Amazonas Park i Ajos Nikolaus

W poszukiwaniu atrakcji dla dzieci, odwiedziliśmy Amazonas Park, czyli małe zoo z małpami, papugami i innymi dzikimi zwierzętami, położone we wschodniej części wyspy.

Mieliśmy też okazję nakarmić lemury

Następnie udaliśmy się do pobliskiego Ajos Nikolaos, gdzie zwiedziliśmy Kościół Rybaków, czyli wyrytą w skale budowlę nad dziwną przystanią, niby jeziorem.

Na koniec małe przedzieranie przez tłoczne sklepiki z pamiątkami i…

jedna z nich będzie niedługo zdobić naszą sypialnię

Rethymno

Zwiedzaliśmy dzisiaj Rethymno. Zaczęliśmy od… lodów i kremów, postem wiatraków i samolotów, aż wreszcie dotarliśmy do fortecy Weneckiej 🙂

W twierdzy mikro kościół św. Mikołaja i meczet Sułtaba Ibrahima.

Potem latarnia morska, obiad i…

Morze, morze, morze aż do zachodu słońca.

Dzień 42 – Droga do …

Dzień 42 – Droga do …

Na 8-ego stycznia przypadł nasz wyjazd z Tajlandii. Jak wcześniej opisywaliśmy, postanowiliśmy skrócić nasze tajskie plany i wykorzystać ostatnie dni do maksimum możliwości – odwiedziliśmy most na rzece Kwai w Kanchanaburi, park narodowy z wodospadami w Erawan, muzeum budowy Kolei Śmierci i Przecięcie Ognia Piekielnego oraz Ayutthayę. Po tym wszystkim przyszedł czas na wyjazd, albo raczej wylot!

Ostatniego dnia, po spakowaniu się, mieliśmy jeszcze chwilę czasu by pójść na polecany przez wszystkich, słynny tajski masaż! W ciągu godziny, wymasowano nam całe ciała, od palców u stóp przez nogi, plecy, ręce, uszy (!) i brwi aż do czubków głów. Masujące panie wyciągnęły nam palce ze stawów, stawały nam na plecach, ugniatały nas łokciami i blokowały dopływ krwi do nóg – wszystko w imię masażu:-)

Julia wyszła zrelaksowana, Kuba czuł się jakby ktoś zrobił mu krzywdę i nie mógł dojść do siebie przez następną godzinę.

W końcu, pożegnaliśmy naszą uliczkę, tuk-tuki i gdy stanęliśmy na przystanku skąd autobus miał nas zabrać na lotnisko, ulica opustoszała. Policjanci rozgonili tłum i po pytaniach odpowiedzieli, że będzie jechał Król. My czekamy, przejechała kolumna limuzyn i zatrzymała się kawałek dalej, a ulica nadal była zamknięta. Musieliśmy szybko zmodyfikować nasz plan i zamówiliśmy taksówkę by zdążyć na samolot.

Pora chyba wyjawić dokąd miał nas zabrać… następnym krajem który postanowiliśmy odwiedzić był Wietnam, a zacząć mieliśmy od stolicy, czyli Hanoi!

Screenshot-2018-2-9 Polarsteps

Na lotnisku panował chaos i dziki tłum kłebił się w ogromnych kolejkach do okienek. Pracownicy lotniska zapewniali nas i innych turystów, że nie ma problemu i na pewno zdążymy. W końcu, gdy było już blisko wylotu, faktycznie zwołali pasażerów na nasz lot i przepuścili nas do odprawy. Zdążyliśmy, ale do bramki musieliśmy już biec. Na szczęście, okazało się, że nie tylko my 🙂

Wylądowaliśmy w Hanoi około 20 i pierwsze co musieliśmy zrobić to dostać wizy wjazdowe do Wietnamu. Na szczęście byliśmy dobrze przygotowani, mieliśmy listy polecające nasz wjazd (wykupione przez internet), zdjęcia i dolary przygotowane do zapłacenia. Wszystko poszło bardzo sprawnie, wnioski wydrukowaliśmy już wcześniej i wypełniliśmy w samolocie. Na lotnisku musieliśmy jedynie poczekać w kolejce.

Ponadto, gdy wyszliśmy z samolotu uderzył nas mróz! Na lotnisku musieliśmy założyć bluzy i kurtki. W drodze do centrum, obserwowaliśmy przez szybę ludzi w puchowych kurtkach palących małe ogniska na chodnikach by się ogrzać. Przeraziło to nas trochę, ponieważ z ponad 30 stopni przeskoczyliśmy do mrozu.

20180108_202307

W końcu, dotarliśmy do hostelu, który okazał się również bardzo ciekawy, ale o tym może trochę później…

20180108_204313

Musieliśmy zapłacić za pokój z góry, więc wybraliśmy się w poszukiwaniu bankomatu. Gdy nam się udało – zostaliśmy MILIONERAMI! Otóż, wietnamskia waluta jest bardzo mało warta – 100 000 dongów to jedyne 15 zł. Po wypłaceniu 3 milionów czuliśmy się bardzo dobrze! Zamieszczamy zdjęcie banknotów o różnych nominałach, w tym pół milionowy 🙂

Dzień 36 – Bangkok – Pałac Królewski.

Dzień 36 – Bangkok – Pałac Królewski.

2 stycznia, zaczęliśmy od realizowania planu na dni dalsze. Skierowaliśmy się na stację w Thonburi by kupić bilet na pociąg, którym mieliśmy jechać dwa dni później. By tam dotrzeć, wsiedliśmy na pobliskim naszego hostelu przystanku promowym Phra Arthit i popłynęliśmy rzeką Chao Phraya (pl. Menam). Po 5 minutach wysiedliśmy i poszliśmy na stację kupować bilety. Okazało się, że nie jest to możliwe! Bilety na klasę 3 (tak, trzecią!) można kupić jedynie w dniu wyjazdu. Czytaliśmy w internecie, że należy kupować bilety wcześniej, ale faktycznie, dotyczyło to pociągów nocnych.

Poinformowani, ruszyliśmy do centrum Bangkoku, by zwiedzić Pałac Królewski. Po drodze ze stacji przeszliśmy przez lokalny rynek, wyglądający trochę inaczej niż wszystkie, które wcześniej odwiedzaliśmy. Z daleka, gdy mijaliśmy go w drodze na stację wyglądał na bardziej autentyczny, tak jakby faktycznie stołowali się i kupowali tam lokalni mieszkańcy.

Smród i brud jaki zobaczyliśmy zszokował nas. W ciagu dnia, około godziny 11 było dosyć pusto, jeden z ‚sprzedawców’ mył miskę w studzience ściekowej, a metr przed nami przebiegł szczur. Uciekliśmy stamtąd bardzo szybko, bo wszędobylski fetor był tak silny, że aż mdlił.

Po przepłynięciu kolejnych kilku przystanków dotraliśmy do Pałacu Królewskiego. Droga z przystani prowadziła przy wysokim białym murze do wąskiego wejścia przy którym kłębił się tłum ludzi. Okazało się, że nie tylko kobiety, ale również mężczyźni muszą mieć zakryte nogi i ramiona by wejść do środka. Czytaliśmy o tym wcześniej, ale jakoś wypadło nam to z głowy. Z problemu szczęśliwie wybawiła nas para turystów opuszczających właśnie Pałac, którzy również musieli kupić spodnie by wejść do środka – odsprzedali nam jedną parę luźnych, tajskich długich spodni.

Słońce paliło niemiłosiernie, a my ubrani od góry do dołu, bierzyliśmy w kierunku wejścia. Po kilku niemiłych kontrolach ubrania – gdzie wojskowo ubrane panie sondowały od stóp do głów, udało nam się wejść. Tłum był ogromny, ale udało nam się przebić do kompleksu świątyń by zobaczyć najcenniejszy artefakt w Tajlandii – szmaragdowego Buddę.

Przeszliśmy kompleks, obejrzeliśmy posągi demonicznych strażników, wiele posągów Buddy, kolejne ogromne czedi i wiele pięknych malowideł.

Po wyjściu ze świątyń, przeszliśmy do części Pałacowej, którą oglądać można tylko z zewnątrz. Co ciekawe, pałac przypomina budowle europejskie, bo był projektowany przez europejskiego architekta. Zmieniono jedynie dach, by był zgodny z stylem tajskim.

Odwiedziliśmy również małe muzeum pokazujące oryginalne elementy pałacu, które podczas renowacji zostały wymienione na nowe. Z bliska mogliśmy się przyjrzeć pięknym inkrustowaniom na belkach dachowych. Wspaniała, bardzo dokładna praca jest niewidoczna z daleka.

Po Pałacu, przeszliśmy kawałek do kolejnego przystanku na rzece …, gdzie przepłynęliśmy na drugi brzeg by zwiedzić Wat Arun, czyli Świątynię Wschodzącego Słońca.

Musimy przyznać, że ze wszystkich czedi widzianych dotąd, ta w Wat Arun zrobiła na nas największe wrażenie. Biała ogromna, strzelista budowla wygląda przecudownie, w szczególności w zachodzącym słońcu. Jest to jedno z popisowych miejsc Bangkoku.

Gdy słońce zaszło, wróciliśmy promem do naszego hostelu, gdzie zjedliśmy małą kolację i położyliśmy się spać.

Dzień 0 – Pakowanie, czyli jak niemożliwe stało się jednak możliwe 

Po miesiącach przygotowań, gromadzenia sprzętu, porad i informacji, przyszedł czas na realne stawienie czoła rzeczom, które weźmiemy do naszych plecaków.  Z ogromną fascynacją kupowalismy gadżety, o których nie mieliśmy wcześniej większego pojęcia, zwiedzaliśmy sklepy, sklepiki i markety turystyczne nabywając coraz to większe ilości  rzekomo najpotrzebniejszych rzeczy. Czy będą faktycznie niezbędne  to się oczywiście okaże w tzw. praniu. No i przyszedł ten dzień żeby te wszystkie zabawki upchac do plecaka… z wizją noszenia tego przez 5 miesięcy. Ułożyliśmy wszytko pięknie na łóżku i… Kuba stwierdził, że nie ma szans, że się w życiu nie zmiescimy. Kilka bluzek i koszul odlozonych spowrotem do szafy później  okazało się, że nie jest tak źle! Mój bagaż duży waży 15kg a Kuby 21kg, plus małe plecaki. Jak na nas to całkiem niezły wynik, zwłaszcza na kilka miesięcy:) 

Pierwszy post!

Witamy Wszystkich na naszym blogu!

Nazywamy się Julia i Kuba i chwilę temu się pobraliśmy! 🙂

Oboje od zawsze marzyliśmy o bliskich i dalekich podróżach i gdy rok temu zaczynaliśmy planować nasz ślub, już wiedzieliśmy jak będzie wyglądała nasza podróż poślubna – PODRÓŻ DOOKOŁA ŚWIATA!

Całe wesele było utrzymane w klimacie podróżowania i w ten sposób ogłosiliśmy wszystkim nasze zamiary – spakować plecaki i wyruszyć w drogę.

Gdy zaczęliśmy planować, pojawiła się data wyjazdu – 30 października… ale jak to w życiu bywa, nie wszystko idzie zgodnie z planem i tak nasz wyjazd przesunął się na 27 listopada. Na szczęście, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, więc zyskany czas wykorzystujemy na dopieszczenie naszego wyjazdu.

W ciągu najbliższych pięciu miesięcy chcemy odwiedzić: Singapur, Malezję, Tajlandię, Kambodżę, Wietnam, Birmę, Nepal, Chiny, przelotnie Kalifornię, Meksyk, Kolumbię, Peru, Boliwię, Argentynę i Brazylię. (Poniżej zamieściliśmy mapę ze szkicem naszej wyprawy)

Zapraszamy serdecznie do śledzenia bloga gdzie będziemy opisywać nasze przygody!

Pozdrawiamy, jeszcze z Polski,

Julia i Kuba