Dni 14-17 – Koh Lipe, rajska wyspa w Tajlandii
Nasze pierwsze zetknęcie z Tajlandią miało miejsce na małej wyspie Koh Lipe. Należy ona do parku narodowego Tarutao i jest jeszcze stosunkowo mało zatłoczona. Króluje tutaj backpackerski styl i luźna wyspiarska atmosfera. Plaże są prawie puste, a knajpki pełne. Woda ma cudowny turkusowy kolor, a piasek jest śnieżnobiały z kawałkami koralowca.
Ciekawostką jest, że nie ma tu dróg samochodowych ani świateł ulicznych, ale nieprawdą jest, że na wyspie nie ma w ogóle samochodów. Ruch odbywa się wąskimi deptako-uliczkami, którymi poruszają się ludzie oraz szalone skutery i Tuk-tuki, a jednocześnie psy i koty leżą na środu, nic sobie z tego wszystkiego nie robiąc. Na wyspie w ogóle jest bardzo dużo psów i kotów, wszystkie wyglądają jakby były z jednej rodziny i prowadzą sielskie życie.
Na Koh Lipe są trzy główne plaże: Sunrise (wschodzącego słońca), Sunset (zachodzącego słońca) i Pattaya, na którą przypłynęliśmy. Po poznaniu wyspy, okazało się, że mieszkamy w samym jej centrum, a całość można obejść w ciągu 3 godzin. Centrum wyspy to Walking Street, na której znajduje się wiele knajpek, sklepików z pamiątkami i ubraniami, salonów tajskiego masażu i „biur podróży”, które organizują transport na inne wyspy oraz wycieczki snorklingowe. To właśnie na tej uliczce i plażach toczy się całe turystyczne życie Koh Lipe. Czasami wędrując po wyspie udało nam się zobaczyć, nieturystyczne okolice, czyli tzw. „zaplecze” mieszkańców wyspy – nie wygląda to już tak rajsko. Ludzie żyją bardzo skromnie, często w dla nas niewyobrażalnych warunkach – w drewnianych chatkach na palach albo blaszanych budowlach. Mimo to wyspiarze wyglądają na dosyć czystych, bardzo rozluźnionych, i pozytywnie nastawionych do życia.
Mieliśmy okazję zobaczyć zachód słońca na Sunset beach, powędrować na sunrise beach, ale jednak najbardziej nam się podobała Pattaya, która nie dość, że miała najbardziej przejrzystą wodę i najbielszy piasek, to jeszcze była mało uczęszczana. Przychodziliśmy tutaj bardzo często – w ciagu dnia by zaznać kąpiel słonecznych i morskich, a wieczorem by przejść się i popodziwiać nocne życie leniwych knajpek. Można tutaj znaleźć wszystko, od jęczącego azjatyckiego karaoke poprzez europejską techno disco do spokojnych dźwięków reggae na żywo i tajów uprawiających fire-show.
Całe wybrzeże wyspy doskonale nadaje się do nurkowania i snorkelingu (czyli pływanie z maską i rurką), ponieważ rafy koralowe występują nawet bardzo blisko brzegu. Na każdej z plaży zobaczyć można ludzi w każdym wieku nurkujących lub pływających z rurką – tak też zrobił i Kuba 🙂 Całe godziny spędzał nurkując i filmując życie podwodne.
Drugą z rzeczy, która nas zachwyciła na Koh Lipe było jedzenie. Stragany uginają się pod ciężarem świeżo złowionych ryb i owoców morza, które często zaskakują wyglądem i rozmiarem. Niektóre z nich są jeszcze żywe i czekają na swoją kolej. Można tutaj znaleźć: krewetki różnych rozmiarów, kraby, ośmiornice, kałamarnice, langusty i przeróżne gatunki ryb (np. rybę miecz). W powietrzu unosi się cudowny zapach świeżo grilowanych ryb i tajskiej kuchni. Oprócz owoców morza, spróbowaliśmy tutaj również po raz pierwszy Pad Thai, czyli sztandarowej potrawy tajskiej. Składa się ona z makaronu, smażonego jajka, kiełków fasoli mung, szczypiorku i owoców morza lub mięsa.
Desery też nas urzekły – najbardziej znanym tajskimi słodkościami są mango sticky rice oraz lody kokosowe. Pierwszy z nich to po prostu ryż z dodatkiem tłuszczu i mleka kokosowego oraz świeżych owoców mango. Drugi specjał to lody kokosowe podane w połówkach świeżego kokosa z świeżym miąższem. Już same lody mają wspaniały naturalny, mocno kokosowy smak i w niczym nie przypominają tych dotychczas nam znanych, a podane w ten sposób są jeszcze bardziej egzotyczne.
Z racji tego, że w Tajlandii islam jest znacznie mniej obecny niż np. w Malezji, nie budziły nas rano nawoływania muezinów a i w sklepach można było zauważyć większy wybór alkoholu w bardziej przystępnych cenach. Przypominając, że w Malezji, jedno piwo potrafiło kosztować nawet 25 zł. Zachęceni wysawionymi przed sklepem butelkami, postanowiliśmy spróbować jakoś tajskiego specjału alkoholowego. Gdy zapytaliśmy w kasie o cenę, panie sprzedające wybuchły śmiechem. Okazało się, że wystawione butelki wypełnione są paliwem dla skuterów, a alkohol w bardzo podobnym kolorze i takich samych butelkach znajduje się jedynie na półce za plecami sprzedawczyń. Takim oto sposobem prawie spróbowaliśmy benzyny, ale ostatecznie udało nam się kupić inny specyfik. Nie do końca wiemy co wypiliśmy, ponieważ wszystkie napisy były po tajsku. Poinformowano nas, że to coś podobnego do whisky, w praktyce smakowało jakby whisky zaprawiona bimbrem. Ciekawa była również butelka tego wysokoprocentowego napoju, ponieważ była kapslowana. Raz otwarta, musiała zostać wypita. Nie było innego wyjścia 🙂
Ostatnią noc na Koh Lipe spędziliśmy na plaży oglądając rój spadających gwiazd (Kuba mówi asteroidów) i wsłuchując się w muzykę z pobliskich barów. Oprócz tego, obserwowaliśmy nieziemski plankton, który wyrzucony na brzeg morza, po nadępnięciu stopą zaczynał świecić na niebiesko. Daje to wrażenie jakby gwiazdy miały swoje odzwierciedlenie na piasku. Byliśmy tak oczarowani, że nie mieliśmy ochoty opuszczać wyspy, ale myśl o kolejnych pięknych miejscach nie daje osiąść na dłużej w nawet tak pięknym zakątku 🙂