Dzień 21 – Droga na Koh Phi Phi
Wstaliśmy rano, spakowaliśmy bagaże, zjedliśmy ‚zgrzewki’ zakupione w sklepie 7/11 i czekaliśmy na przyjazd naszego transportu. Samochód miał nas zabrać do portu w Krabi, gdzie wsiadaliśmy na łódkę płynącą na największą z wysp Phi Phi – Phi Phi Don. Spodziewaliśmy się jakiegoś minibusa, a nadjechał duży songthaew (chociaż nie wiemy, czy w tym wypadku nazwa jeszcze obowiązuje). W środku, siedziało już około 15 osób i nie było dla nas miejsca… Siedzieliśmy więc na schodku wychodzącym na zewnątrz, jedną nogą trzymając duże plecaki, drugą małe. Musiało to wyglądać dosyć komicznie.
Gdy dotarliśmy, wsiedliśmy na ferry wiozące nas na Koh Phi Phi. Po krótkim rejsie, dotraliśmy na kolejną rajską wyspę. Jest to mała, choć i tak znacznie większa od Koh Lipe wyspa, położona również na morzu Andamańskim. Tam, czekała nas niespodzianka – okazało się, że hostel który zabookowaliśmy, nazywa się „resortem” i na przystani czekał na nas człowiek, który zaprowadził nas do miejsca noclegowego. Wziął od Julii plecak i zaczął nas kierować, po chwili zatrzymał się, zostawił plecak i zniknął. Okazało się, że poszedł załatwiać wózek – na którym zawiózł oba nasze plecaki. Było to bardzo dziwne uczucie – po raz pierwszy ktoś niósł nasze plecaki i mogliśmy lekko dojść do hostelu. W wysokiej temperaturze potrafi to mieć duże znaczenie, bo po 15 minutach spaceru pod górę z dużym obciążeniem jest się już zupełnie mokrym.
Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że nasz pokój jest bardzo duży i w dodatku mamy taras. Nie było zbyt czysto, bo po pokoju wędrowały mrówki i jaszczurki – ale mieliśmy taras! Do tego w pokoju była jeszcze lodówka, co również jest bardzo użyteczne. Postanowiliśmy, że sniadania będziemy jadać na tarasie.
Po chwili odpoczynku, wyruszyliśmy na plażę. Dotarliśmy na Long Beach, gdzie postanowiliśmy się rozłożyć i schłodzić w morskiej wodzie. Z tym schłodzeniem mieliśmy pewien problem, ponieważ po przejściu 100 metrów w głąb morza, wody mieliśmy nadal po kolana. Mniej więcej w tym momencie Julia zawróciła by się opalać. Kuba poszedł dalej, choć po kolejnych 100 metrach, wody miał nadal do pasa i po chwili nieudanego pływania również zawrócił.
Położyliśmy się by zaczerpnąć kąpieli słonecznej. Po jakimś czasie, zorientowaliśmy się, że morze cofnęło się o kilkanaście metrów. Niebo się zachmurzyło i zerwał się silny wiatr. Kuba sprawdził informacje dotyczące tsunami, ponieważ gwałtownie cofające się morze to jeden z symptomów. Okazało się, że nic nam nie grozi. Od tsunami w 2004 roku (które uderzyło między innymi właśnie w wyspy Phi Phi), Tajlandia wprowadziła najnowocześniejszy system ostrzegawczy przed tsunami na całym świecie. Specjalne boje pomiarowe zostały rozstawione w kilku miejscach morza Andamańskiego i oceanu indyjskiego. W ciagu dwóch minut informacja zostaje potwierdzona w zagranicznych instytutach i wysłana do lokalnych władz. Może zostać wysłany również specjalny ostrzegawczy sms do wszystkich znajdujących się w zagrożonym rejonie, a na wyspach są oznakowania wskazujące droge ucieczki. W razie katastrofy należy kierować się niezwłocznie na możliwie najwyższy punktu lądu. Dowiedzieliśmy się, że drastycznie cofające się morze to normalna sprawa w czasie odpływu.
Skorzystaliśmy z możliwości by podziwiać podwodne życie w płytkiej wodzie. Spotkaliśmy kilka małych krabów (jeden z nich, nie do końca dobrowolnie, był naszym modelem), dziwne podowdne ślimaki, nietypowego homara (chyba?) oraz czaplę która wybrała się na żer.
Dzień zakończyliśmy przechodząc się tłocznymi uliczkami wyspy w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia 🙂
