutem i ręcznym „wiertłem udarowym” (czyli prętem zakończonym wiertłem i wbijanym młotkiem) drążono w skale dziury. Następnie w taki otwór wkładano dynamit. Po eksplozji, większe kawałki rozbijano kilofami na mniejsze, a te wywożono z placu budowy.

Można sobie wyobrazić warunki pracy, temperatura przekraczająca 40 stopni Celsjusza lub nieustanne opady. Ogromne masy ludzi zginęły podczas budowy z wycieńczenia, głodu i chorób. Kolejne, ginęły od kar cielesnych, które z ogromną zażartością stosowali koreańscy strażnicy. Ciekawe jest, że im dłużej trwała budowa, tym więcej ludzie ginęło lub było niezdolnych do pracy, a strażnicy wyładowywali swoje frustracje na tych jeszcze pracujących lub ledwo pracujących, co powodowało, że i oni nie byli w stanie pracować dalej. Te kontr-produktywne metody zmuszały do sprowadzania coraz większych ilość pracówników z Azji Płd. Podczas budowy zginęło około 13 tysięcy jeńców wojennych i 90 tys. Romusha.

W końcu, po miesiącach budowa została ukończona. Nie była ona jednak w stanie spełnić nawet 1/10 z początkowo zakładanych wymogów 3000 ton transportu dziennie, a wojska aliantów starały się regularnie bombardować jej trasę. Co ciekawe, aż do końca wojny, w pobliżu kolei pozostawały obozy pracy, których ludność miała naprawiać walące się mosty. Całość była japończykom tak niezbędna, że w pewnym momencie, w zniszczonych fragmentach, stosowano nawet transport barkami przez rzekę.

Po wojnie kolej przeszła w posiadanie brytyjczyków, którzy parę lat później rozebrali 4 km torów, gdyż obawiali się, że może ona zostać użyta do zasilenia separatystów w Birmie. Potem torowisko przeszło w ręce kolei Tajskich, które po paru latach stwierdziły że odcinek do Birmy jest nieekonomiczny i rozłożyły kolejną część torów.

Po przejściu muzeum ruszyliśmy na szlak. Można tutaj bowiem przejść kilka kilometrów drogą, którą biegła feralna kolej. Pomiędzy innymi, znajduje się tutaj najdłuższe i najbardziej znane przecięcie na całej trasie – tzw. Hellfire Pass (pol. Przecięcie Ognia Piekielnego) zwane również Tap and hammer cutting (pol. Przecięcie Dłuta i Młota). Były to właściwie dwa przecięcia – najdłuższe liczące 450 metrów długości i 8 metrów głębokości oraz najgłębsze o długości 73 metrów i głębokości 25 merów. Z wycieńczenia i wysokiej temperatury zginęło tu bardzo wielu żołnierzy-jeńców.

Przeszliśmy cały możliwy odcinek, który zrobił na nas ogromne wrażenie. Przecięcia są bardzo długie i wysokie, a człowiek nawet podczas jedynie spaceru jest cały mokry od upału. Ciężko sobie wyobrazić jak mogła wyglądać praca w takich warunkach.

Po wszystkim, wróciliśmy autobusem wprost do Kanchanaburi, gdzie złapaliśmy coś prędko do jedzenia i ruszyliśmy po nasze bagaże! Musieliśmy jeszcze zdążyć na 18, na autobus do Bangkoku!

Tego wieczora dojechaliśmy do Bangkoku i zawitaliśmy w tym samym hotelu co wcześniej. Po całym dniu wrażeń szybko zasnęliśmy, ponieważ nastepnego dnia mieliśmy kolejny ambitny plan do wykonania!

Dzień 39 – Kanchanaburi – Wodospady Erawan

Dzień 39 – Kanchanaburi – Wodospady Erawan.

5-ego stycznia wyruszyliśmy na stację autobusową by dostać się do słynnych w okolicy wodospadów Erawan. Są one położone w parku narodowym Erawan, około 65 kilometrów na północ od Kanchanaburi, co oznacza około 1.5h jazdy autobusem.

Autobus, podobnie jak pociąg dzień wcześniej jest dosyć intrygującym pojazdem. Mały i ciasny do tego stopnia, że Kuba ledwo mógł włożyć kolana między siedzenia, podłoga była drewniana, z przodu, tuż obok kierowcy była dodatkowa boczna kanapa na dodatkowych pasażerów, a na suficie, dla ochłody zamontowane były wiatraki. Ciężko to opisać, chyba najlepiej odda klimat tego miejsca poniższe zdjęcie i film z wnętrza.


Droga do Parku Narodowego Erawan wiedzie przez podmiejskie drogi, momentami przecinając piękną turkusową rzekę mającą swoje źródło w okolicy wodospadów.

20180105_111302

Gdy w końcu dotarliśmy, przy bramie pobrana została opłata za wejście, a chwilę dalej zostaliśmy wysadzeni tuż przed rozpoczęciem szlaku.

Park Narodowy w Erawan oferuje jeden główny szlak wiodący do 7-miu przepięknych wodospadów oraz jeden w kierunku doliny. Ponadto, można tutaj zoragnizować nocleg lub (chyba?) wynająć namiot. Kolejne wodospady znajdują się od siebie w odległościach od 150 do 500 metrów, a cała wędrówka to około 2.5 km.

20180105_120050

Już na samym początku miejsce oczarowuje swoją fauną i florą. Przepiękne drzewa i turkusowa rzeka sprawiają wrażenie, że jak z jednego z filmów przygodowych. Gdy idziemy, najpierw zauważamy ogromne ryby pływające tuż przy powierzchni, a chwilę później otacza nas gromada małych białych motyli – miejsce jest magiczne.

Mozolnie zdobywamy kolejne wodospady. W zasadzie, pierwsze dwa z nich to spokojny płaski spacer, kolejne dwa, to chwila drogi w górę, ale nadal jest stosunkowo lekko.

Przy każdym z nich można się zatrzymać i wejść do wody, my decydujemy się na dłuższą przerwę i ochłodę w wodzie przy czwartym wodospadzie. Okazuje się, że rzeka oferuje darmowe Fish Spa, a stada rybek zaczynają podgryzać nas w nogi. Im większe, tym mocniej gryzą, choć te największe wydają się już mądrzejsze i nie próbują polować na człowieka 🙂 Jest to podobne, choć inne uczucie niż to, które opisywaliśmy podczas pobytu w Kuala Lumpur (Fish Spa w Parku Ptaków w Kuala Lumpur) – nieprzyjemne łaskotanie połączone z zaskoczeniem 🙂 Po chwili można się trochę przyzwyczaić, ale nadal pozostaje pewna nieufność 🙂

20180105_142206

Idziemy dalej w górę! Trudności zaczynają się mniej więcej w drodze do szóstego wodospadu, zaczyna robić się coraz bardziej stromo. Szlak do ostatniego z nich wiedzie po śliskich kamieniach a momentami idziemy nawet w rzece. Można się poczuć niczym Indiana Jones. Nie poddajemy się i dzielnie idziemy dalej – jesteśmy dobrze ubrani, oboje mamy wygodne buty.

Z przerażeniem i pewnym podziwem obserwujemy grupy azjatów w japonkach, którzy wyglądają jakby mieli zaraz zjechać wszyscy razem z góry. O dziwo, nikt się nie wywrócił w naszej obecności, pomimo naprawdę trudnych momentów.

W końcu docieramy do samego szczytu, gdzie pozwalamy sobię na kolejną chwilę odpoczynku, a Kuba kąpie się w ostatnim stawie.

20180105_145234

Po zejściu łapiemy ostatni autobus do Kanchanaburi, który jest przepełniony. W parku spędziliśmy około 5 godzin i był to bardzo przyjemny dzień w pięknych okolicznościach przyrody! Zakończyliśmy ten piękny dzień jedzeniem z lokalnego night-marketu i powrotem do naszego nawodnego hostelu.

20180105_180906

Dzień 38 – Kanchanaburi – Most na rzece Kwai

Dzień 38 – Kanchanaburi – Most na rzece Kwai

4 stycznia wstaliśmy wcześnie, zjedliśmy szybkie śniadanie, spakowaliśmy nasz plecaki i ruszyliśmy! Poprzedniego wieczoru zdecydowaliśmy, że nie będziemy przedłużać naszego pobytu w Tajlandii, ponieważ czeka nas jeszcze wiele krajów do zwiedzenia. Obiecaliśmy sobie, że na północ tego azjatyckiego kraju jeszcze wrócimy, a tymczasem postaramy się maksymalnie wykorzystać pozostałe nam dni.

Z dużymi bagażami poszliśmy na przystań Phra Arthit, przepłynęliśmy 3 przystanki do przystani Thonburi.

Z przystani podjechaliśmy ‚miejskim’ Songthaewem do stacji kolejowej w Thonburi. O 7.20 czekaliśmy już z biletami w ręku na przyjazd naszego pociągu.

Ciekawostka – Thonburi to dawna stolica Tajlandii, leżąca po drugiej stronie rzeki Cho Phraya, a obecnie dzielnica Bangkoku. Tam również zaczynała się tzw. kolej śmierci, która była budowana podczas II Wojny Światowej z rozkazu japońskiej armii.

Tu zaczynał się kolejny rozdział naszej podróży. O 7.50 ruszyliśmy pociągiem z Thonburi do Kanchanaburi, gdzie znajduje się słynny most na rzece Kwai. Jazda jest dosyć ekstremalna, ponieważ wagony są w całości drewniane, na suficie zamontowane są wiatraki, a co jakiś czas przez okna wpada ogromna ilość pyłu, popiołu lub kawałków zbóż.

Gdy tylko ruszyliśmy, rozpoczął się kolejowy handel – u nas kupić można głównie piwo i suche przekąski, a tutaj pojawili się sprzedawcy z ciepłymi daniami zawiniętymi w bananowe liście lub plastikowe woreczki.

20180104_091748

Dotarliśmy do celu po około 3 godzinach jazdy i by wydostać się z naszego peronu musieliśmy przejść przez inny pociąg 🙂

Zakwaterowaliśmy się w hostelu, którego pokoje były położone na barkach. i po chwili odpoczynku ruszyliśmy na stację autobusową, ponieważ nasz plan był bardzo napięty.

Niestety, okazało się, że jest dosyć późno na dalsze wycieczki, więc ze stacji podjechaliśmy do słynnego mostu, którym obecnie nadal jeżdżą pociągi. Przeszliśmy się i mieliśmy okazję zobaczyć przejeżdżającą kolej, stojące jednocześnie na moście – to był szczęśliwy przypadek, ponieważ pociągi kursują tam jedynie 6 razy dziennie.

Po przejściu mostu wstąpiliśmy do położonej tuż nad brzegiem rzeki, chińskiej kolorowej świątyni, skąd przepłynęliśmy na nasz wyjściowy brzeg łódeczką. Tu musimy przyznać, że ponownie mieliśmy szczęście, bo łódki wcale nie pływały tam często. 🙂

Wracając do domu natknęliśmy się na ogromne poczwarki jedzące kwiatki i liście przydrożnego krzaku w zatrważającym tempie.

Wróciliśmy do naszego pokoju tuż przed zachodem słońca…


20180104_174026

Wieczorem przeszliśmy się jeszcze po okolicy, która na szczęście okazała się mniej turystyczna niż wcześniejsze miejsca, które zwiedzaliśmy. Po całym dniu wrażeń szybko zasnęliśmy.

Dzień 37 – Bangkok – Pożegnanie.

Dzień 37 – Bangkok – Pożegnanie.

Ostatniego dnia w Bangkoku ruszyliśmy by przedłużyć nasz pobyt w Bangkoku. Ponieważ najprostszym sposobem dostania się do dywizji wizowej było pojechanie taksówką, postanowiliśmy złapać jakąś w pobliżu hostelu.

Po 4 nieudanych próbach, gdy żaden z kierowców nie chciał włączyć licznika, już mieliśmy się poddać. Ostatnia próba była szczęśliwa – kierowca zgodził się na licznik i wsiedliśmy! W taksówce było mocno czuć alkohol, ale nas to nie zraziło 🙂 Faktycznie zapłaciliśmy 60 Bahtów, czyli 1/3 albo i 1/4 tego co proponowali taksówkarze za stałą kwotę (np. 200-300 Bathów).

Po wjechaniu na 18ste piętro wieżowca w centrum Bangkoku i krótkiej konsultacji w departamencie 1 wydziału wizowego, dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w złym miejscu, a właściwe miejsce jest już zamknięte. Ponadto, przedłużenie pobytu kosztuje około 200 zł za osobę. Trochę nas to zraziło i zaczęliśmy się zastanawiać jak pokierować naszą podróżą. Dowiedzieliśmy się również gdzie są inne oddziały w których można dokonać odpowiednich czynności, ponieważ nie chcieliśmy tracić kolejnego dnia – kolejne miejsca już na nas czekały 🙂

Resztę dnia postanowiliśmy poświęcić na coś bardziej ekstremalnego. Znaleźliśmy informacje o „budynku duchu”, czyli opuszczonym, niedokończonym wieżowcu. Poczytaliśmy w internecie, gdzie różne opinie sugerowały różne sposoby dostania się do środka. Były takie, które mówiły, że wejść można bez problemu, inne mówiły, że należy przekupić strażników, a jeszcze inne, że można kupić bilet.

W pobliże dostaliśmy się jadąc Sky Train, czyli taką koleją jadącą przez środek miasta, której torowisko jest położone na wysokich filarach, jakby wiaduktach wiodących nad ulicami.

Na miejscu okazało się, że chyba zbyt duża ilość turystów zaczęła interesować się tą wątpliwą atrakcją i uszczelniono dostęp, a właściwie kompletnie go zabroniono. Obecnie wielopiętrowy budynek faktycznie stoi i straszy…

Po drugim niepowodzeniu tego dnia, postanowiliśmy chociaż na pożegnanie przepłynąć dłuższą cześć rzeki Menang . Wsiedliśmy na jednym z pierwszych przystanków i płynęliśmy w górę do naszej przystani. Podziwialiśmy oba brzegi, gdzie dostrzec można wspaniałe nowoczesne hotele sąsiadujące z pięknymi starymi opuszconymi budynkami lub ubogimi mieszkankami lokalnych tajów. Przyglądaliśmy się wspaniałym dachom Wat Pho, Wat Arun i Królewskiego Pałacu o zachodzie słońca.

20180103_173712

Wróciliśmy w okolice Khao San Road i zjedliśmy ostatni nasz posiłek w Bangkoku na nocnym markecie. Kuba odważnie spróbował nawet grilowanej kałamarnicy!

W hostelu zaplanowaliśmy dalszą podróż – której planu jeszcze nie zdradzimy – wszystko pojawi się w kolejnych wpisach 😉

Dzień 35 – Bangkok – Dzień planowania.

Dzień 35 – Bangkok – Dzień planowania.

Ponieważ późno poszliśmy spać dnia poprzedniego (a właściwie już pierwszego poranka Nowego Roku 🙂 ), równie długo spaliśmy. Postanowiliśmy poświęcić ten dzień na zaplanowanie dalszej drogi w Tajlandii i nasze kolejne ruchy. Jak dotej pory, trasa naszej podróży wyglądała tak:

Screenshot-2018-1-19 Polarsteps

Z jednej strony, chcieliśmy jeszcze zwiedzić parę miejsc na zachód od Bangkoku, z drugiej strony mieliśmy w planach jeszcze całą Tajlandię północną, a z trzeciej strony kończył nam się czas pobytu w Królestwie. Wjazd jest możliwy bez wizy na 30 dni, które dobiegały dla nas końca 8-ego stycznia. Zaczęliśmy się więc zastanawiać czy próbować przedłużyć nasz pobyt legalnie, czy po prostu zostać dłużej (kara za każdy dzień jest niewielka). Trochę nas martwiło, że przy wjeździe do Wietnamu, który był następnym krajem naszej podróży, musimy się ubiegać o wizę, więc nie chcieliśmy nielegalnie przedłużać pobytu w Tajlandii.

Postanowiliśmy, że spróbujemy zrobić to zgodnie z przepisami, ale możliwe to było dopiero 3-ego stycznia, ponieważ 1-ego i 2-ego stycznia tajowie mają dni wolne z powodu Nowego Roku.

Po planowaniu i załatwieniu spraw organizacyjnych, wybraliśmy się na kolację w naszych okolicach. Tego wieczoru postanowiliśmy wyjaśnić pewną zagadkę – w Tajlandii zaobserwowaliśmy wiele kotów z krótkimi, jakby ucietymi lub złamanymi ogonami. Niektóre wyglądały jak kikuty, inne były zakręcone, a jeszcze inne wyglądały na złamane. Po krótkich poszukiwaniach w internecie, dowiedzieliśmy się, że spowodowane jest to mutacją genetyczną i występuje u wielu osobników w całej Azji.

Tego dnia odpoczęliśmy od ciagłej bieganiny i zebraliśmy siły na dalsze wojaże 🙂

Dzień 34 – Bangkok – Wat Pho i Sylwester!

Dzień 34 – Bangkok – Wat Pho i Sylwester!

31 grudnia mieliśmy ambitny i napięty plan. Okazało się, że jedna z naszych znajomych, których dawno nie widzieliśmy, właśnie przylatuje na urlop do Tajlandii. Docelowo lecieli dalej, ale mieli kilkugodzinną przesiadkę w Bangkoku. Postanowiliśmy się z nimi spotkać i wytyczyliśmy trasę na lotnisko.

Bangkok to duże i zakorkowane miasto, a my mieliśmy spory dystans do przebycia. Najbardziej optymalnym wyjściem wydało się nam dojechanie specjalną linią kolejki wiodącą wprost na lotnisko Shuvatani. Niestety do stacji kolejki również musieliśmy się jakoś dostać więc postanowiliśmy zamówić tanią taksówkę (przez aplikację Grab, która jest podobna do Ubera). Ponieważ były duże korki i zaczynało się robić późno, kierowca namówił nas na przebycie całej drogi z nim. Gdy tylko się zgodziliśmy, samochód zaczął dziwnie gasnąć i rzęzić. Po chwili, kierowca oznajmił nam, że jednak dowiezie nas jedynie do stacji kolejki ponieważ auto jest zepsute i nie dojedzie do lotniska.

Wróciliśmy do początkowego planu i przesiedliśmy się na kolejkę. Ponownie zabrakło nam trochę szczęścia, ponieważ wagony odjechały nam sprzed nosa. W końcu dotarliśmy na lotnisko i udało nam się spotkać ze znajomymi i nawet wypić sylwestrowe piwko.

20171231_140006

W drodze z lotniska, rozważliśmy różne atrakacje do zwiedzenia. Początkowo chcieliśmy pojechać na wodny market, ale okazało się, że funkcjonuje on jedynie do 14. Zmieniliśmy więc plany i pojechaliśmy wprost do kompleksu świątyń Wat Pho.

Wat Pho jest jednym z największych kompleksów buddyjskich świątyń w Bangkoku i słynie przede wszystkim z ogromnego, 46-metrowego posągu leżącego Buddy i mieszczącej się w jego murach szkoły tradycyjnego tajskiego masażu.

Gdy dotarliśmy na miejsce był okropny upał i musieliśmy skryć się w cieniu by chwilę odpocząć. Kompleks jest jak labirynt, gdzie wśród białych murów, można podziwiać ogromną ilość czedi oraz posążków lwo-psów, mnichów i Buddy.

Buddyjskie lwo-psy, są obecne również w kulturze Chińskiej i Japońskiej, ustawiane w parach na wejściach do światyń, rządowych budynków, domów elit, a w obecnych czasach również domów zwykłych ludzi, restauracji i hoteli w celu strzeżenia ich przed złymi mocami. Są one bardzo ciekawe, część z nich posiada kulę w paszczach, która wyrzeźbiona jest w taki sposób, że może się poruszać w środku, ale nie wypaść na zewnątrz.

SONY DSC
SONY DSC

Woli wyjaśnienia, czedi to tajskie określenie na stupę, która jest najprostszym buddyjskim relikiwiarzem. Ta budowla w kształcie kopca lub dzwonu symbolizuje oświecony stan Buddy i jest umieszczana różnej wielkości wokół świątyń i buddyjskich miejsc sakralnych. Czedi w kompleksie Wat Pho, są pięknie zdobione, kolorowymi ceramicznymi plytkami, z daleka przypominającymi mozaikę. Jest tutaj niezliczona ilość mniejszych czedi, oraz 4 bardzo duże symoblizujące królów Ramę I, II i III (jednemu z nich przypadły dwie).

Warto tutaj opisać nasze wrażenia i odnieść się do tego co znamy z europejskich parków lub zabytków. Kompleksy buddyjskie w Bangkoku znajdują się na bardzo małych powierzchniach i są bardzo upakowane. Między murami zewnętrznymi, świątyniami, czedi i innymi elementami prowadzą wąskie, góra paro metrowe korytarzyki, co sprawia wrażenie poruszania się po ogromnym labiryncie. Bardzo często jeden zabytek zasłania drugi i ciężko zorientować się gdzie aktualnie jesteśmy.

SONY DSC
20171231_160049

Kierując się w stronę głównej świątyni Wat Pho, zauważyliśmy, że trwają przygotowania do jakiejś uroczystości. Wokół budynku rozstawionych było kilka rzędów plastikowych krzeseł, a nad głowami rozciągała się pajęczyna z białych sznureczków. Nad każdym krzesełkiem zwisał jeden z końców sznurka. Lokalny mnich, wyjaśnił nam, że wszystko to z powodu nowego roku i będzie się odbywała tutaj wspólna nocna modlitwa. Każdy z uczestników złączy się sznurkiem z resztą, a jeden z końców prowadzi do posągu Buddy umieszczonego w światyni. Zachęcił nas również do tego abyśmy skorzystali z darmowego jedzenia i picia przygotowanego specjalnie na tą okazję.

Gdy, po obejściu zespołu świątyń dotarliśmy w końcu do leżącego Buddy, okazało się, że jest on położony (dosłownie) wewnątrz bardzo klaustrofobicznej świątyni. Pomiędzy Buddą a ścianą są około 2 metry, a do tego dach jest wsparty na kolumnach, co powoduje, że obejrzenie pomnika w całości jest prawie niemożliwe. Sprawę utrudnia również ogromny tłum turystów i wiernych. Warto również przyjrzeć się ogromnym 5-cio metrowym stopom Buddy, które zdobione są masą perłową.

Po wszystkim, postanowiliśmy skorzystać z zaproszenia i zobaczyć co jest serwowane na licznych przygotowanych stoiskach. Na samym początku trafiliśmy na stoisko z lodami w ceglastym kolorze o smaku tajskiej herbaty. Potem, spróbowaliśmy zupy przypominającej rosół, bardzo dziwnej i mocnej kawy z lodem, tajskiej herbaty z mlekiem oraz perłowymi kulkami tapioki (znana również jako BubbleTea), bardzo słodkiego soku z chryzantem, ostrego zielonego curry w formie zupy z kurczakiem, kokosowe placuszki ze szczypiorkiem oraz mielone kotelciki z ryby ze świeżym ogórkiem. Wszystko było dla nas bardzo dziwne, ale większość zadziwiająco smaczna.

Po spróbowaniu wszystkiego, zrobiliśmy jeszcze jedną rundę po kompleksie i zrobiliśmy nocne zdjęcia w świetle księżyca i pędem ruszyliśmy do naszego hostelu (musieliśmy zdążyć jeszcze na odliczanie!)

W ciągu dnia udało nam się dowiedzieć, że są tylko dwa miejsca w Bangkoku, w których można będzie podziwiać noworoczne pokazy fajerwerków.Trochę w ciemno postanowiliśmy wypróbować położone nad rzeką Asiatique The Riverfront. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że jest to coś w stylu otwartego centrum handlowego z diabelskim młynem i sceną koncertową. Dotarliśmy, chwilę przed północą i mieliśmy wystarczająco dużo czasu by dopchać się przez tłum gapiów na brzeg rzeki, nad którą miał odbywać się pokaz.

Gdy wybiła północ, oczom naszym ukazał się przepiękny, trwający kilka minut pokaz sztucznych ogni – tak różnorodnych, ogromnych, kolorowych i pięknie synchronizowanych wybuchów nie widzieliśmy nigdy wcześniej. Kawałek tego widowiska uchwyciliśmy na zamieszczonym poniżej filmie 🙂

Dla nas był to moment szczególny, ponieważ właśnie skończyliśmy pierwsze pół roku naszego małżeństwa! :)))

Wracając przechodziliśmy obok kolejnej buddyjskiej świątyni, która zwabiła nas przepięknymi lampionami i kolorowymi dekoracjami. Gdy weszliśmy na plac, mnich serdecznie nas przywitał i zaprosił, żebyśmy weszli do środka, po chwili wręczając nam specjalną papierową zawieszkę, która po zawieszeniu na podobnej sieci sznurków, miała przynieść szczęście w nowym roku. Zawiesiliśmy ozdobę i wspięliśmy się po stopniach do wnętrza świątyni, gdzie sznurek łączył się z posągiem Buddy.

Po powrocie w okolice naszego hotelu, postanowiliśmy się jeszcze przejść by wypić sylwestrowy toast. Gdy mieliśmy już wracać do pokoju, Julia dostrzegła trójkę Polaków, których widzieliśmy już wcześniej, w wieczór Wigilijny na wyspie Koh Phangan. Postanowiliśmy życzyć im szczęśliwego Nowego Roku, a oni zaproponowali nam byśmy się do nich dosiedli. Tak na różnych opowieściach i poradach podróżniczych spędziliśmy czas do samego rana.

20180101_025647

To były naprawdę intensywne dzień i noc 🙂 Szczęśliwego Nowego Roku!

Dzień 33 – Bangkok – Złota Góra.

Dzień 33 – Bangkok – Złota Góra.

30 grudnia, wyszliśmy z hotelu i ruszyliśmy w kierunku zaplanowanych atrakcji. Jenakże wkrótce zaczęli nas ‚napadać’ tuk tukowi naganiacze. I… daliśmy sie skusić, zwlaszcza, że cena była banalna i zaproponowano nam objazd tuk tukiem po kilku miejscach, które akurat mieliśmy zwiedzać. Oczywiście wszędzie jest haczyk: Kierowca tuk tuka zawiózł nas na nabrzeże, gdzie mieliśmy wsiąść do bardzo drogiej łodzi by popłynąć rzeką Chao Phra

SONY DSC

Nie daliśmy się nabrać, broniąc się chorobą morską. Kierowca nie był do końca zadowolony, ale wymyślił coś innego i zawiózł nas dalej. W świątyni Wat Inwarawihan, pierwszą rzeczą jaka zwróciła naszą uwagę były dzieci bawiące się w świątynnych murach. Wygląda jakby to był ich dom, a nikt wokół nie zwraca na to uwagi. Małe dzieci bawią się na posaddze, a większe grają w piłkę.

Przeszliśmy się i dowiedzieliśmy się o pewnej symoblice związanej z dniem urodzin każdego człowieka. Otóż, w Buddyźmie znaczenie ma nie tyle data co dzień tygodnia w którym się urodziliśmy. Każdy z dni ma przypisaną swoją szczęgólną liczbę, która przynosi mu pomyślność i siłę. Ponadto, należy dodać, że tydzień jest podzielony nie na 7 a na 8 części, środa ma dwie instacje – środę przed południem i środę po południu. Do tego, każdy dzień ma przypisanego Buddę w trochę innej pozie (np. leżący Budda, stojacy Budda itd.)

Na specjalnej metalowej konstrukcji, zawiesiliśmy dzwonek z naszymi imionami. Dowiedzieliśmy się również, że w zamian za dotację, dostaje się specjalne kadzidełka, świeczki i złote płatki. Świeczki wstawiamy do specjalnej gablotki, kadzidełka do ogromnej popielnicy, a złoto przyklejamy do posągów mnichów lub Buddy. Wszyscy mogą składać swoje intencje, niezależnie od wiary i wyznawanego boga. Tak też postąpiliśmy 🙂

Najważniejszym elementem świątyni jest wysoki na 32 metry pomnik stojącego Buddy, ale niestety nie mieliśmy szczęścia, ponieważ pomnik jest akurat w remoncie i był zastawiony rusztowaniem.

SONY DSC

Kierowca tuk tuka dzielnie czekał, po czym zabrał nas do dwóch „informacji turystycznych”, które są ponownym sposobem naciągania niezorientowanych turystów. Sprzedają tam bilety autobusowe i pociągowe w super cenie i od razu załatwiają hostel lub przewodnika, również w świetnej cenie – świetniej szczególnie dla nich 🙂

Ponownie, ładnie podziękowaliśmy za usługi i wyszliśmy. Kierowca wzdychał, wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać, ale powtarzał „nothing to worry, everything is ok”. Zawiózł nas do kompleksu świątyń Wat Saket, gdzie znajduje się Złota Góra (ang. Golden Mount). Tam podziękowaliśmy mu, mówiąc, że nie potrzebujemy podwózki z powrotem do hostelu i zapłaciliśmy. Daliśmy mu extra pieniądze, bo dużo więcej niż to na co się umówiliśmy – co wydawało się nam uczciwe, a On wyglądał na zaskoczonego i bardzo zadwolonego.

Podwaliny złotej góry zostały położone przez Ramę III, ale budowla się rozpadła. Później Rama IV, postanowił o budowie małego czedi na wzgórzu pozostałości po pierwszej nieudanej budowli. Ukończone ono zostało w roku za panowania Ramy V. Na wzgórze prowadzą 344 kręcącę sie wokół świątyni schody. Kręta druga na początku prowadzi przez gęstą roślinność, następnie przechodzi się przy wielu pękatych dzwonach, a ostatnia część prowadzi wąską ścieżką przy samej ścianie góry.

Na szczycie znajdujemy salkę z czterema posążkami Buddy skierowanymi w cztery kierunki świata.

Na dachu znajduje się ‚taras widokowy’, na którym stoi ogromne, pomalowane złotą farbą czedi, a wokół rozciąga się wspaniała panorama Bangkoku.


20171230_173715

W tym pięknym miejscu doczekaliśmy ostatniego parzystego zachodu słońca w roku 2017 🙂

W drodze do hostelu, przechodząc przez jeden z mostów, Julia dostrzegła w wodzie martwe stworzenie, które wyglądem przypominało krokodyla… Niestety było już ciemno i nie dostrzegliśmy co dokładnie czai się w mętnej wodzie. Ta tajemnica miała wyjaśnić się później!

20171230_191928

Kolację zjedliśmy w restauracji nieopodal naszego hostelu i poszliśmy spać, bo dnia następnego czekało nas wiele wrażeń 🙂

Dzień 32 – Bangkok – Muzeum narodowe.

Dzień 32 – Bangkok – Muzeum narodowe.

29 grudnia, około południa, wyruszyliśmy zwiedzać Bangkok. Jest tu znacznie bardziej gorąco i duszno, niż na wyspach. W gęstym powietrzu unosi się smród wielkiego miasta, śmieci, złej kanalizacji i spalin. Z poczatku mieliśmy trudność z przyzwyczajeniem się do ruchu drogowego- ogromne ilości różnorodnych pojazdów ( od samochodów przez rozpadające się dziwaczne pojazdy po dziesiątki podświetlonych kolorowych tuk tuków przemykających w każdej wolnej szczelinie ulicy)nie dawały wielkich szans pieszemu. W dodatku ruch w Tajlandii jest lewostronny a ulice są raz jednokierunkowe a raz dwukierunkowe (???). Po jakimś czasie zrozumieliśmy, że żeby przejść trzeba wtargnąć na ulicę w dobrym momencie, czasem przystanąć na środku lub slalomem przechodzic ‚na dziko’. Tak robią wszyscy… wszędzie.
Tego dnia postanowiliśmy zwiedzić okolicę 🙂 Wyszliśmy z hostelu prosto w uliczny tłum i skwar i daliśmy się ponieść nogom.

Po pół godziny dotarliśmy do Muzeum Narodowego, gdzie okazało się, że wstęp jest darmowy z okazji nadchodzącego Nowego Roku. Skorzystaliśmy i obejrzeliśmy wspaniałą świątynię z ogromnymi freskami, dom w którym mieszkała siostra jednego z królów Tajlandii oraz zbiory posągów Buddy z różnych okresów. Nie udało nam się zobaczyć niestety wszystkiego, ponieważ wkrótce zamykano, ale cieszyliśmy się, z tego co widzieliśmy.

Następnie ruszyliśmy na spacer po okolicy i w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Po drodze minęliśmy pomnik Demokracji i natknęliśmy się na kolejną buddyjską świątynie.

Na koniec trafiliśmy na słynną wśród turystów Khao San Road, czyli mekkę dyskotek, restauracji i turystycznych klubów – dla nas trochę za tłoczną i głośną.

Minąwszy dziesiątki stoisk i tuk tuków wróciliśmy do naszego hostelu.

Dni 30 i 31 – Droga do Bangkoku

Dni 30 i 31 – Droga do Bangkoku

Sprawdziliśmy wszystkie możliwe sposoby dostania się do Bangkoku i wyszło, że najtaniej będzie drogą morską i lądową – tzn. 4h rejsu i 8h jazdy autobusem. Alternatywnymi drogami, były: rejs na inną wyspę i lot lub rejs na kontynent, droga autobusem i lot, ale w najlepszym wypadku i tak były ponad 4 razy droższe niż sposób, który wybraliśmy.

Spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy na odprawę promową. Niestety, pogoda się pogarszała, a silnikowy katamaran skakał po falach z dużą prędkością. Po 5 minutach od wyruszenia, załoga zaczęła roznosić worki na wypadek choroby morskiej, a 5 minut później dużo osób stało już na zewnątrz. Julii choroba morska też dała o sobie znać i resztę rejsu spędziliśmy na tylnim pokładzie.

W czasie drogi, okazało się również, że mamy jeszcze przystanek w połowie – na wyspie Koh Tao. Gdy po 2 dramatycznych godzinach dotarliśmy do miejsca przesiadki, postanowiliśmy wysiąść z nadzieją na lepszą pogodę i kontynuować podróż następnego dnia.

Bez problemu udało nam się znaleźć nocleg w pobliżu portu i resztę dnia spędziliśmy regenerujący siły. Wieczorem przeszliśmy się po okolicy, ale znowu złapała nas ulewa, a wszystkie pobliskie lokale zamykały swoje drzwi bardzo wcześnie.

Następnego dnia, wyruszyliśmy na odprawę promową, pół godziny przed rejsem który miał ruszyć o 10.50. Deszcz lał bez przerwy. Po zaciągnieciu porad w lokalnych aptekach, Julia przyjęła sporą dawkę dwóch lekarstw na chorobę moroską. Ustawiliśmy się w długiej kolejce na pomoście oczekującej na prom, byliśmy blisko początku, co dawało nam szansę na zajęcie strategicznych miejsc z tyłu łodzi.

Katamaran się spóźniał. Poinformowano nas, że przypłynie za kolejne pół godziny. Po tym czasie, okazało się, że prom się zepsuł i musimy zaczekać do 14.

Deszcz wciąż siąpił, a lichy drewniany pomost choć zadaszony, przeciekał w wielu miejscach. Ludzie chcąc zająć kolejkę, zostawiali bagaże, które smutno mokły pod dziurawym zadaszeniem. Poszliśmy coś zjeść.

Po 3 godzinach i kolejnej dawce leków, wsiędliśmy na łódź. Wyczytaliśmy, że ponoć słuchawki i muzyka również pomagają w walce z chorobą lokomocyjną, więc zajęliśmy szybko miejsca w ostatnim rzędzie i Julia zaczęła się wsłuchiwać w dźwięki lecące z telefonu. I całe szczęście!

Po 15 minutach rejsu, Julia była już kompletnie odcięta od otoczenia, a pierwsze osoby zwracały za burtę swoje śniadania. W pewnym momencie nawet jedna osoba z obsługi próbowała (lecz nie zdążyła) wybiec na pokład. W takiej miłej atmosferze dopłynęliśmy do portu w Chumpon, gdzie czekał na nas autobus do stolicy. Julia dzielnie przetrwała rejs i czuła się zaskakująco dobrze.

Do Bangkoku dotarliśmy około 1 w nocy i okazało się, że od przystanku autobusowego do naszego hostelu musieliśmy iść jedynie 10 minut, co z dużymi plecakami po całym dniu podróży, było bardzo pozytywnym zaskoczeniem.

Na koniec dnia, przeszliśmy się pobliskimi uliczkami w poszukiwaniu jedzenia. Na środku jednej z nich leżał martwy szczur, ale nie zraziło to nas wcale i załapliśmy się na ostatni uliczny straganik serwujący mango sticky rice, które ze smakiem zjedliśmy przed snem 🙂