Dni 23-24 – Koh Phi Phi – Wyspiarskie chwile

Dni 23-24 – Koh Phi Phi – Wyspiarskie chwile.

Kolejne dwa dni spędziliśmy leniwie na wyspie. Plażowaliśmy, obchodziliśmy tłoczne uliczki, jedliśmy i podziwialiśmy widoki.

Załapaliśmy się również na lokalną imprezę z muzyką na żywo. Muzyk czasem nie znał słów angielskich piosenek, posikował się wtedy widownią lub tekstami z internetu na telefonie. W pewnym jeden z widzów zaśpiewał całe dwie piosenki by ratować grajków. Nie przeszkadzało to jednak dobrej atmosferze i drinkom popijanym z tzw. „bucketów” czyli plażowych wiaderek – jest to dosyć specyficzny, ale typowy sposób podania na Tajlandzkich wyspach.

Udało nam się sfotografować: kolejną świetlistą choinkę, zaspanego kota oraz księżyc w nowiu tuż po zachodzie słońca.

Kolejnego dnia udaliśmy się na polecany przez miejscowych punkt widokowy. Wybraliśmy dłuższą, lecz bardziej malowniczą drogę. Okazał się to lepszy wybór, ponieważ alternatywą były bardzo stromę schody, na które nie mieliśmy ochoty w takim upale.

20171221_155722

Tak zakończyliśmy nasz krótki pobyt na wyspach Phi Phi.

20171221_165624

Dzień 22 – Koh Phi Phi – Wycieczka po wyspach Phi Phi.

Dzień 22 – Koh Phi Phi – Wycieczka po wyspach Phi Phi.

Podczas wieczornego spaceru dzień wcześniej wymyśliliśmy, że skorzystamy z tutejszych atrakcji i wybraliśmy jedną z tutejszych objazdowych wycieczek. Wszystkie lokalne ‚biura turystyczne’ oferują dokładnie to samo – właściwie są to jedynie pośrednicy, więc obeszliśmy kilka pobliskich w celu wynegocjowania jak najlepszej ceny.

Wycieczka zaczynała się o godzinie 12, była wypełniona różnymi atrakcjami i miała zająć nam cały dzień.

Przystanek pierwszy – Plaża Małp! (Monkey Beach) Jest to takie miejsce na wybrzeżu wyspy Koh Phi Phi Don gdzie nad samym morzem mieszkają makaki. Małpy raczej unikają wody, a na człowieka patrzą uważnie. Wydaje się, że zostały brutalnie nauczone, że z człowiekiem nie należy zadzierać, bo podchodzą, ale już nie są takie chętne by coś wyrywać z rąk. Nasz przewodnik Koko, będący jednocześnie kapitanem, DJem i wodzirejem, mówi by nie karmić małp, bo mogą ugryźć. Jak wiadomo, niektórzy pierwsze co robią po zejściu z łódki to nakarmienie małp. Nikomu nic się nie stało. Po zrobieniu kilkudziesięciu zdjęć małych i dużych makaków, płyniemy dalej na drugą z wysp Phi Phi – Koh Phi Phi Leh.

Drugi przystanek to tzw. Jaskinia Wikingów. (czyt. totalna bzdura) Motorówka staje w pobliżu i można zrobić trochę zdjęć. Koko dzieli się z nami pewną ciekawostką – w jaskini mieszka grupa ludzi zajmujących się pozyskiwaniem gniazd jaskółek. Można się zastanawiać po co komu takie gniazdo – otóż, jaskółki budują swoje legowiska używając własnej śliny, a Azjaci wierzą, że dodaje ona siły… ponoć również leczy kaca. Produkty można podobno kupić w niektórych sklepach spożywczych, ale jeszcze nic takiego nie widzieliśmy (albo nie doczytaliśmy – nie jest to łatwe gdy wszystko napisane jest po tajsku).

DCIM100GOPROG0045447.
DCIM100GOPROG0045447.

Płyniemy dalej, trzecim miejscem postoju jest piękna laguna Pileh Bay – zamknięta z czterech stron, z jedynie małym przesmykiem, otoczona górami, piękna szmaragdowa zatoka. Mieliśmy tutaj okazję się wykąpąć i popływać w słonej wodzie Morza Andamańskiego.

Kolejnym przystankiem, była zatoka Maya Bay. Jest ona słynna z powodu filmu „The Beach” (pl. Niebiańska Plaża), którego akcja odbywa się właśnie na wyspie Koh Phi Phi Leh, a tytułowa plaża znajduje się właśnie w zatoce Maya.

20171219_153623

Pierwszą atrakcją było wypatrywanie pływających tam rekinów – i faktycznie, można tam spotkać małe czarnopłetwe rekiny rafowe (ang. black tip reef shark), udało nam się zobaczyć całe 3. Koko, twierdził, że są to małe rekinki, a „mama rekin” czai się w pobliżu. Ponadto, dodawał, że nie ma co się przejmować jeżeli nie widzimy rekina – on na pewno widzi nas :). (uwaga – zdjęcie rekinów jest zaczerpnięte z wikipedii, bo nam nie udało się ich uchwycić)

Trochę dalej, zatrzymaliśmy się na snorkeling. Od tych częstych przystanków i mijających nas innych łódek, Julię dopadła choroba morska i czuła się bardzo źle. Na szczęście, pół godziny później zatrzymywaliśmy się już na niebiańskiej plaży i zostawaliśmy tam prawie 3 godziny więc mogliśmy spokojnie odpocząć i zaczerpnąć słońca i kąpieli. Pod koniec naszej wizyty na plaży Maya postanowiliśmy się przejść jeszcze po rajskiej wyspie. Można z plaży dojść na drugą stronę wyspy. Wszystko wygląda tutaj rajsko, ponieważ jest tu jedynie kilka budenczków należących do strażników parku narodowego i nic więcej. Naprawdę imponujące dzikie miejsce, nawet przy dużej ilości turystów. Należy dodać, że nasz długi pobyt w tym miejscu sprawił, że wracając na łódkę byliśmy jedną z ostatnich grupek ludzi na wyspie.

Nasza droga na łódkę była dużo dłuższa niż z niej zejście, ponieważ morze ponownie pod wieczór się cofnęło. Musieliśmy przejść około 200 metrów. Szliśmy całą grupą, po pas w wodzie, trzymając plecaki na głowach, próbując nie stąpać po rafie koralowej. Gdy weszliśmy na pokład, zostaliśmy zawiezieni do małej skalistej zatoczki, gdzie czekaliśmy na zachód słońca. Warto wspomnieć, że przy każdym takim przystanku, jeden lub dwóch majtków wyskakiwało z łódki z liną i nurkując cumowało nas do skał na dnie morza.

Choć ryb było mniej, trochę skorzystaliśmy z snorkelingu, bo udało się nam zobaczyć parę rozgwiazd przyklejonych do skał.

Widok zachodzącego do morza słońca obserwowany z pokładu łodzi jest czymś naprawdę wyjątkowym i nieuchwytnym na zdjęciach.

Ostatnim punktem naszej wycieczki miało być obserwowanie świecącego planktonu. Nasza łódź pływała w kółko nieopodal małpiej plaży. Po 10 minutach byliśmy przekonani, że to tylko chwyt marketingowy i zaraz zostaniemy poinformowani, że tym razem nie udało się znaleźć planktonu. Stało się jednak inaczej – nasza łódź została połączona liną z inną łodzią, Koko zaordynował założenie kamizelek ratunkowych, założenie masek i wejście do wody. Wszyscy nie byli już tak chętni jak na początku, ponieważ było ciemno, dosyć chłodno i fale mocno kołysały naszą łodzią. Kuba wskoczył pierwszy. Polecono nam chwycić się liny i gdy zanurzymy głowy, mocno machać nogami i rękami – brzmi śmiesznie, ale naszym oczom ukazały się setki świecących punktów. Był to niesamowity widok, zielono-białe drobinki planktonu zanurzone w ciemnej wodzie , wyglądały niczym gwiazdy na nocnym niebie.

Po tych fantastycznych przygodach, wróciliśmy do portu Ton Sai i zmęczeni wycieczką wróciliśmy do naszego hotelu :).

Dzień 21 – Droga na Koh Phi Phi

Dzień 21 – Droga na Koh Phi Phi

Wstaliśmy rano, spakowaliśmy bagaże, zjedliśmy ‚zgrzewki’ zakupione w sklepie 7/11 i czekaliśmy na przyjazd naszego transportu. Samochód miał nas zabrać do portu w Krabi, gdzie wsiadaliśmy na łódkę płynącą na największą z wysp Phi Phi – Phi Phi Don. Spodziewaliśmy się jakiegoś minibusa, a nadjechał duży songthaew (chociaż nie wiemy, czy w tym wypadku nazwa jeszcze obowiązuje). W środku, siedziało już około 15 osób i nie było dla nas miejsca… Siedzieliśmy więc na schodku wychodzącym na zewnątrz, jedną nogą trzymając duże plecaki, drugą małe. Musiało to wyglądać dosyć komicznie.

Gdy dotarliśmy, wsiedliśmy na ferry wiozące nas na Koh Phi Phi. Po krótkim rejsie, dotraliśmy na kolejną rajską wyspę. Jest to mała, choć i tak znacznie większa od Koh Lipe wyspa, położona również na morzu Andamańskim. Tam, czekała nas niespodzianka – okazało się, że hostel który zabookowaliśmy, nazywa się „resortem” i na przystani czekał na nas człowiek, który zaprowadził nas do miejsca noclegowego. Wziął od Julii plecak i zaczął nas kierować, po chwili zatrzymał się, zostawił plecak i zniknął. Okazało się, że poszedł załatwiać wózek – na którym zawiózł oba nasze plecaki. Było to bardzo dziwne uczucie – po raz pierwszy ktoś niósł nasze plecaki i mogliśmy lekko dojść do hostelu. W wysokiej temperaturze potrafi to mieć duże znaczenie, bo po 15 minutach spaceru pod górę z dużym obciążeniem jest się już zupełnie mokrym.

Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że nasz pokój jest bardzo duży i w dodatku mamy taras. Nie było zbyt czysto, bo po pokoju wędrowały mrówki i jaszczurki – ale mieliśmy taras! Do tego w pokoju była jeszcze lodówka, co również jest bardzo użyteczne. Postanowiliśmy, że sniadania będziemy jadać na tarasie.

Po chwili odpoczynku, wyruszyliśmy na plażę. Dotarliśmy na Long Beach, gdzie postanowiliśmy się rozłożyć i schłodzić w morskiej wodzie. Z tym schłodzeniem mieliśmy pewien problem, ponieważ po przejściu 100 metrów w głąb morza, wody mieliśmy nadal po kolana. Mniej więcej w tym momencie Julia zawróciła by się opalać. Kuba poszedł dalej, choć po kolejnych 100 metrach, wody miał nadal do pasa i po chwili nieudanego pływania również zawrócił.

Położyliśmy się by zaczerpnąć kąpieli słonecznej. Po jakimś czasie, zorientowaliśmy się, że morze cofnęło się o kilkanaście metrów. Niebo się zachmurzyło i zerwał się silny wiatr. Kuba sprawdził informacje dotyczące tsunami, ponieważ gwałtownie cofające się morze to jeden z symptomów. Okazało się, że nic nam nie grozi. Od tsunami w 2004 roku (które uderzyło między innymi właśnie w wyspy Phi Phi), Tajlandia wprowadziła najnowocześniejszy system ostrzegawczy przed tsunami na całym świecie. Specjalne boje pomiarowe zostały rozstawione w kilku miejscach morza Andamańskiego i oceanu indyjskiego. W ciagu dwóch minut informacja zostaje potwierdzona w zagranicznych instytutach i wysłana do lokalnych władz. Może zostać wysłany również specjalny ostrzegawczy sms do wszystkich znajdujących się w zagrożonym rejonie, a na wyspach są oznakowania wskazujące droge ucieczki. W razie katastrofy należy kierować się niezwłocznie na możliwie najwyższy punktu lądu. Dowiedzieliśmy się, że drastycznie cofające się morze to normalna sprawa w czasie odpływu.

Skorzystaliśmy z możliwości by podziwiać podwodne życie w płytkiej wodzie. Spotkaliśmy kilka małych krabów (jeden z nich, nie do końca dobrowolnie, był naszym modelem), dziwne podowdne ślimaki, nietypowego homara (chyba?) oraz czaplę która wybrała się na żer.

Dzień zakończyliśmy przechodząc się tłocznymi uliczkami wyspy w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia 🙂

20171218_165717

Dzień 20 – Ao Nang – Tiger Cave Temple

Dzień 20 – Ao Nang – Tiger Cave Temple

17 dnia grudnia wybraliśmy się do słynnej w okolicy Tiger Cave Temple. Jest to kompleks buddyjskich świątyń w pobliżu Krabi, położonych u podnóża jednego z tutejszych wzgórz.

Na szczycie znajduje się orgomny posąg siedzącego Buddy. By go obejrzeć wystarczy pokonać jedynie 1260 schodków (chociaż znak na dole informuje, że jest ich 1237). Niektóre z nich są prawie płaskie, ale zdecydowana większość jest bardzo stroma, wysoka prawie do kolana (ponad 30 cm wysokości). Dodatkowo pierwszy odcinek drogi utrudniają małpy, które są tutaj bardzo pewne siebie. Jedna zawiesiła się na plecaku Kuby, wyciągneła z bocznej kieszeni błyszczące opakowanie po cukierkach i uciekła. Druga chwytała Julię za nogi, a po chwili kolejna, uwiesiła się na butelce wody, którą Kuba trzymał w ręku. Po dwóch strząśnięciach poddała się, ale chyba tylko dlatego, że przechodziła obok nas grupka turystów i małpa wystraszyła się tłumu.

Około 900 schodka minął nas pies idący w dół. Mieszane uczucia zawitały w naszych głowach – cóż za spotkanie, pies na 900-nym schodku, z jednej strony zmęczenie połączonę z dumą, że już blisko, z drugiej… pies który schodzi i merda ogonem jakby nigdy nic. W dodatku, my zatrzymaliśmy się by trochę odpocząć, a pies szybko w dół, nawet nie zwrócił na nas uwagi.

Gdy dotarliśmy na szczyt, musieliśmy zdjąć buty by wejść na taras, gdzie ukazał się nam piękny widok zlotego Buddy, gór jak z chińskich obrazów w tle i morza w oddali. Mieliśmy również szczęście, ponieważ dotarliśmy tam chwilę przed zachodem słońca, co dodało uroku widokom.

Niestety, oznaczało to, że po zrobieniu zdjęć i obejrzeniu widoków musieliśmy zacząc schodzić na dół, by zdążyć przed zmrokiem. Droga w górę zajęła nam 40 minut, natomiast powrót około 15 minut. W czasie drogi w dół zaczęło podać, więc poręcze były mokre i śliskie, ale za to małpy chowały się przed deszczem, więc nie musieliśmy już z nimi walczyć.

Po zejściu, udało nam się złapać „taksówkę” (wcale nie mamy przekonania czy to była taksówka), która zawiozła nas na Night Market w Krabi Town. Jest to taki nocny targ, na którym można znaleźć dziesiątki stoisk z jedzeniem – było to idealne miejsce po odwiedzinach na szczycie góry. Można tam znaleźć: grilowane owoce morza, różnego rodzaju Phad Thai, curry w wielu postaciach, świeże sushi, suszone kałamarnice (chyba?), kompoty z różnych dziwnych owoców, drinki w bambusie (podawane przez LadyBoya), a nawet smażone insekty. Kuba obiecał, że spróbuje, ale jak już trafiliśmy na stoisko to twierdził, że był zbyt najedzony.

Ponadto, znaleźć można tutaj trochę pamiątek – większość podobna do tego co można znaleźć w innych turystycznych miejscach, wyróżniły się w naszych oczach: rzeźbione mydełka w kształcie kwiatów i ręcznie malowane buty. Na koniec, zobaczyliśmy jeszcze coś przykrego – dziwacznie kolorowo ubrana dziewczynka, która ustawiała się w pozach podobnych do tych z hinduistycznych obrazów.

Wróciliśmy Songthaewem do domu i położyliśmy się spać, ponieważ następnego dnia czekało nas ranne wstawanie 🙂

Dzień 19 – Ao Nang – Star Wars

Dzień 19 – Ao Nang – Star Wars

16 grudnia. Dwa dni po światowej premierze najnowszych Gwiezdnych Wojen. Był to już najwyższy czas by udać się do kina. Kuba planował to od miesięcy. Mieliśmy obejrzeć film już dnia poprzedniego, ale okazało się że ostatni seans po angielsku był o godzinie 17 i nie mieliśmy szans na niego zdążyć, a wersja tajska nie do końca nam odpowiadała.

Tym razem, dobrze się przygotowaliśmy. Zapytaliśmy pani w naszym hostelu jak możemy się dostać do kina w miejsowości Krabi. Okazało się, że jest ono położone w centrum handlowym poza miastem, ale publiczne Songthaewy zajeżdżają tam w drodze na lotnisko. Czytaliśmy o tym typowym dla południowej Azji środku transportu już wcześniej, ale to była nasza pierwsza okazja by z niego skorzystać.

Songthaewy to takie półotwarte ciężarówki, gdzie siada się na zadaszonej pace. Kolejni turyści dosiadają się na żądanie i wysiadają w wyznaczonych miejscach, lub gdzie chcą wysiąść po uwczesnym zasygnalizowaniu. Wrażenie bardzo ciekawe, bo można obserwować okolice i czuć wiatr we włosach, a jednocześnie zauważyć każdą dziurę w drodze.

Po około 45 minutach jazdy (a właściwie wielu przystankach w Ao Nang i Krabi), dotarliśmy do celu. Mieliśmy jeszcze wystarczająco dużo czasu by spokojnie zjeść w sekcji stołówkowej centrum handlowego – za niecałe 100 bahtów zjedliśmy po porcji ryżu z kurczakiem oraz miskę rosołu.

Przygotowani, ruszyliśmy do sali kinowej. Po obejrzeniu tysiąca reklam po tajsku, wydawało się, że przyszedł czas na wyczekane Gwiezdne Wojny. Na ekranie pojawiło się jednak coś innego – monit mówiący, że należy teraz powstać i oddać hołd królowi Tajlandi. Wszyscy zorientowani widzowie wstali, a chwilę po nich zdezorientowani turyści. Obejrzeliśmy minutowy pokaz slajdów z poprzednim i obecnym królem (synem, ukoronowanym w zeszłym roku) popartym pompatyczną muzyką i śpiewem chóru (podejrzewamy, że był to hymn Tajlandii). Po tym bardzo dziwnym przeżyciu, wrezscie – Gwiezdne Wojny!

Kuba spedził następne dwie godziny w absolutnym skupieniu. Julia czasem ziewała, ale równie dzielnie oglądała najnowsze dzieło studia Lucas Arts. Po pełnych emocji 2.5 godzinach, Kuba wyszedł z kina w nieustającym napięciu. Ruszyliśmy w poszukiwaniu transportu powrotnego. Niestety po zmroku Songthaewy nie jeździły już w te okolice. Postanowiliśmy spróbować szczęścia i na parkingu zapytaliśmy dwóch Tajów, którzy właśnie wchodzili do samochodu, dokąd jadą i czy mogą nas zabrać ze sobą. Podwieźli nas do Krabi, wprost pod postój Songthaewów i jeszcze dopytali się dla nas, który jedzie do Ao Nang. Po minucie siedzieliśmy już z innymi turystami i czekaliśmy na powrót do naszej miejscowości.

Po powrocie, ponownie przeszliśmy się po Ao Nang. Jest to miejscowość bardzo turystyczna, podobna trochę do naszej Łeby. Wszędzie pełno kramików z pamiątkami – słonikami w każdej postaci, od drewnianych figurek, przez materiałowe przywieszki po porcelanowe dzwoneczki, magnesów, pocztówek, miseczek wykonanych z łupin kokosa, ‚oyrginalnych’ torebek i plecaków, kolorowych ubrań i wszystkiego czego każdy turysta potrzebuje. Postanowiliśmy, że zostaniemy tu tylko jeszcze jeden dzień, ponieważ chcieliśmy zwiedzić buddyjskie świątynie, które widzieliśmy jadąc Songthaewem. Kupiliśmy więc bilety na wyspę Koh Phi Phi Don na 18 grudnia.

Pełen emocji dzień zakończyliśmy jedząc Phad Thai i Sataye zakupione w jednej z budek z jedzeniem, siedząc na ławce z widokiem na morze i pięknie przyzdobione łódki.

20171216_231407

Dzień 18 – Droga do Ao Nang

Dzień 18 – Droga do Ao Nang

15 grudnia spakowaliśmy nasze duże plecaki i ruszyliśmy w kierunku plaży Pattaya. Tam, wprost z plaży wchodziliśmy na pontonowy pomost, przy którym czekały zacumowane łodzie. Jedna z nich miała nas przewieźdź na platformę przy której zatrzrymywały się większe stateczki, transportujące na inne wyspy i stały ląd. Tym razem płynęliśmy nie zwykłym promem (ferry), a szybką motorówka („speed boat”), ponieważ tak było taniej. Po drodze do plaży, w ramach śniadania kupiliśmy świeże owoce, które udało nam się zjeść na platformie.

Podróż szybką łodzią była przyjemna, aczkolwiek na przystanku na wyspie Koh Tarutao dosiadło się więcej osób i zrobiło się dość tłoczno.

20171215_095224

Tym razem, nasz transport był łatwiejszy, ponieważ wykupiliśmy przejazd wprost z wyspy Koh Lipe do miejscowości Ao Nang i nie musieliśmy szukać kolejnych środków transportu. Na przystani w Pakbara czekała już pani z kartką i zbierała wszystkich podróżnych, którzy wykupili podobny pakiet. Zaprowadziła nas do busika, który jechał do dystryktu Krabi. Po chwili oczekiwania, załadowaliśmy się wszyscy z bagażami do busa i ruszyliśmy w drogę… Prawie ruszyliśmy, bo kierowca musiał jeszcze podjechać po kolejnych turystów na przystanek obok … i już ruszaliśmy… ale nie do końca, ponieważ znowu zatrzymaliśmy się by kierowca kupił sobie przekąski… i wreszcie ruszyliśmy! Chociaż nadal nie do celu, bo okazało się, że pan kierowca musi jeszcze zajechać do domu. W końcu wyjechaliśmy… by po 5 minutach zatrzymać się na stacji i zatankować. Kolejny start silnika i kolejna nadzieja… jeszcze tylko do serwisu skuterów…

Ostatecznie, po tych wszystkich przystankach kierowca załatwił już chyba wszystkie ważne sprawy i zaczął jechać do Krabi i Ao Nang.

Po kilku godzinach, dotarliśmy do miejscowości Krabi, gdzie większość podróżnych wysiadała. Zostaliśmy my i grupa hiszpanów. Z pomocą nawigacji, hiszpanie dawali wskazówki kierowcy. Po 15 minutach krążenia, okazało się, że ich resort jest położony w środku pola – miny im zrzedły. Na koniec zostaliśmy my. Kierowca sugerował, że może nas podwieźć do Ao Nang lub do samego hostelu za dodatkową opłatą w wysokości 100 bahtów (około 11 zł). Nie zgodziliśmy się, naciskając że ma nas podwieźć bez żadnych dopłat. W końcu wysadził nas po prostu w Ao Nang… okazało się, że nasz hostel jest położony około 300 metrów dalej. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z tym, że ktoś chce nas naciągnąć lub nawet oszukać.

Po zakwaterowaniu w pokoju z oknem wychodzącym na korytarz, wyruszyliśmy by zwiedzić okolice. Gdy doszliśmy do plaży, zerwał się bardzo silny wiatr, a niebo pociemniało. Na pomarańczowym od zachodu słońca horyzoncie widać było wyspy w strugach deszczu.

20171215_182545

W powietrzu można było wyczuć, że niedługo burza przyjdzie i do nas, więc postanowiliśmy skryć się w jednej z dziesiątek pobliskich restauracyjek. Po całym dniu, zjedliśmy ze smakiem: warzywa w sosie ostrygowym, wołowinę w czarnym pieprzu (black pepper beef) oraz mango sticky rice na deser. Z naszego otwartego baru oglądaliśmy strugi deszczu. Takiej ilości wody i kropel tak dużych nie widzieliśmy już dawno, o ile w ogóle. Gdy deszcz ustał, wróciliśmy do pokoju i zmęczeni całym dniem szybko zasnęliśmy.

Dni 14-17 – Koh Lipe, rajska wyspa w Tajlandii

Dni 14-17 – Koh Lipe, rajska wyspa w Tajlandii

Nasze pierwsze zetknęcie z Tajlandią miało miejsce na małej wyspie Koh Lipe. Należy ona do parku narodowego Tarutao i jest jeszcze stosunkowo mało zatłoczona. Króluje tutaj backpackerski styl i luźna wyspiarska atmosfera. Plaże są prawie puste, a knajpki pełne. Woda ma cudowny turkusowy kolor, a piasek jest śnieżnobiały z kawałkami koralowca.

Ciekawostką jest, że nie ma tu dróg samochodowych ani świateł ulicznych, ale nieprawdą jest, że na wyspie nie ma w ogóle samochodów. Ruch odbywa się wąskimi deptako-uliczkami, którymi poruszają się ludzie oraz szalone skutery i Tuk-tuki, a jednocześnie psy i koty leżą na środu, nic sobie z tego wszystkiego nie robiąc. Na wyspie w ogóle jest bardzo dużo psów i kotów, wszystkie wyglądają jakby były z jednej rodziny i prowadzą sielskie życie.

Na Koh Lipe są trzy główne plaże: Sunrise (wschodzącego słońca), Sunset (zachodzącego słońca) i Pattaya, na którą przypłynęliśmy. Po poznaniu wyspy, okazało się, że mieszkamy w samym jej centrum, a całość można obejść w ciągu 3 godzin. Centrum wyspy to Walking Street, na której znajduje się wiele knajpek, sklepików z pamiątkami i ubraniami, salonów tajskiego masażu i „biur podróży”, które organizują transport na inne wyspy oraz wycieczki snorklingowe. To właśnie na tej uliczce i plażach toczy się całe turystyczne życie Koh Lipe. Czasami wędrując po wyspie udało nam się zobaczyć, nieturystyczne okolice, czyli tzw. „zaplecze” mieszkańców wyspy – nie wygląda to już tak rajsko. Ludzie żyją bardzo skromnie, często w dla nas niewyobrażalnych warunkach – w drewnianych chatkach na palach albo blaszanych budowlach. Mimo to wyspiarze wyglądają na dosyć czystych, bardzo rozluźnionych, i pozytywnie nastawionych do życia.

Mieliśmy okazję zobaczyć zachód słońca na Sunset beach, powędrować na sunrise beach, ale jednak najbardziej nam się podobała Pattaya, która nie dość, że miała najbardziej przejrzystą wodę i najbielszy piasek, to jeszcze była mało uczęszczana. Przychodziliśmy tutaj bardzo często – w ciagu dnia by zaznać kąpiel słonecznych i morskich, a wieczorem by przejść się i popodziwiać nocne życie leniwych knajpek. Można tutaj znaleźć wszystko, od jęczącego azjatyckiego karaoke poprzez europejską techno disco do spokojnych dźwięków reggae na żywo i tajów uprawiających fire-show.

Całe wybrzeże wyspy doskonale nadaje się do nurkowania i snorkelingu (czyli pływanie z maską i rurką), ponieważ rafy koralowe występują nawet bardzo blisko brzegu. Na każdej z plaży zobaczyć można ludzi w każdym wieku nurkujących lub pływających z rurką – tak też zrobił i Kuba 🙂 Całe godziny spędzał nurkując i filmując życie podwodne.

Drugą z rzeczy, która nas zachwyciła na Koh Lipe było jedzenie. Stragany uginają się pod ciężarem świeżo złowionych ryb i owoców morza, które często zaskakują wyglądem i rozmiarem. Niektóre z nich są jeszcze żywe i czekają na swoją kolej. Można tutaj znaleźć: krewetki różnych rozmiarów, kraby, ośmiornice, kałamarnice, langusty i przeróżne gatunki ryb (np. rybę miecz). W powietrzu unosi się cudowny zapach świeżo grilowanych ryb i tajskiej kuchni. Oprócz owoców morza, spróbowaliśmy tutaj również po raz pierwszy Pad Thai, czyli sztandarowej potrawy tajskiej. Składa się ona z makaronu, smażonego jajka, kiełków fasoli mung, szczypiorku i owoców morza lub mięsa.

Desery też nas urzekły – najbardziej znanym tajskimi słodkościami są mango sticky rice oraz lody kokosowe. Pierwszy z nich to po prostu ryż z dodatkiem tłuszczu i mleka kokosowego oraz świeżych owoców mango. Drugi specjał to lody kokosowe podane w połówkach świeżego kokosa z świeżym miąższem. Już same lody mają wspaniały naturalny, mocno kokosowy smak i w niczym nie przypominają tych dotychczas nam znanych, a podane w ten sposób są jeszcze bardziej egzotyczne.

Z racji tego, że w Tajlandii islam jest znacznie mniej obecny niż np. w Malezji, nie budziły nas rano nawoływania muezinów a i w sklepach można było zauważyć większy wybór alkoholu w bardziej przystępnych cenach. Przypominając, że w Malezji, jedno piwo potrafiło kosztować nawet 25 zł. Zachęceni wysawionymi przed sklepem butelkami, postanowiliśmy spróbować jakoś tajskiego specjału alkoholowego. Gdy zapytaliśmy w kasie o cenę, panie sprzedające wybuchły śmiechem. Okazało się, że wystawione butelki wypełnione są paliwem dla skuterów, a alkohol w bardzo podobnym kolorze i takich samych butelkach znajduje się jedynie na półce za plecami sprzedawczyń. Takim oto sposobem prawie spróbowaliśmy benzyny, ale ostatecznie udało nam się kupić inny specyfik. Nie do końca wiemy co wypiliśmy, ponieważ wszystkie napisy były po tajsku. Poinformowano nas, że to coś podobnego do whisky, w praktyce smakowało jakby whisky zaprawiona bimbrem. Ciekawa była również butelka tego wysokoprocentowego napoju, ponieważ była kapslowana. Raz otwarta, musiała zostać wypita. Nie było innego wyjścia 🙂

Ostatnią noc na Koh Lipe spędziliśmy na plaży oglądając rój spadających gwiazd (Kuba mówi asteroidów) i wsłuchując się w muzykę z pobliskich barów. Oprócz tego, obserwowaliśmy nieziemski plankton, który wyrzucony na brzeg morza, po nadępnięciu stopą zaczynał świecić na niebiesko. Daje to wrażenie jakby gwiazdy miały swoje odzwierciedlenie na piasku. Byliśmy tak oczarowani, że nie mieliśmy ochoty opuszczać wyspy, ale myśl o kolejnych pięknych miejscach nie daje osiąść na dłużej w nawet tak pięknym zakątku 🙂

Dzień 13 – Droga na Koh Lipe

Dzień 13 – Droga na Koh Lipe

O 6 rano obudziło nas nawoływanie z meczetu położonego naprzeciwko naszego pokoju. Przerwało to nasz spokojny sen, ale postanowiliśmy się nie dać i spaliśmy jeszcze chwilę.

Postanowiliśmy pojechać do portu by kupić bilety na tajską wysepkę Koh Lipe a następnie zwiedzić okolicę.

W kasie biletowej poinformowano nas, że ostatnia łódź odpływa o 14 (czyli za niecałe 2 godziny!). Oznaczało to, że nie zwiedzimy za wiele, ponieważ musimy wrócić po nasz bagaż. Stwierdziliśmy bezpieczniej będzie pojechać najpierw po bagaż, a potem obejrzeć okolice portu. Okazało się to dobrą decyzją ponieważ gdy dojechaliśmy do hostelu, nasze bagaże były zamknięte, a po właścicielach ani śladu. Po kilku nieudanych telefonach i średnlia io udanej próbie dogadania się z sąsiadami, postanowiliśmy czekać. Okazało się, że sąsiadka jednak zrozumiała i udało jej się dodzwonić do właścicieli hostelu. Julia w tym czasie poszła upolować wodę i owoce, a Kuba czekał pod pokojem. Po paru minutach przyjechała na skuterze starsza pani w burce i otworzyla pomieszczenie z bagażami.

Było już na tyle późno, że pozostało nam jedynie jechać do portu i czekać na odprawę graniczną. Odbywała się ona w małym budyneczku, z którego wychodziło się od razu na trap. Przystemplowano nasz wyjazd z Malezji, a wszystkie paszporty na czas rejsu trafiły do kapitana. Był to dla nas proceder niezrozumiały, ale postąpiliśmy jak nakazano.

Byliśmy podekscytowani podróżą na rajską wyspę i możliwością oglądania jej z osłonecznionego pokładu. Niestety, zapuszkowano nas w kolejnym śmierdzącym spalinami tramwaju wodnym z maleńkimi brudnymi okienkami przez które ledwo można było coś zobaczyć. Dodatkowo, łódź została wzbogacona w dwa płaskie telewizory, więc podróż umilała nam amerykańska strzelanina puszczona na cały regulator. W tych miłych okoliczonościach przyrody płynęliśmy około 1.5 h.

Gdy nasz statek zatrzymał się przy drewnianej konstrukcji przypominającej platformę, kazano nam zostawić bagaże i wskoczyć wprost do małej drewnianej łódeczki. Z jednej strony obawialiśmy się zostawić bagaż, z drugiej wysepka była tak piękna, że zapierała dech w piersiach i już nie mogliśmy się doczekać kiedy staniemy na jej piasku. Łódeczkami dopłynęliśmy do brzegu, gdzie wyskakiwaliśmy do wody po kolana.

Po wyjściu na plażę, można było zaobserwować ciekawą reakcję wśród pasażerów: wszyscy podziwiali wodę i widoki z otwartymi buziami, a jednocześnie rozglądali się za swoimi paszportami.

Po chwili pojawiła się kolejna łódeczka z naszymi bagażami, po kolejnej chwili pojawił się facet z paszportami, który jak na wycieczce szkolnej podnosił do góry paszport i pytał do kogo należy. Po wyczytaniu, dostaliśmy paszporty do ręki i skierowano nas do okienka, w którym pan w mundurze zeskanował dokumenty i przybił nam pieczątkę wjazdową do Tajlandii.

Wokoło było pięknie, rozciagała się cudowna piaszczysta plaża, a woda była tak przezroczysta, że łódki zdawały się unosić w powietrzu.

W pełnym słońcu, z ciężkimi bagażami na plecach wyruszyliśmy by odnaleźć zarezerwowany przez nas bungalow.

Po 20 minutach morderczej drogi dotarliśmy do naszej nowej kwatery. Drewniany domek był ładny i skromny, w środku stało jedynie łóżko z moskitierą, drewniana ława i mikro stolik nocny. Na szczęście mamy również skrzeczący wiatrak który świetnie sobie daje radę z upałem. Bungalow wygląda jakby składał się z ścian i nałożonego z góry dachu, w taki sposób że przestrzeń. Ciężko to opisać, ale całość jest otwarta, więc przychodą do nasz czasem jaszczurki i mniej przejmne, choć niegroźne wije. Przedstawiciel tego gatunku przywitał nas w łazience, która wydaje się być ich ulubionym miejscem. Należy dodać, że woda którą się kąpiemy spływa nie do kratki, a do dziury w ścianie, którą wydostaje się do ziemi tuż za domkiem. Warunki są dosyć sparańskie, ale przynajmniej mamy własną łazięnkę, co wcale nie jest tu oczywistością.

Tego wieczora wyruszyliśmy jeszcze na krótki obchód okolicy, którą opiszemy w anstępnym wpisie 🙂

Dzień 12 – Droga na Langkawi

Po szybkim śniadaniu w jednym z lokalnych centrum Street Food (CF) wyruszyliśmy z naszymi ogromnymi plecakami w uporczywe upale w stronę terminalu promowego.

Po szybkim śniadaniu w jednym z lokalnych centrum Street Food (CF) wyruszyliśmy z naszymi ogromnymi plecakami w uporczywym upale w stronę terminalu promowego. Przepłynięcie z wyspy Penang do pobliskiej miejsowości Georgetown trwa około 15 minut i jest darmowe (w tym kierunku).

Po dopłynięciu czeka na pasażerów autobus który wiezie wprost do dworca autobusowego, ponieważ nowy budynek jest dopiero w budowie. Na każdym dworcu autobusowym, turystów od razu napadają taksówkarze i przedstawiciele innych środków transportu. Tak było i tutaj. Gdy pomocny pan zapytał dokąd chcemy jechać – na wyspę Langkawi – okazało się, że wszystkie autokary do najbliższego jej portu już odjechały. Na początku byliśmy sceptyczni co do tej informacji, ponieważ myśleliśmy, że Pan jest jedynie kolejnym taxi-naciągaczem. Na szczęscie, okazało się, że jest to człowiek-informacja i zajmuje się kierowaniem przyjezdnych. Pan przedstawił nam inną możliwość – autokar do mniejszej miejscowości, przesiądkę na taxi oraz prom. Byliśmy zmuszeni skorzystać z tej opcji.

Wsiędliśmy więc w autobus, który powinien już 10 minut wcześniej wyjechać i po kolejnych 20 minutach ruszyliśmy do miejscowości Alor Setar (według lokalnej wymowy – ALL STAR). Tam, ponownie napadli nas taksówkarze. Wiemy jednak, że w Malezji (a i ponoć w całej Azji) są to straszni naciągacze. Ponownie więc skorzystaliśmy z Ubera, który zawiózł nas wprost do miejscowości Kuala Kedah, skąd mieliśmy wypłynąć promem.

Jak się okazało przy okienku kasy promowej, ostatnia łódź odpływa za 45 minut i płacić można jedynie gotówką, której nie mieliśmy wystarczającej ilości. Zaczęliśmy poszukiwania bankomatu. Miejscowość była mała, a nikt nie potrafił sprecyzować odległości do bankomatu i tylko mówiono nam, że jest on daleko. Zapropnowano nam nawet podwózkę rowerem i wkrótce pół okolicy obserwowało dwójkę białych biegających w popłochu. Miejscowi jeździli wokół nas na skuterach wskazując co chwilę dalszą drogę. W końcu dotarliśmy, ku uciesze również miejscowych, do upragnionego urządzenia. Okazało się, że jedna z naszych kart jest nieobsługiwana, co wywołało dodatkowe krople potu na naszych strudzonych plecach. Na szczęście uratowała nas inna karta i z pośpiechem ruszyliśmy na przystań.

Na Langkawi płyneliśmy około 1.5 h i byliśmy jedynymi białymi pasażerami. Prom przypominał tramwaje wodne pływające z Gdańska na Hel.

Gdy dotarliśmy, po raz kolejny napadli nas taksówkarze, a my ponownie skorzystaliśmy z Ubera. Działa on na podstawie lokalizacji GPS oraz map Google, więc spokojnie klikneliśmy miejsce podane w rezerwacji naszego noclegu i beztrosko wsiedliśmy do podstawionego auta (nowsza model marki Proton).

Gdy wysiedliśmy w jakiśm podejrzanym miejscu gdzie w zasięgu wzroku było tylko kilka budynków, a na środku ulicy leżała ogromona rozjechana i wysuszona jaszczurka, zaczęliśmy mięć wątpliwości co do poprawności podanego adresu. Po nieudanym telefonie do właścicieli Guesthouseu, zaczęliśmy się poruszać w kierunku pobliskich świateł przypominających przydrożną restaurację. Tam, jeden z klientów natychmiastowo zaproponował nam pomoc, wstał od stołu, zadzwonił do Guesthouseu i podwiózł nas na miejsce. Był to mężczyzna, który w młodości również wiele podróżował i jak twierdził, wie co to znaczy zgubić się w obcym kraju. Byliśmy bardzo zaskoczeni tym miłym gestem, tym bardziej, że po całym dniu podróży wreszcie byliśmy na miejscu.

Była godzina 23:30, a wokół bawił się dzieci. W barze naprzeciw naszego pokoju postanowiliśmy zjeść szybką kolację. Julia zamówiła do picia sok z marchwi (mając przekonanie, że będzie to marchew lub kubusiowo-podobny napój). Przyniesiono nam różowy napój w szklanym kubku w kształcie pandy. Ku naszemu zaskoczeniu i obrzydzeniu, była to mieszanka mleka z kawałkami marchwi i cukrem, co tworzyło nijako-słodki roztwór z lodem.

Zjedliśmy nasze piekielnie ostre dania i położyliśmy się szybko spać, ponieważ następnego dnia mieliśmy podróżować dalej.

Podsumowując, by dotrzeć z George Town na Langkawi przemieszczaliśmy się: promem, autokarem, uberem, promem, uberem i na koniec jeszcze podwiózł nas pomocny pan własnym samochodem.