4 stycznia wstaliśmy wcześnie, zjedliśmy szybkie śniadanie, spakowaliśmy nasz plecaki i ruszyliśmy! Poprzedniego wieczoru zdecydowaliśmy, że nie będziemy przedłużać naszego pobytu w Tajlandii, ponieważ czeka nas jeszcze wiele krajów do zwiedzenia. Obiecaliśmy sobie, że na północ tego azjatyckiego kraju jeszcze wrócimy, a tymczasem postaramy się maksymalnie wykorzystać pozostałe nam dni.
Z dużymi bagażami poszliśmy na przystań Phra Arthit, przepłynęliśmy 3 przystanki do przystani Thonburi.
Z przystani podjechaliśmy ‚miejskim’ Songthaewem do stacji kolejowej w Thonburi. O 7.20 czekaliśmy już z biletami w ręku na przyjazd naszego pociągu.
Ciekawostka – Thonburi to dawna stolica Tajlandii, leżąca po drugiej stronie rzeki Cho Phraya, a obecnie dzielnica Bangkoku. Tam również zaczynała się tzw. kolej śmierci, która była budowana podczas II Wojny Światowej z rozkazu japońskiej armii.
Tu zaczynał się kolejny rozdział naszej podróży. O 7.50 ruszyliśmy pociągiem z Thonburi do Kanchanaburi, gdzie znajduje się słynny most na rzece Kwai. Jazda jest dosyć ekstremalna, ponieważ wagony są w całości drewniane, na suficie zamontowane są wiatraki, a co jakiś czas przez okna wpada ogromna ilość pyłu, popiołu lub kawałków zbóż.
DCIM100GOPROG0177262.
SONY DSC
Gdy tylko ruszyliśmy, rozpoczął się kolejowy handel – u nas kupić można głównie piwo i suche przekąski, a tutaj pojawili się sprzedawcy z ciepłymi daniami zawiniętymi w bananowe liście lub plastikowe woreczki.
Dotarliśmy do celu po około 3 godzinach jazdy i by wydostać się z naszego peronu musieliśmy przejść przez inny pociąg 🙂
Zakwaterowaliśmy się w hostelu, którego pokoje były położone na barkach. i po chwili odpoczynku ruszyliśmy na stację autobusową, ponieważ nasz plan był bardzo napięty.
SONY DSC
SONY DSC
Niestety, okazało się, że jest dosyć późno na dalsze wycieczki, więc ze stacji podjechaliśmy do słynnego mostu, którym obecnie nadal jeżdżą pociągi. Przeszliśmy się i mieliśmy okazję zobaczyć przejeżdżającą kolej, stojące jednocześnie na moście – to był szczęśliwy przypadek, ponieważ pociągi kursują tam jedynie 6 razy dziennie.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
DCIM101GOPROG0187303.
DCIM101GOPROG0197355.
Po przejściu mostu wstąpiliśmy do położonej tuż nad brzegiem rzeki, chińskiej kolorowej świątyni, skąd przepłynęliśmy na nasz wyjściowy brzeg łódeczką. Tu musimy przyznać, że ponownie mieliśmy szczęście, bo łódki wcale nie pływały tam często. 🙂
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Wracając do domu natknęliśmy się na ogromne poczwarki jedzące kwiatki i liście przydrożnego krzaku w zatrważającym tempie.
Wróciliśmy do naszego pokoju tuż przed zachodem słońca…
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Wieczorem przeszliśmy się jeszcze po okolicy, która na szczęście okazała się mniej turystyczna niż wcześniejsze miejsca, które zwiedzaliśmy. Po całym dniu wrażeń szybko zasnęliśmy.
Ostatniego dnia w Bangkoku ruszyliśmy by przedłużyć nasz pobyt w Bangkoku. Ponieważ najprostszym sposobem dostania się do dywizji wizowej było pojechanie taksówką, postanowiliśmy złapać jakąś w pobliżu hostelu.
Po 4 nieudanych próbach, gdy żaden z kierowców nie chciał włączyć licznika, już mieliśmy się poddać. Ostatnia próba była szczęśliwa – kierowca zgodził się na licznik i wsiedliśmy! W taksówce było mocno czuć alkohol, ale nas to nie zraziło 🙂 Faktycznie zapłaciliśmy 60 Bahtów, czyli 1/3 albo i 1/4 tego co proponowali taksówkarze za stałą kwotę (np. 200-300 Bathów).
Po wjechaniu na 18ste piętro wieżowca w centrum Bangkoku i krótkiej konsultacji w departamencie 1 wydziału wizowego, dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w złym miejscu, a właściwe miejsce jest już zamknięte. Ponadto, przedłużenie pobytu kosztuje około 200 zł za osobę. Trochę nas to zraziło i zaczęliśmy się zastanawiać jak pokierować naszą podróżą. Dowiedzieliśmy się również gdzie są inne oddziały w których można dokonać odpowiednich czynności, ponieważ nie chcieliśmy tracić kolejnego dnia – kolejne miejsca już na nas czekały 🙂
Resztę dnia postanowiliśmy poświęcić na coś bardziej ekstremalnego. Znaleźliśmy informacje o „budynku duchu”, czyli opuszczonym, niedokończonym wieżowcu. Poczytaliśmy w internecie, gdzie różne opinie sugerowały różne sposoby dostania się do środka. Były takie, które mówiły, że wejść można bez problemu, inne mówiły, że należy przekupić strażników, a jeszcze inne, że można kupić bilet.
W pobliże dostaliśmy się jadąc Sky Train, czyli taką koleją jadącą przez środek miasta, której torowisko jest położone na wysokich filarach, jakby wiaduktach wiodących nad ulicami.
Na miejscu okazało się, że chyba zbyt duża ilość turystów zaczęła interesować się tą wątpliwą atrakcją i uszczelniono dostęp, a właściwie kompletnie go zabroniono. Obecnie wielopiętrowy budynek faktycznie stoi i straszy…
Po drugim niepowodzeniu tego dnia, postanowiliśmy chociaż na pożegnanie przepłynąć dłuższą cześć rzeki Menang . Wsiedliśmy na jednym z pierwszych przystanków i płynęliśmy w górę do naszej przystani. Podziwialiśmy oba brzegi, gdzie dostrzec można wspaniałe nowoczesne hotele sąsiadujące z pięknymi starymi opuszconymi budynkami lub ubogimi mieszkankami lokalnych tajów. Przyglądaliśmy się wspaniałym dachom Wat Pho, Wat Arun i Królewskiego Pałacu o zachodzie słońca.
Wróciliśmy w okolice Khao San Road i zjedliśmy ostatni nasz posiłek w Bangkoku na nocnym markecie. Kuba odważnie spróbował nawet grilowanej kałamarnicy!
W hostelu zaplanowaliśmy dalszą podróż – której planu jeszcze nie zdradzimy – wszystko pojawi się w kolejnych wpisach 😉
2 stycznia, zaczęliśmy od realizowania planu na dni dalsze. Skierowaliśmy się na stację w Thonburi by kupić bilet na pociąg, którym mieliśmy jechać dwa dni później. By tam dotrzeć, wsiedliśmy na pobliskim naszego hostelu przystanku promowym Phra Arthit i popłynęliśmy rzeką Chao Phraya (pl. Menam). Po 5 minutach wysiedliśmy i poszliśmy na stację kupować bilety. Okazało się, że nie jest to możliwe! Bilety na klasę 3 (tak, trzecią!) można kupić jedynie w dniu wyjazdu. Czytaliśmy w internecie, że należy kupować bilety wcześniej, ale faktycznie, dotyczyło to pociągów nocnych.
Poinformowani, ruszyliśmy do centrum Bangkoku, by zwiedzić Pałac Królewski. Po drodze ze stacji przeszliśmy przez lokalny rynek, wyglądający trochę inaczej niż wszystkie, które wcześniej odwiedzaliśmy. Z daleka, gdy mijaliśmy go w drodze na stację wyglądał na bardziej autentyczny, tak jakby faktycznie stołowali się i kupowali tam lokalni mieszkańcy.
Smród i brud jaki zobaczyliśmy zszokował nas. W ciagu dnia, około godziny 11 było dosyć pusto, jeden z ‚sprzedawców’ mył miskę w studzience ściekowej, a metr przed nami przebiegł szczur. Uciekliśmy stamtąd bardzo szybko, bo wszędobylski fetor był tak silny, że aż mdlił.
Po przepłynięciu kolejnych kilku przystanków dotraliśmy do Pałacu Królewskiego. Droga z przystani prowadziła przy wysokim białym murze do wąskiego wejścia przy którym kłębił się tłum ludzi. Okazało się, że nie tylko kobiety, ale również mężczyźni muszą mieć zakryte nogi i ramiona by wejść do środka. Czytaliśmy o tym wcześniej, ale jakoś wypadło nam to z głowy. Z problemu szczęśliwie wybawiła nas para turystów opuszczających właśnie Pałac, którzy również musieli kupić spodnie by wejść do środka – odsprzedali nam jedną parę luźnych, tajskich długich spodni.
DCIM100GOPROG0096832.
DCIM100GOPROG0096859.
SONY DSC
SONY DSC
Słońce paliło niemiłosiernie, a my ubrani od góry do dołu, bierzyliśmy w kierunku wejścia. Po kilku niemiłych kontrolach ubrania – gdzie wojskowo ubrane panie sondowały od stóp do głów, udało nam się wejść. Tłum był ogromny, ale udało nam się przebić do kompleksu świątyń by zobaczyć najcenniejszy artefakt w Tajlandii – szmaragdowego Buddę.
Przeszliśmy kompleks, obejrzeliśmy posągi demonicznych strażników, wiele posągów Buddy, kolejne ogromne czedi i wiele pięknych malowideł.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
DCIM100GOPROG0106921.
Po wyjściu ze świątyń, przeszliśmy do części Pałacowej, którą oglądać można tylko z zewnątrz. Co ciekawe, pałac przypomina budowle europejskie, bo był projektowany przez europejskiego architekta. Zmieniono jedynie dach, by był zgodny z stylem tajskim.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
DCIM100GOPROG0127017.
Odwiedziliśmy również małe muzeum pokazujące oryginalne elementy pałacu, które podczas renowacji zostały wymienione na nowe. Z bliska mogliśmy się przyjrzeć pięknym inkrustowaniom na belkach dachowych. Wspaniała, bardzo dokładna praca jest niewidoczna z daleka.
Po Pałacu, przeszliśmy kawałek do kolejnego przystanku na rzece …, gdzie przepłynęliśmy na drugi brzeg by zwiedzić Wat Arun, czyli Świątynię Wschodzącego Słońca.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Musimy przyznać, że ze wszystkich czedi widzianych dotąd, ta w Wat Arun zrobiła na nas największe wrażenie. Biała ogromna, strzelista budowla wygląda przecudownie, w szczególności w zachodzącym słońcu. Jest to jedno z popisowych miejsc Bangkoku.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
DCIM100GOPROG0147085.
DCIM100GOPROG0167222.
DCIM100GOPROG0167206.
Gdy słońce zaszło, wróciliśmy promem do naszego hostelu, gdzie zjedliśmy małą kolację i położyliśmy się spać.
Ponieważ późno poszliśmy spać dnia poprzedniego (a właściwie już pierwszego poranka Nowego Roku 🙂 ), równie długo spaliśmy. Postanowiliśmy poświęcić ten dzień na zaplanowanie dalszej drogi w Tajlandii i nasze kolejne ruchy. Jak dotej pory, trasa naszej podróży wyglądała tak:
Z jednej strony, chcieliśmy jeszcze zwiedzić parę miejsc na zachód od Bangkoku, z drugiej strony mieliśmy w planach jeszcze całą Tajlandię północną, a z trzeciej strony kończył nam się czas pobytu w Królestwie. Wjazd jest możliwy bez wizy na 30 dni, które dobiegały dla nas końca 8-ego stycznia. Zaczęliśmy się więc zastanawiać czy próbować przedłużyć nasz pobyt legalnie, czy po prostu zostać dłużej (kara za każdy dzień jest niewielka). Trochę nas martwiło, że przy wjeździe do Wietnamu, który był następnym krajem naszej podróży, musimy się ubiegać o wizę, więc nie chcieliśmy nielegalnie przedłużać pobytu w Tajlandii.
Postanowiliśmy, że spróbujemy zrobić to zgodnie z przepisami, ale możliwe to było dopiero 3-ego stycznia, ponieważ 1-ego i 2-ego stycznia tajowie mają dni wolne z powodu Nowego Roku.
Po planowaniu i załatwieniu spraw organizacyjnych, wybraliśmy się na kolację w naszych okolicach. Tego wieczoru postanowiliśmy wyjaśnić pewną zagadkę – w Tajlandii zaobserwowaliśmy wiele kotów z krótkimi, jakby ucietymi lub złamanymi ogonami. Niektóre wyglądały jak kikuty, inne były zakręcone, a jeszcze inne wyglądały na złamane. Po krótkich poszukiwaniach w internecie, dowiedzieliśmy się, że spowodowane jest to mutacją genetyczną i występuje u wielu osobników w całej Azji.
Tego dnia odpoczęliśmy od ciagłej bieganiny i zebraliśmy siły na dalsze wojaże 🙂
31 grudnia mieliśmy ambitny i napięty plan. Okazało się, że jedna z naszych znajomych, których dawno nie widzieliśmy, właśnie przylatuje na urlop do Tajlandii. Docelowo lecieli dalej, ale mieli kilkugodzinną przesiadkę w Bangkoku. Postanowiliśmy się z nimi spotkać i wytyczyliśmy trasę na lotnisko.
Bangkok to duże i zakorkowane miasto, a my mieliśmy spory dystans do przebycia. Najbardziej optymalnym wyjściem wydało się nam dojechanie specjalną linią kolejki wiodącą wprost na lotnisko Shuvatani. Niestety do stacji kolejki również musieliśmy się jakoś dostać więc postanowiliśmy zamówić tanią taksówkę (przez aplikację Grab, która jest podobna do Ubera). Ponieważ były duże korki i zaczynało się robić późno, kierowca namówił nas na przebycie całej drogi z nim. Gdy tylko się zgodziliśmy, samochód zaczął dziwnie gasnąć i rzęzić. Po chwili, kierowca oznajmił nam, że jednak dowiezie nas jedynie do stacji kolejki ponieważ auto jest zepsute i nie dojedzie do lotniska.
Wróciliśmy do początkowego planu i przesiedliśmy się na kolejkę. Ponownie zabrakło nam trochę szczęścia, ponieważ wagony odjechały nam sprzed nosa. W końcu dotarliśmy na lotnisko i udało nam się spotkać ze znajomymi i nawet wypić sylwestrowe piwko.
W drodze z lotniska, rozważliśmy różne atrakacje do zwiedzenia. Początkowo chcieliśmy pojechać na wodny market, ale okazało się, że funkcjonuje on jedynie do 14. Zmieniliśmy więc plany i pojechaliśmy wprost do kompleksu świątyń Wat Pho.
Wat Pho jest jednym z największych kompleksów buddyjskich świątyń w Bangkoku i słynie przede wszystkim z ogromnego, 46-metrowego posągu leżącego Buddy i mieszczącej się w jego murach szkoły tradycyjnego tajskiego masażu.
Gdy dotarliśmy na miejsce był okropny upał i musieliśmy skryć się w cieniu by chwilę odpocząć. Kompleks jest jak labirynt, gdzie wśród białych murów, można podziwiać ogromną ilość czedi oraz posążków lwo-psów, mnichów i Buddy.
DCIM100GOPROG0066705.
DCIM100GOPROG0076746.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Buddyjskie lwo-psy, są obecne również w kulturze Chińskiej i Japońskiej, ustawiane w parach na wejściach do światyń, rządowych budynków, domów elit, a w obecnych czasach również domów zwykłych ludzi, restauracji i hoteli w celu strzeżenia ich przed złymi mocami. Są one bardzo ciekawe, część z nich posiada kulę w paszczach, która wyrzeźbiona jest w taki sposób, że może się poruszać w środku, ale nie wypaść na zewnątrz.
SONY DSC
Woli wyjaśnienia, czedi to tajskie określenie na stupę, która jest najprostszym buddyjskim relikiwiarzem. Ta budowla w kształcie kopca lub dzwonu symbolizuje oświecony stan Buddy i jest umieszczana różnej wielkości wokół świątyń i buddyjskich miejsc sakralnych. Czedi w kompleksie Wat Pho, są pięknie zdobione, kolorowymi ceramicznymi plytkami, z daleka przypominającymi mozaikę. Jest tutaj niezliczona ilość mniejszych czedi, oraz 4 bardzo duże symoblizujące królów Ramę I, II i III (jednemu z nich przypadły dwie).
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Warto tutaj opisać nasze wrażenia i odnieść się do tego co znamy z europejskich parków lub zabytków. Kompleksy buddyjskie w Bangkoku znajdują się na bardzo małych powierzchniach i są bardzo upakowane. Między murami zewnętrznymi, świątyniami, czedi i innymi elementami prowadzą wąskie, góra paro metrowe korytarzyki, co sprawia wrażenie poruszania się po ogromnym labiryncie. Bardzo często jeden zabytek zasłania drugi i ciężko zorientować się gdzie aktualnie jesteśmy.
Kierując się w stronę głównej świątyni Wat Pho, zauważyliśmy, że trwają przygotowania do jakiejś uroczystości. Wokół budynku rozstawionych było kilka rzędów plastikowych krzeseł, a nad głowami rozciągała się pajęczyna z białych sznureczków. Nad każdym krzesełkiem zwisał jeden z końców sznurka. Lokalny mnich, wyjaśnił nam, że wszystko to z powodu nowego roku i będzie się odbywała tutaj wspólna nocna modlitwa. Każdy z uczestników złączy się sznurkiem z resztą, a jeden z końców prowadzi do posągu Buddy umieszczonego w światyni. Zachęcił nas również do tego abyśmy skorzystali z darmowego jedzenia i picia przygotowanego specjalnie na tą okazję.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Gdy, po obejściu zespołu świątyń dotarliśmy w końcu do leżącego Buddy, okazało się, że jest on położony (dosłownie) wewnątrz bardzo klaustrofobicznej świątyni. Pomiędzy Buddą a ścianą są około 2 metry, a do tego dach jest wsparty na kolumnach, co powoduje, że obejrzenie pomnika w całości jest prawie niemożliwe. Sprawę utrudnia również ogromny tłum turystów i wiernych. Warto również przyjrzeć się ogromnym 5-cio metrowym stopom Buddy, które zdobione są masą perłową.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Po wszystkim, postanowiliśmy skorzystać z zaproszenia i zobaczyć co jest serwowane na licznych przygotowanych stoiskach. Na samym początku trafiliśmy na stoisko z lodami w ceglastym kolorze o smaku tajskiej herbaty. Potem, spróbowaliśmy zupy przypominającej rosół, bardzo dziwnej i mocnej kawy z lodem, tajskiej herbaty z mlekiem oraz perłowymi kulkami tapioki (znana również jako BubbleTea), bardzo słodkiego soku z chryzantem, ostrego zielonego curry w formie zupy z kurczakiem, kokosowe placuszki ze szczypiorkiem oraz mielone kotelciki z ryby ze świeżym ogórkiem. Wszystko było dla nas bardzo dziwne, ale większość zadziwiająco smaczna.
SONY DSC
SONY DSC
Po spróbowaniu wszystkiego, zrobiliśmy jeszcze jedną rundę po kompleksie i zrobiliśmy nocne zdjęcia w świetle księżyca i pędem ruszyliśmy do naszego hostelu (musieliśmy zdążyć jeszcze na odliczanie!)
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
W ciągu dnia udało nam się dowiedzieć, że są tylko dwa miejsca w Bangkoku, w których można będzie podziwiać noworoczne pokazy fajerwerków.Trochę w ciemno postanowiliśmy wypróbować położone nad rzeką Asiatique The Riverfront. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że jest to coś w stylu otwartego centrum handlowego z diabelskim młynem i sceną koncertową. Dotarliśmy, chwilę przed północą i mieliśmy wystarczająco dużo czasu by dopchać się przez tłum gapiów na brzeg rzeki, nad którą miał odbywać się pokaz.
Gdy wybiła północ, oczom naszym ukazał się przepiękny, trwający kilka minut pokaz sztucznych ogni – tak różnorodnych, ogromnych, kolorowych i pięknie synchronizowanych wybuchów nie widzieliśmy nigdy wcześniej. Kawałek tego widowiska uchwyciliśmy na zamieszczonym poniżej filmie 🙂
Dla nas był to moment szczególny, ponieważ właśnie skończyliśmy pierwsze pół roku naszego małżeństwa! :)))
Wracając przechodziliśmy obok kolejnej buddyjskiej świątyni, która zwabiła nas przepięknymi lampionami i kolorowymi dekoracjami. Gdy weszliśmy na plac, mnich serdecznie nas przywitał i zaprosił, żebyśmy weszli do środka, po chwili wręczając nam specjalną papierową zawieszkę, która po zawieszeniu na podobnej sieci sznurków, miała przynieść szczęście w nowym roku. Zawiesiliśmy ozdobę i wspięliśmy się po stopniach do wnętrza świątyni, gdzie sznurek łączył się z posągiem Buddy.
Po powrocie w okolice naszego hotelu, postanowiliśmy się jeszcze przejść by wypić sylwestrowy toast. Gdy mieliśmy już wracać do pokoju, Julia dostrzegła trójkę Polaków, których widzieliśmy już wcześniej, w wieczór Wigilijny na wyspie Koh Phangan. Postanowiliśmy życzyć im szczęśliwego Nowego Roku, a oni zaproponowali nam byśmy się do nich dosiedli. Tak na różnych opowieściach i poradach podróżniczych spędziliśmy czas do samego rana.
To były naprawdę intensywne dzień i noc 🙂 Szczęśliwego Nowego Roku!
30 grudnia, wyszliśmy z hotelu i ruszyliśmy w kierunku zaplanowanych atrakcji. Jenakże wkrótce zaczęli nas ‚napadać’ tuk tukowi naganiacze. I… daliśmy sie skusić, zwlaszcza, że cena była banalna i zaproponowano nam objazd tuk tukiem po kilku miejscach, które akurat mieliśmy zwiedzać. Oczywiście wszędzie jest haczyk: Kierowca tuk tuka zawiózł nas na nabrzeże, gdzie mieliśmy wsiąść do bardzo drogiej łodzi by popłynąć rzeką Chao Phra
Nie daliśmy się nabrać, broniąc się chorobą morską. Kierowca nie był do końca zadowolony, ale wymyślił coś innego i zawiózł nas dalej. W świątyni Wat Inwarawihan, pierwszą rzeczą jaka zwróciła naszą uwagę były dzieci bawiące się w świątynnych murach. Wygląda jakby to był ich dom, a nikt wokół nie zwraca na to uwagi. Małe dzieci bawią się na posaddze, a większe grają w piłkę.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Przeszliśmy się i dowiedzieliśmy się o pewnej symoblice związanej z dniem urodzin każdego człowieka. Otóż, w Buddyźmie znaczenie ma nie tyle data co dzień tygodnia w którym się urodziliśmy. Każdy z dni ma przypisaną swoją szczęgólną liczbę, która przynosi mu pomyślność i siłę. Ponadto, należy dodać, że tydzień jest podzielony nie na 7 a na 8 części, środa ma dwie instacje – środę przed południem i środę po południu. Do tego, każdy dzień ma przypisanego Buddę w trochę innej pozie (np. leżący Budda, stojacy Budda itd.)
SONY DSC
SONY DSC
Na specjalnej metalowej konstrukcji, zawiesiliśmy dzwonek z naszymi imionami. Dowiedzieliśmy się również, że w zamian za dotację, dostaje się specjalne kadzidełka, świeczki i złote płatki. Świeczki wstawiamy do specjalnej gablotki, kadzidełka do ogromnej popielnicy, a złoto przyklejamy do posągów mnichów lub Buddy. Wszyscy mogą składać swoje intencje, niezależnie od wiary i wyznawanego boga. Tak też postąpiliśmy 🙂
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Najważniejszym elementem świątyni jest wysoki na 32 metry pomnik stojącego Buddy, ale niestety nie mieliśmy szczęścia, ponieważ pomnik jest akurat w remoncie i był zastawiony rusztowaniem.
Kierowca tuk tuka dzielnie czekał, po czym zabrał nas do dwóch „informacji turystycznych”, które są ponownym sposobem naciągania niezorientowanych turystów. Sprzedają tam bilety autobusowe i pociągowe w super cenie i od razu załatwiają hostel lub przewodnika, również w świetnej cenie – świetniej szczególnie dla nich 🙂
Ponownie, ładnie podziękowaliśmy za usługi i wyszliśmy. Kierowca wzdychał, wyglądał jakby miał się zaraz rozpłakać, ale powtarzał „nothing to worry, everything is ok”. Zawiózł nas do kompleksu świątyń Wat Saket, gdzie znajduje się Złota Góra (ang. Golden Mount). Tam podziękowaliśmy mu, mówiąc, że nie potrzebujemy podwózki z powrotem do hostelu i zapłaciliśmy. Daliśmy mu extra pieniądze, bo dużo więcej niż to na co się umówiliśmy – co wydawało się nam uczciwe, a On wyglądał na zaskoczonego i bardzo zadwolonego.
Podwaliny złotej góry zostały położone przez Ramę III, ale budowla się rozpadła. Później Rama IV, postanowił o budowie małego czedi na wzgórzu pozostałości po pierwszej nieudanej budowli. Ukończone ono zostało w roku za panowania Ramy V. Na wzgórze prowadzą 344 kręcącę sie wokół świątyni schody. Kręta druga na początku prowadzi przez gęstą roślinność, następnie przechodzi się przy wielu pękatych dzwonach, a ostatnia część prowadzi wąską ścieżką przy samej ścianie góry.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Na szczycie znajdujemy salkę z czterema posążkami Buddy skierowanymi w cztery kierunki świata.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Na dachu znajduje się ‚taras widokowy’, na którym stoi ogromne, pomalowane złotą farbą czedi, a wokół rozciąga się wspaniała panorama Bangkoku.
SONY DSC
SONY DSC
DCIM100GOPROG0056545.
SONY DSC
SONY DSC
DCIM100GOPROG0056634.
W tym pięknym miejscu doczekaliśmy ostatniego parzystego zachodu słońca w roku 2017 🙂
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
DCIM100GOPROG0056516.
W drodze do hostelu, przechodząc przez jeden z mostów, Julia dostrzegła w wodzie martwe stworzenie, które wyglądem przypominało krokodyla… Niestety było już ciemno i nie dostrzegliśmy co dokładnie czai się w mętnej wodzie. Ta tajemnica miała wyjaśnić się później!
Kolację zjedliśmy w restauracji nieopodal naszego hostelu i poszliśmy spać, bo dnia następnego czekało nas wiele wrażeń 🙂
29 grudnia, około południa, wyruszyliśmy zwiedzać Bangkok. Jest tu znacznie bardziej gorąco i duszno, niż na wyspach. W gęstym powietrzu unosi się smród wielkiego miasta, śmieci, złej kanalizacji i spalin. Z poczatku mieliśmy trudność z przyzwyczajeniem się do ruchu drogowego- ogromne ilości różnorodnych pojazdów ( od samochodów przez rozpadające się dziwaczne pojazdy po dziesiątki podświetlonych kolorowych tuk tuków przemykających w każdej wolnej szczelinie ulicy)nie dawały wielkich szans pieszemu. W dodatku ruch w Tajlandii jest lewostronny a ulice są raz jednokierunkowe a raz dwukierunkowe (???). Po jakimś czasie zrozumieliśmy, że żeby przejść trzeba wtargnąć na ulicę w dobrym momencie, czasem przystanąć na środku lub slalomem przechodzic ‚na dziko’. Tak robią wszyscy… wszędzie.
Tego dnia postanowiliśmy zwiedzić okolicę 🙂 Wyszliśmy z hostelu prosto w uliczny tłum i skwar i daliśmy się ponieść nogom.
SONY DSC
SONY DSC
Po pół godziny dotarliśmy do Muzeum Narodowego, gdzie okazało się, że wstęp jest darmowy z okazji nadchodzącego Nowego Roku. Skorzystaliśmy i obejrzeliśmy wspaniałą świątynię z ogromnymi freskami, dom w którym mieszkała siostra jednego z królów Tajlandii oraz zbiory posągów Buddy z różnych okresów. Nie udało nam się zobaczyć niestety wszystkiego, ponieważ wkrótce zamykano, ale cieszyliśmy się, z tego co widzieliśmy.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Następnie ruszyliśmy na spacer po okolicy i w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Po drodze minęliśmy pomnik Demokracji i natknęliśmy się na kolejną buddyjską świątynie.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Na koniec trafiliśmy na słynną wśród turystów Khao San Road, czyli mekkę dyskotek, restauracji i turystycznych klubów – dla nas trochę za tłoczną i głośną.
Minąwszy dziesiątki stoisk i tuk tuków wróciliśmy do naszego hostelu.
Sprawdziliśmy wszystkie możliwe sposoby dostania się do Bangkoku i wyszło, że najtaniej będzie drogą morską i lądową – tzn. 4h rejsu i 8h jazdy autobusem. Alternatywnymi drogami, były: rejs na inną wyspę i lot lub rejs na kontynent, droga autobusem i lot, ale w najlepszym wypadku i tak były ponad 4 razy droższe niż sposób, który wybraliśmy.
Spakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy na odprawę promową. Niestety, pogoda się pogarszała, a silnikowy katamaran skakał po falach z dużą prędkością. Po 5 minutach od wyruszenia, załoga zaczęła roznosić worki na wypadek choroby morskiej, a 5 minut później dużo osób stało już na zewnątrz. Julii choroba morska też dała o sobie znać i resztę rejsu spędziliśmy na tylnim pokładzie.
W czasie drogi, okazało się również, że mamy jeszcze przystanek w połowie – na wyspie Koh Tao. Gdy po 2 dramatycznych godzinach dotarliśmy do miejsca przesiadki, postanowiliśmy wysiąść z nadzieją na lepszą pogodę i kontynuować podróż następnego dnia.
Bez problemu udało nam się znaleźć nocleg w pobliżu portu i resztę dnia spędziliśmy regenerujący siły. Wieczorem przeszliśmy się po okolicy, ale znowu złapała nas ulewa, a wszystkie pobliskie lokale zamykały swoje drzwi bardzo wcześnie.
Następnego dnia, wyruszyliśmy na odprawę promową, pół godziny przed rejsem który miał ruszyć o 10.50. Deszcz lał bez przerwy. Po zaciągnieciu porad w lokalnych aptekach, Julia przyjęła sporą dawkę dwóch lekarstw na chorobę moroską. Ustawiliśmy się w długiej kolejce na pomoście oczekującej na prom, byliśmy blisko początku, co dawało nam szansę na zajęcie strategicznych miejsc z tyłu łodzi.
Katamaran się spóźniał. Poinformowano nas, że przypłynie za kolejne pół godziny. Po tym czasie, okazało się, że prom się zepsuł i musimy zaczekać do 14.
Deszcz wciąż siąpił, a lichy drewniany pomost choć zadaszony, przeciekał w wielu miejscach. Ludzie chcąc zająć kolejkę, zostawiali bagaże, które smutno mokły pod dziurawym zadaszeniem. Poszliśmy coś zjeść.
Po 3 godzinach i kolejnej dawce leków, wsiędliśmy na łódź. Wyczytaliśmy, że ponoć słuchawki i muzyka również pomagają w walce z chorobą lokomocyjną, więc zajęliśmy szybko miejsca w ostatnim rzędzie i Julia zaczęła się wsłuchiwać w dźwięki lecące z telefonu. I całe szczęście!
Po 15 minutach rejsu, Julia była już kompletnie odcięta od otoczenia, a pierwsze osoby zwracały za burtę swoje śniadania. W pewnym momencie nawet jedna osoba z obsługi próbowała (lecz nie zdążyła) wybiec na pokład. W takiej miłej atmosferze dopłynęliśmy do portu w Chumpon, gdzie czekał na nas autobus do stolicy. Julia dzielnie przetrwała rejs i czuła się zaskakująco dobrze.
Do Bangkoku dotarliśmy około 1 w nocy i okazało się, że od przystanku autobusowego do naszego hostelu musieliśmy iść jedynie 10 minut, co z dużymi plecakami po całym dniu podróży, było bardzo pozytywnym zaskoczeniem.
Na koniec dnia, przeszliśmy się pobliskimi uliczkami w poszukiwaniu jedzenia. Na środku jednej z nich leżał martwy szczur, ale nie zraziło to nas wcale i załapliśmy się na ostatni uliczny straganik serwujący mango sticky rice, które ze smakiem zjedliśmy przed snem 🙂
W nocy z 25ego na 26ego grudnia zaczęło padać i nie przestawało przez cały dzień. Z tego powodu, rano wyszliśmy jedynie na śniadanie, a tuż przed zachodem słońca wybraliśmy się na spacer.
Nasza przechadzka pokazała nam, że nie tylko my postanowiliśmy nie wysadzać nosa spoza naszego bungalowa. Nie to że byśmy jakoś szczególnie obawiali się deszczu – powodów było kilka, chcieliśmy zebrać siły przed nadchodzącym intensywnym czasem w Bangkoku, Julia ostatecznie wychodziła z problemów żołądkowych, a do tego nadrabialiśmy sprawy organizacyjne. W miasteczku okazało się, że tam gdzie parę dni wcześniej nie mogliśmy przedrzeć się przez gąszcz starganików, dzisiaj ulice były puste.
Po godzinnym spacerze wróciliśmy do domku – jutro czekała nas długa podróż!
25 grudnia, w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia, ponownie zjedliśmy śniadanie na plaży, tym razem jeszcze bliżej morza!
Następnie, wybraliśmy się na pólnocne wybrzeże wyspy Phangan. Jest tam kilka ładnych plaż – my skierowaliśmy się na Mae Haad. Z tej długiej plaży, w czasie odpływu można dojść suchą stopą na pobliską wysepkę Koh Ma.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Niestety nie był to odpowiedni moment, ale mimo to Kuba miał wiele ubawu, ponieważ duże spłycenie na linii łączącej wyspy powodowało spiętrzanie się przeciwnych fal. Jest to bardzo ciekawe doświadczenie, ponieważ woda ciągnie człowieka w obu kierunkach prawie jednocześnie.
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
Po plażowaniu postanowiliśmy zjeść obiad na znalezionej w internecie pobliskiej restauracyjce. Droga do niej była bardzo kręta i stroma, można prawie rzec, że zakamuflowana. Gdy dotraliśmy na szczyt, do Treehouse Cafe, oczarował nas piękny widok na wybrzeże i wspomnianą wcześniej wysepkę. W barze znajduje się również basen, do którego można wskoczyć by podziwiać widok jednocześnie przyjemnie się chłodząc.
SONY DSC
Stołujemy się przy niskich stołach siedząc na ziemi, co widzieliśmy na wyspach już nie raz. Oprócz pięknego pejzażu, w posiłku towarzyszyły nam lokalne koty 🙂