Dzień 36 – Bangkok – Pałac Królewski.

Dzień 36 – Bangkok – Pałac Królewski.

2 stycznia, zaczęliśmy od realizowania planu na dni dalsze. Skierowaliśmy się na stację w Thonburi by kupić bilet na pociąg, którym mieliśmy jechać dwa dni później. By tam dotrzeć, wsiedliśmy na pobliskim naszego hostelu przystanku promowym Phra Arthit i popłynęliśmy rzeką Chao Phraya (pl. Menam). Po 5 minutach wysiedliśmy i poszliśmy na stację kupować bilety. Okazało się, że nie jest to możliwe! Bilety na klasę 3 (tak, trzecią!) można kupić jedynie w dniu wyjazdu. Czytaliśmy w internecie, że należy kupować bilety wcześniej, ale faktycznie, dotyczyło to pociągów nocnych.

Poinformowani, ruszyliśmy do centrum Bangkoku, by zwiedzić Pałac Królewski. Po drodze ze stacji przeszliśmy przez lokalny rynek, wyglądający trochę inaczej niż wszystkie, które wcześniej odwiedzaliśmy. Z daleka, gdy mijaliśmy go w drodze na stację wyglądał na bardziej autentyczny, tak jakby faktycznie stołowali się i kupowali tam lokalni mieszkańcy.

Smród i brud jaki zobaczyliśmy zszokował nas. W ciagu dnia, około godziny 11 było dosyć pusto, jeden z ‚sprzedawców’ mył miskę w studzience ściekowej, a metr przed nami przebiegł szczur. Uciekliśmy stamtąd bardzo szybko, bo wszędobylski fetor był tak silny, że aż mdlił.

Po przepłynięciu kolejnych kilku przystanków dotraliśmy do Pałacu Królewskiego. Droga z przystani prowadziła przy wysokim białym murze do wąskiego wejścia przy którym kłębił się tłum ludzi. Okazało się, że nie tylko kobiety, ale również mężczyźni muszą mieć zakryte nogi i ramiona by wejść do środka. Czytaliśmy o tym wcześniej, ale jakoś wypadło nam to z głowy. Z problemu szczęśliwie wybawiła nas para turystów opuszczających właśnie Pałac, którzy również musieli kupić spodnie by wejść do środka – odsprzedali nam jedną parę luźnych, tajskich długich spodni.

Słońce paliło niemiłosiernie, a my ubrani od góry do dołu, bierzyliśmy w kierunku wejścia. Po kilku niemiłych kontrolach ubrania – gdzie wojskowo ubrane panie sondowały od stóp do głów, udało nam się wejść. Tłum był ogromny, ale udało nam się przebić do kompleksu świątyń by zobaczyć najcenniejszy artefakt w Tajlandii – szmaragdowego Buddę.

Przeszliśmy kompleks, obejrzeliśmy posągi demonicznych strażników, wiele posągów Buddy, kolejne ogromne czedi i wiele pięknych malowideł.

Po wyjściu ze świątyń, przeszliśmy do części Pałacowej, którą oglądać można tylko z zewnątrz. Co ciekawe, pałac przypomina budowle europejskie, bo był projektowany przez europejskiego architekta. Zmieniono jedynie dach, by był zgodny z stylem tajskim.

Odwiedziliśmy również małe muzeum pokazujące oryginalne elementy pałacu, które podczas renowacji zostały wymienione na nowe. Z bliska mogliśmy się przyjrzeć pięknym inkrustowaniom na belkach dachowych. Wspaniała, bardzo dokładna praca jest niewidoczna z daleka.

Po Pałacu, przeszliśmy kawałek do kolejnego przystanku na rzece …, gdzie przepłynęliśmy na drugi brzeg by zwiedzić Wat Arun, czyli Świątynię Wschodzącego Słońca.

Musimy przyznać, że ze wszystkich czedi widzianych dotąd, ta w Wat Arun zrobiła na nas największe wrażenie. Biała ogromna, strzelista budowla wygląda przecudownie, w szczególności w zachodzącym słońcu. Jest to jedno z popisowych miejsc Bangkoku.

Gdy słońce zaszło, wróciliśmy promem do naszego hostelu, gdzie zjedliśmy małą kolację i położyliśmy się spać.