Dzień 34 – Bangkok – Wat Pho i Sylwester!
31 grudnia mieliśmy ambitny i napięty plan. Okazało się, że jedna z naszych znajomych, których dawno nie widzieliśmy, właśnie przylatuje na urlop do Tajlandii. Docelowo lecieli dalej, ale mieli kilkugodzinną przesiadkę w Bangkoku. Postanowiliśmy się z nimi spotkać i wytyczyliśmy trasę na lotnisko.
Bangkok to duże i zakorkowane miasto, a my mieliśmy spory dystans do przebycia. Najbardziej optymalnym wyjściem wydało się nam dojechanie specjalną linią kolejki wiodącą wprost na lotnisko Shuvatani. Niestety do stacji kolejki również musieliśmy się jakoś dostać więc postanowiliśmy zamówić tanią taksówkę (przez aplikację Grab, która jest podobna do Ubera). Ponieważ były duże korki i zaczynało się robić późno, kierowca namówił nas na przebycie całej drogi z nim. Gdy tylko się zgodziliśmy, samochód zaczął dziwnie gasnąć i rzęzić. Po chwili, kierowca oznajmił nam, że jednak dowiezie nas jedynie do stacji kolejki ponieważ auto jest zepsute i nie dojedzie do lotniska.
Wróciliśmy do początkowego planu i przesiedliśmy się na kolejkę. Ponownie zabrakło nam trochę szczęścia, ponieważ wagony odjechały nam sprzed nosa. W końcu dotarliśmy na lotnisko i udało nam się spotkać ze znajomymi i nawet wypić sylwestrowe piwko.

W drodze z lotniska, rozważliśmy różne atrakacje do zwiedzenia. Początkowo chcieliśmy pojechać na wodny market, ale okazało się, że funkcjonuje on jedynie do 14. Zmieniliśmy więc plany i pojechaliśmy wprost do kompleksu świątyń Wat Pho.
Wat Pho jest jednym z największych kompleksów buddyjskich świątyń w Bangkoku i słynie przede wszystkim z ogromnego, 46-metrowego posągu leżącego Buddy i mieszczącej się w jego murach szkoły tradycyjnego tajskiego masażu.
Gdy dotarliśmy na miejsce był okropny upał i musieliśmy skryć się w cieniu by chwilę odpocząć. Kompleks jest jak labirynt, gdzie wśród białych murów, można podziwiać ogromną ilość czedi oraz posążków lwo-psów, mnichów i Buddy.
Buddyjskie lwo-psy, są obecne również w kulturze Chińskiej i Japońskiej, ustawiane w parach na wejściach do światyń, rządowych budynków, domów elit, a w obecnych czasach również domów zwykłych ludzi, restauracji i hoteli w celu strzeżenia ich przed złymi mocami. Są one bardzo ciekawe, część z nich posiada kulę w paszczach, która wyrzeźbiona jest w taki sposób, że może się poruszać w środku, ale nie wypaść na zewnątrz.

Woli wyjaśnienia, czedi to tajskie określenie na stupę, która jest najprostszym buddyjskim relikiwiarzem. Ta budowla w kształcie kopca lub dzwonu symbolizuje oświecony stan Buddy i jest umieszczana różnej wielkości wokół świątyń i buddyjskich miejsc sakralnych. Czedi w kompleksie Wat Pho, są pięknie zdobione, kolorowymi ceramicznymi plytkami, z daleka przypominającymi mozaikę. Jest tutaj niezliczona ilość mniejszych czedi, oraz 4 bardzo duże symoblizujące królów Ramę I, II i III (jednemu z nich przypadły dwie).
Warto tutaj opisać nasze wrażenia i odnieść się do tego co znamy z europejskich parków lub zabytków. Kompleksy buddyjskie w Bangkoku znajdują się na bardzo małych powierzchniach i są bardzo upakowane. Między murami zewnętrznymi, świątyniami, czedi i innymi elementami prowadzą wąskie, góra paro metrowe korytarzyki, co sprawia wrażenie poruszania się po ogromnym labiryncie. Bardzo często jeden zabytek zasłania drugi i ciężko zorientować się gdzie aktualnie jesteśmy.


Kierując się w stronę głównej świątyni Wat Pho, zauważyliśmy, że trwają przygotowania do jakiejś uroczystości. Wokół budynku rozstawionych było kilka rzędów plastikowych krzeseł, a nad głowami rozciągała się pajęczyna z białych sznureczków. Nad każdym krzesełkiem zwisał jeden z końców sznurka. Lokalny mnich, wyjaśnił nam, że wszystko to z powodu nowego roku i będzie się odbywała tutaj wspólna nocna modlitwa. Każdy z uczestników złączy się sznurkiem z resztą, a jeden z końców prowadzi do posągu Buddy umieszczonego w światyni. Zachęcił nas również do tego abyśmy skorzystali z darmowego jedzenia i picia przygotowanego specjalnie na tą okazję.
Gdy, po obejściu zespołu świątyń dotarliśmy w końcu do leżącego Buddy, okazało się, że jest on położony (dosłownie) wewnątrz bardzo klaustrofobicznej świątyni. Pomiędzy Buddą a ścianą są około 2 metry, a do tego dach jest wsparty na kolumnach, co powoduje, że obejrzenie pomnika w całości jest prawie niemożliwe. Sprawę utrudnia również ogromny tłum turystów i wiernych. Warto również przyjrzeć się ogromnym 5-cio metrowym stopom Buddy, które zdobione są masą perłową.
Po wszystkim, postanowiliśmy skorzystać z zaproszenia i zobaczyć co jest serwowane na licznych przygotowanych stoiskach. Na samym początku trafiliśmy na stoisko z lodami w ceglastym kolorze o smaku tajskiej herbaty. Potem, spróbowaliśmy zupy przypominającej rosół, bardzo dziwnej i mocnej kawy z lodem, tajskiej herbaty z mlekiem oraz perłowymi kulkami tapioki (znana również jako BubbleTea), bardzo słodkiego soku z chryzantem, ostrego zielonego curry w formie zupy z kurczakiem, kokosowe placuszki ze szczypiorkiem oraz mielone kotelciki z ryby ze świeżym ogórkiem. Wszystko było dla nas bardzo dziwne, ale większość zadziwiająco smaczna.
Po spróbowaniu wszystkiego, zrobiliśmy jeszcze jedną rundę po kompleksie i zrobiliśmy nocne zdjęcia w świetle księżyca i pędem ruszyliśmy do naszego hostelu (musieliśmy zdążyć jeszcze na odliczanie!)
W ciągu dnia udało nam się dowiedzieć, że są tylko dwa miejsca w Bangkoku, w których można będzie podziwiać noworoczne pokazy fajerwerków.Trochę w ciemno postanowiliśmy wypróbować położone nad rzeką Asiatique The Riverfront. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że jest to coś w stylu otwartego centrum handlowego z diabelskim młynem i sceną koncertową. Dotarliśmy, chwilę przed północą i mieliśmy wystarczająco dużo czasu by dopchać się przez tłum gapiów na brzeg rzeki, nad którą miał odbywać się pokaz.
Gdy wybiła północ, oczom naszym ukazał się przepiękny, trwający kilka minut pokaz sztucznych ogni – tak różnorodnych, ogromnych, kolorowych i pięknie synchronizowanych wybuchów nie widzieliśmy nigdy wcześniej. Kawałek tego widowiska uchwyciliśmy na zamieszczonym poniżej filmie 🙂
Dla nas był to moment szczególny, ponieważ właśnie skończyliśmy pierwsze pół roku naszego małżeństwa! :)))
Wracając przechodziliśmy obok kolejnej buddyjskiej świątyni, która zwabiła nas przepięknymi lampionami i kolorowymi dekoracjami. Gdy weszliśmy na plac, mnich serdecznie nas przywitał i zaprosił, żebyśmy weszli do środka, po chwili wręczając nam specjalną papierową zawieszkę, która po zawieszeniu na podobnej sieci sznurków, miała przynieść szczęście w nowym roku. Zawiesiliśmy ozdobę i wspięliśmy się po stopniach do wnętrza świątyni, gdzie sznurek łączył się z posągiem Buddy.
Po powrocie w okolice naszego hotelu, postanowiliśmy się jeszcze przejść by wypić sylwestrowy toast. Gdy mieliśmy już wracać do pokoju, Julia dostrzegła trójkę Polaków, których widzieliśmy już wcześniej, w wieczór Wigilijny na wyspie Koh Phangan. Postanowiliśmy życzyć im szczęśliwego Nowego Roku, a oni zaproponowali nam byśmy się do nich dosiedli. Tak na różnych opowieściach i poradach podróżniczych spędziliśmy czas do samego rana.

To były naprawdę intensywne dzień i noc 🙂 Szczęśliwego Nowego Roku!
