Dzień 42 – Droga do …
Na 8-ego stycznia przypadł nasz wyjazd z Tajlandii. Jak wcześniej opisywaliśmy, postanowiliśmy skrócić nasze tajskie plany i wykorzystać ostatnie dni do maksimum możliwości – odwiedziliśmy most na rzece Kwai w Kanchanaburi, park narodowy z wodospadami w Erawan, muzeum budowy Kolei Śmierci i Przecięcie Ognia Piekielnego oraz Ayutthayę. Po tym wszystkim przyszedł czas na wyjazd, albo raczej wylot!
Ostatniego dnia, po spakowaniu się, mieliśmy jeszcze chwilę czasu by pójść na polecany przez wszystkich, słynny tajski masaż! W ciągu godziny, wymasowano nam całe ciała, od palców u stóp przez nogi, plecy, ręce, uszy (!) i brwi aż do czubków głów. Masujące panie wyciągnęły nam palce ze stawów, stawały nam na plecach, ugniatały nas łokciami i blokowały dopływ krwi do nóg – wszystko w imię masażu:-)
Julia wyszła zrelaksowana, Kuba czuł się jakby ktoś zrobił mu krzywdę i nie mógł dojść do siebie przez następną godzinę.
W końcu, pożegnaliśmy naszą uliczkę, tuk-tuki i gdy stanęliśmy na przystanku skąd autobus miał nas zabrać na lotnisko, ulica opustoszała. Policjanci rozgonili tłum i po pytaniach odpowiedzieli, że będzie jechał Król. My czekamy, przejechała kolumna limuzyn i zatrzymała się kawałek dalej, a ulica nadal była zamknięta. Musieliśmy szybko zmodyfikować nasz plan i zamówiliśmy taksówkę by zdążyć na samolot.
Pora chyba wyjawić dokąd miał nas zabrać… następnym krajem który postanowiliśmy odwiedzić był Wietnam, a zacząć mieliśmy od stolicy, czyli Hanoi!

Na lotnisku panował chaos i dziki tłum kłebił się w ogromnych kolejkach do okienek. Pracownicy lotniska zapewniali nas i innych turystów, że nie ma problemu i na pewno zdążymy. W końcu, gdy było już blisko wylotu, faktycznie zwołali pasażerów na nasz lot i przepuścili nas do odprawy. Zdążyliśmy, ale do bramki musieliśmy już biec. Na szczęście, okazało się, że nie tylko my 🙂
Wylądowaliśmy w Hanoi około 20 i pierwsze co musieliśmy zrobić to dostać wizy wjazdowe do Wietnamu. Na szczęście byliśmy dobrze przygotowani, mieliśmy listy polecające nasz wjazd (wykupione przez internet), zdjęcia i dolary przygotowane do zapłacenia. Wszystko poszło bardzo sprawnie, wnioski wydrukowaliśmy już wcześniej i wypełniliśmy w samolocie. Na lotnisku musieliśmy jedynie poczekać w kolejce.
Ponadto, gdy wyszliśmy z samolotu uderzył nas mróz! Na lotnisku musieliśmy założyć bluzy i kurtki. W drodze do centrum, obserwowaliśmy przez szybę ludzi w puchowych kurtkach palących małe ogniska na chodnikach by się ogrzać. Przeraziło to nas trochę, ponieważ z ponad 30 stopni przeskoczyliśmy do mrozu.

W końcu, dotarliśmy do hostelu, który okazał się również bardzo ciekawy, ale o tym może trochę później…

Musieliśmy zapłacić za pokój z góry, więc wybraliśmy się w poszukiwaniu bankomatu. Gdy nam się udało – zostaliśmy MILIONERAMI! Otóż, wietnamskia waluta jest bardzo mało warta – 100 000 dongów to jedyne 15 zł. Po wypłaceniu 3 milionów czuliśmy się bardzo dobrze! Zamieszczamy zdjęcie banknotów o różnych nominałach, w tym pół milionowy 🙂