Dzień 12 – Droga na Langkawi

Po szybkim śniadaniu w jednym z lokalnych centrum Street Food (CF) wyruszyliśmy z naszymi ogromnymi plecakami w uporczywe upale w stronę terminalu promowego.

Po szybkim śniadaniu w jednym z lokalnych centrum Street Food (CF) wyruszyliśmy z naszymi ogromnymi plecakami w uporczywym upale w stronę terminalu promowego. Przepłynięcie z wyspy Penang do pobliskiej miejsowości Georgetown trwa około 15 minut i jest darmowe (w tym kierunku).

Po dopłynięciu czeka na pasażerów autobus który wiezie wprost do dworca autobusowego, ponieważ nowy budynek jest dopiero w budowie. Na każdym dworcu autobusowym, turystów od razu napadają taksówkarze i przedstawiciele innych środków transportu. Tak było i tutaj. Gdy pomocny pan zapytał dokąd chcemy jechać – na wyspę Langkawi – okazało się, że wszystkie autokary do najbliższego jej portu już odjechały. Na początku byliśmy sceptyczni co do tej informacji, ponieważ myśleliśmy, że Pan jest jedynie kolejnym taxi-naciągaczem. Na szczęscie, okazało się, że jest to człowiek-informacja i zajmuje się kierowaniem przyjezdnych. Pan przedstawił nam inną możliwość – autokar do mniejszej miejscowości, przesiądkę na taxi oraz prom. Byliśmy zmuszeni skorzystać z tej opcji.

Wsiędliśmy więc w autobus, który powinien już 10 minut wcześniej wyjechać i po kolejnych 20 minutach ruszyliśmy do miejscowości Alor Setar (według lokalnej wymowy – ALL STAR). Tam, ponownie napadli nas taksówkarze. Wiemy jednak, że w Malezji (a i ponoć w całej Azji) są to straszni naciągacze. Ponownie więc skorzystaliśmy z Ubera, który zawiózł nas wprost do miejscowości Kuala Kedah, skąd mieliśmy wypłynąć promem.

Jak się okazało przy okienku kasy promowej, ostatnia łódź odpływa za 45 minut i płacić można jedynie gotówką, której nie mieliśmy wystarczającej ilości. Zaczęliśmy poszukiwania bankomatu. Miejscowość była mała, a nikt nie potrafił sprecyzować odległości do bankomatu i tylko mówiono nam, że jest on daleko. Zapropnowano nam nawet podwózkę rowerem i wkrótce pół okolicy obserwowało dwójkę białych biegających w popłochu. Miejscowi jeździli wokół nas na skuterach wskazując co chwilę dalszą drogę. W końcu dotarliśmy, ku uciesze również miejscowych, do upragnionego urządzenia. Okazało się, że jedna z naszych kart jest nieobsługiwana, co wywołało dodatkowe krople potu na naszych strudzonych plecach. Na szczęście uratowała nas inna karta i z pośpiechem ruszyliśmy na przystań.

Na Langkawi płyneliśmy około 1.5 h i byliśmy jedynymi białymi pasażerami. Prom przypominał tramwaje wodne pływające z Gdańska na Hel.

Gdy dotarliśmy, po raz kolejny napadli nas taksówkarze, a my ponownie skorzystaliśmy z Ubera. Działa on na podstawie lokalizacji GPS oraz map Google, więc spokojnie klikneliśmy miejsce podane w rezerwacji naszego noclegu i beztrosko wsiedliśmy do podstawionego auta (nowsza model marki Proton).

Gdy wysiedliśmy w jakiśm podejrzanym miejscu gdzie w zasięgu wzroku było tylko kilka budynków, a na środku ulicy leżała ogromona rozjechana i wysuszona jaszczurka, zaczęliśmy mięć wątpliwości co do poprawności podanego adresu. Po nieudanym telefonie do właścicieli Guesthouseu, zaczęliśmy się poruszać w kierunku pobliskich świateł przypominających przydrożną restaurację. Tam, jeden z klientów natychmiastowo zaproponował nam pomoc, wstał od stołu, zadzwonił do Guesthouseu i podwiózł nas na miejsce. Był to mężczyzna, który w młodości również wiele podróżował i jak twierdził, wie co to znaczy zgubić się w obcym kraju. Byliśmy bardzo zaskoczeni tym miłym gestem, tym bardziej, że po całym dniu podróży wreszcie byliśmy na miejscu.

Była godzina 23:30, a wokół bawił się dzieci. W barze naprzeciw naszego pokoju postanowiliśmy zjeść szybką kolację. Julia zamówiła do picia sok z marchwi (mając przekonanie, że będzie to marchew lub kubusiowo-podobny napój). Przyniesiono nam różowy napój w szklanym kubku w kształcie pandy. Ku naszemu zaskoczeniu i obrzydzeniu, była to mieszanka mleka z kawałkami marchwi i cukrem, co tworzyło nijako-słodki roztwór z lodem.

Zjedliśmy nasze piekielnie ostre dania i położyliśmy się szybko spać, ponieważ następnego dnia mieliśmy podróżować dalej.

Podsumowując, by dotrzeć z George Town na Langkawi przemieszczaliśmy się: promem, autokarem, uberem, promem, uberem i na koniec jeszcze podwiózł nas pomocny pan własnym samochodem.