Dni 30 i 31 – Droga do Bangkoku
Sprawdziliśmy wszystkie możliwe sposoby dostania się do Bangkoku i wyszło, że najtaniej będzie drogą morską i lądową – tzn. 4h rejsu i 8h jazdy autobusem. Alternatywnymi drogami, były: rejs na inną wyspę i lot lub rejs na kontynent, droga autobusem i lot, ale w najlepszym wypadku i tak były ponad 4 razy droższe niż sposób, który wybraliśmy.
Spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy na odprawę promową. Niestety, pogoda się pogarszała, a silnikowy katamaran skakał po falach z dużą prędkością. Po 5 minutach od wyruszenia, załoga zaczęła roznosić worki na wypadek choroby morskiej, a 5 minut później dużo osób stało już na zewnątrz. Julii choroba morska też dała o sobie znać i resztę rejsu spędziliśmy na tylnim pokładzie.
W czasie drogi, okazało się również, że mamy jeszcze przystanek w połowie – na wyspie Koh Tao. Gdy po 2 dramatycznych godzinach dotarliśmy do miejsca przesiadki, postanowiliśmy wysiąść z nadzieją na lepszą pogodę i kontynuować podróż następnego dnia.
Bez problemu udało nam się znaleźć nocleg w pobliżu portu i resztę dnia spędziliśmy regenerujący siły. Wieczorem przeszliśmy się po okolicy, ale znowu złapała nas ulewa, a wszystkie pobliskie lokale zamykały swoje drzwi bardzo wcześnie.
Następnego dnia, wyruszyliśmy na odprawę promową, pół godziny przed rejsem który miał ruszyć o 10.50. Deszcz lał bez przerwy. Po zaciągnieciu porad w lokalnych aptekach, Julia przyjęła sporą dawkę dwóch lekarstw na chorobę moroską. Ustawiliśmy się w długiej kolejce na pomoście oczekującej na prom, byliśmy blisko początku, co dawało nam szansę na zajęcie strategicznych miejsc z tyłu łodzi.
Katamaran się spóźniał. Poinformowano nas, że przypłynie za kolejne pół godziny. Po tym czasie, okazało się, że prom się zepsuł i musimy zaczekać do 14.
Deszcz wciąż siąpił, a lichy drewniany pomost choć zadaszony, przeciekał w wielu miejscach. Ludzie chcąc zająć kolejkę, zostawiali bagaże, które smutno mokły pod dziurawym zadaszeniem. Poszliśmy coś zjeść.
Po 3 godzinach i kolejnej dawce leków, wsiędliśmy na łódź. Wyczytaliśmy, że ponoć słuchawki i muzyka również pomagają w walce z chorobą lokomocyjną, więc zajęliśmy szybko miejsca w ostatnim rzędzie i Julia zaczęła się wsłuchiwać w dźwięki lecące z telefonu. I całe szczęście!
Po 15 minutach rejsu, Julia była już kompletnie odcięta od otoczenia, a pierwsze osoby zwracały za burtę swoje śniadania. W pewnym momencie nawet jedna osoba z obsługi próbowała (lecz nie zdążyła) wybiec na pokład. W takiej miłej atmosferze dopłynęliśmy do portu w Chumpon, gdzie czekał na nas autobus do stolicy. Julia dzielnie przetrwała rejs i czuła się zaskakująco dobrze.
Do Bangkoku dotarliśmy około 1 w nocy i okazało się, że od przystanku autobusowego do naszego hostelu musieliśmy iść jedynie 10 minut, co z dużymi plecakami po całym dniu podróży, było bardzo pozytywnym zaskoczeniem.
Na koniec dnia, przeszliśmy się pobliskimi uliczkami w poszukiwaniu jedzenia. Na środku jednej z nich leżał martwy szczur, ale nie zraziło to nas wcale i załapliśmy się na ostatni uliczny straganik serwujący mango sticky rice, które ze smakiem zjedliśmy przed snem 🙂