Dzień 41 – Ayutthaya
7-ego stycznia wstaliśmy rano i ruszyliśmy do głównego dworca kolejowego w Bangkoku. Tam, w kasie, zakupiliśmy w cenie 12 Bahtów bilety do Ayutthai, po czym została nam chwila na zjedzenie szybkiego śniadania w dworcowym barze. Kolejny raz zaczynaliśmy dzień od treściwej, rosoło-podobnej zupy z makaronem.
Ayutthaya to dawna stolica królestwa Ayutthayi, w której obecnie zobaczyć można pozostałości kompleksów świątynnych i pałacowych z 12-13 wieku. Całe ‚miasto’ położone było na ‚wyspie’ – a w zasadzie otoczone kanałem z wszystkich stron. Znajduje się tutaj kilka kompleksów oraz grobowców, w których odnaleziono cenne relikwia.
Droga do Ayutthayi trwa okło 1.5h i odbywa się w trudniejszych warunkach. W pociągu jest tłoczno, ale udało się nam zdobyć miejsca siedzące.
Po wyjściu z dworca, zostaliśmy natychmiastowo napadnięci przez grupę kierowców Tuk-tuków, którzy koniecznie chcieli nas zawieźć do wszystkich atrakcji. Postanowiliśmy nie udzielać się histerii i ruszyć na piechotę.
Po chwili, okazało się niestety, że droga jest dłuższa niż podejrzewaliśmy, więc zwróciliśmy się do jednego z zaparkowanych tuk-tuków i podjechaliśmy do pierwszej ze świątyń, które chcieliśmy odwiedzić. Tuk-tuki w Ayutthayi są przedziwne, jak obudowane kolorowe mydelniczki.
Pierwsza to Wat Ratchaburana, gdzie zakupiliśmy od razu łączony bilet na cztery najważniejsze monumenty w okolicy. Świątynia ta, jak wszystkie w Ayutthai jest zbudowana z czerwonej cegły, która kiedyś była pokryta białym tynkiem. W Wat Ratchaburana znajdują się szczątki dwóch braci króla Chao Sam Phraya. Przekazy mówią, że dwóch braci pojedynkowało się na słoniach o miejsce na tronie, a ich armie stacjonowały w pobliżu. Gdy oboje zginęli, najmłodszy z braci został mianowany królem i rozporządził ich kremację. W miejscu kremacji powstała własnie Wat Ratchaburana.

W największym prangu czyli świątyni z bogato rzeźbionej wieżą znajdują się specjalne komnaty, które kiedyś zawierały skarby. Historia wykopalisk jest dosyć drastyczna, ponieważ gdy je rozpoczęto, zorientowano się, że światynie zostały już wcześniej częściowo ograbione. Od tego momentu, ustawiono policjantów, którzy mieli pilnować wykopalisk w dzień i w nocy. Zostały one jednak okradzione ponownie – śledztwo wykazało, że z złodziejami współpracował jeden z stróżujących policjantów. Mimo, że przestępców złapano – nie udało się odzyskać wszystkich artefaktów. Wszystkie odnalezione dzieła można oglądać w muzeum w Ayutthayi.
Drugą świątynią, którą zwiedziliśmy, była znajdująca się tuż obok Wat Mahathat. Słynie ona chyba najbardziej z drzewa, które wyrosło wokół głowy Buddy.
Ten kompleks jest większy niż Wat Ratchaburana, ale układ ma dosyć podobny. Z resztą, układ pozostał do dzisiaj bardzo podobny. Kompleks otoczony jest pomieszczeniami dla mnichów, w których znajdują się posągi Buddy zwrócone do środka, posiada główną świątynię oraz centralnie umieszczony prang oraz pomniejsze czedi po bokach. Obecnie świątynie nie mają prangów, ale występuje więcej czedi. Obeszliśmy całość, zwracając uwagę, że budowle są w kiepskim stanie – mury są krzywe, a większość czedi i wszystkie świątynne ściany już się przewróciły. Zastanawia nas co jest powodem – w Europie istnieją przecież ogromne ceglane budowle w podobnego okresu. Klimat jest tutaj znacznie inny – jest ciepło i parno, ale za to nie ma mrozów. Zastanawiamy się czy winić można ewentualny brak fundamentów, wszystko wygląda jakby zostało ułożone wprost na ziemii, bez jakiegokolwiek utwardzania. Wiemy, że wszystko zostało spalone podczas ataku burmiańczyków w XVII wieku, a potem popadło w ruinę. Do dzisiaj nie rozwikłaliśmy tej zagadki…
Następna świątynią którą chcieliśmy odwiedzić było Wat Phra Ram. Położona jest ona jakieś 10-15 minut piechotą od pierwszych dwóch świątyń. Całe ‚stare’ miasto położone jest jakby w parku, od jednego punktu do kolejnego przejść można uliczkami i mostami nad kanałem. Po paru minutach, Julia podniosła głos wskazując na człapiącego przed nami stwora. Kuba próbował go dogonić i sfotografować, ale zwierzę uciekło do wody, aż się za nim kurzyło. Zaskoczeni, zastanawiając się co to dokładnie było, ruszyliśmy dalej. Przeszliśmy więc przez targ pełen kwiatów i ruszyliśmy ścieżką przez park. Jest tutaj wiele pomniejszych świątyń, a czasem jedynie śladów po nich, czyli stosów cegieł przypominających o dawnej świetności i wielkości tego miejsca.
Po chwili, spostrzegliśmy kolejne stwory – teraz już byliśmy pewni, trafiliśmy na warany! (i tak wyjaśniła się zagadka z Bangkoku – stworzenie dryfujące w kanale było właśnie waranem Dzień 33 – Bangkok – Złota Góra) Tym razem, Kubie udało się zaczaić i zrobić kilka zdjęć, chociaż warany nie są głupie i również szybko uciekły do wody.
Kontynuując naszą drogę i wypatrując kolejnych jaszczurów, zobaczyliśmy grupkę ludzi nad wodą. Popędziliśmy tam i zobaczyliśmy scenkę, gdy prawdopodbnie pracownik weterynaryjny (lub hycel?) próbował przepędzić ogromnego warana do wody. Domyślamy się, że stworzenie blokowało pobliską drogę i musiało zostać odstraszone. Przebieg sytuacji i warana używającego swojego ogona przedstawia poniższy filmik:
W drodze do świątyni Wat Phra Ram zobaczyliśmy jeszcze ludzi jadących na słoniach. Bardzo ładnie to wygląda, gdy duży azjatycki słoń ubrany jest w tradycyjny strój i niesie na plecach loże, a kieruje nim równie kolorowo ubrany człowiek. Wygląda, ale tak naprawdę jest to proceder brutalny i sprawiający słoniom wiele cierpienia. Są to dzikie zwierzęta, nieudomowione, które regularnie się buntują. By je tresować muszą być regularnie bite i karane. Z tego powodu, nawet jeśli zostaniemy zapewnieni, że słonie są dobrze traktowane – nie można w to wierzyć i nie należy nigdy jeździć na słoniach.
W końcu, dotarliśmy. Świątynia jest bardzo podobna do poprzednich, ale lepiej zachowana. Niestety, w obecnym momencie nie można było jej w całości obejść z powodu trwających prac archeologicznych.
Ostatnią zwiedzoną przez nas świątynią była Wat Phra Si Sanphet. Była to kiedyś kaplica królewska, w której król się modlił. Nie było tutaj pomieszczeń dla mnichów, którzy byli zapraszani jedynie na specjalne ceremonie. Składa się ona z przetrwałych do dzisiaj trzech ogromnych czedi przy których nie omieszkaliśmy zrobić sobie serii zdjęć 🙂
Po tym wszystkim, wróciliśmy szybko tuk-tukiem na dworzec i kupiliśmy bilety powrotne. Ostatnie chwile przed odjazdjem spędziliśmy jedząc ryż z kurczakiem i warzywami z pobliskiego stoiska.
Pociąg był jeszcze bardziej zatłoczony niż wcześniej i przez pewien czas musieliśmy stać w przejściu pomiędzy wagonami.
Pociąg docierając do Bangkoku zdecydowanie zwolnił, a wręcz zaczął się toczyć… zobaczyliśmy, jak na przedmieściach, ludzie żyją tuż przy torach kolejowych. Właściwie tyły ich domów mają wyjścia na tory, a pomiędzy torami, czasem ustawione są fotele i wszędzie biegają bawiace się małe dzieci.

Gdy wysiedliśmy w Bangkoku, szybko ruszyliśmy do hotelu by się wykąpać ponieważ czekało nas jeszcze jedno spotkanie tego dnia. Kuby kolega z pracy, właśnie wypoczywał z żoną w Tajlandii i nasze trasy się zbiegły. W tych egzotycznych okolicznościach spotkaliśmy się na piwo i kolację, gdzie wymieniliśmy się doświadczeniami i przygodami z podróży 🙂 Tak zakończył się nasz ostatni pełny dzień w Tajlandii!