
Po naszym nocnym przybyciu do Kuala Lumpur musieliśmy trochę odpocząć. Pierwszego dnia w Malezji, postanowiliśmy przejść się po okolicy i odwiedzić główny symbol Kuala Lumpur, czyli Petronas Towers.
Jak wspominaliśmy wcześniej, nasz hostel położony jest w Chinatown. Pierwszy spacer, który miał nas jedynie doprowadzić do pobliskiej stacji kolejki, wyjawił nam „magię” tego miejsca. Mieszkamy na ulicy Petaling i około 150 metrów od naszego hostelu znajduje się chiński pchli targ! Znaleźć tu można wszystko, pióra Mont Blanc (których cena wyjściowa to niecałe 80 zł), zegarki Omega, buty Addidas, plecaki North Face, czy cokolwiek innego nam się przyśni. Wszysto oryginalne i ze skóry. Markowe. Oryginalne. Ze skóry. W super cenie. Takie hasła można usłyszeć od nawołujących ze wszystkich stron straganiarzy. Ciężko się przez to wszystko przebić, ponieważ starganiki są poustawiana tak ciasno, że idzie się gęsiego. Gdy jedna osoba przed nami zatrzyma się, skuszona świetną ofertą „only for You Madame/Sir”, cała reszta musi go jakoś wyminąć.
Gdy przedostaliśy się do stacji kolejki, okazało się, że pociągi już nie kursują tak jak w Singapurze – co 2 minuty, lecz rzadziej. Czekając na przyjazd kolejki, z oddali dało się usłyszeć muzułmańskie nawoływanie do modlitwy. Hipnotyczne pieśni są na tyle uporczywe, że faktycznie przykuwają naszą uwagę.
W końcu, po przejechaniu paru przystanków, wysiedliśmy na stacji KLCC, czyli Kuala Lumpur City Centre. Stąd dosłownie parę kroków do słynnego Petronas Towers. Są to dwie bliżniacze wieże, do 2004 roku najwyższe budynki na świecie, do dziś najwyższe bliźniacze budynki na świecie. Mają 88 pięter i niecałe 452 m wysokości. Pod nimi znajduje się centrum handlowe, po przejściu którego dostajemy się na drugą stronę do cudownych kolorowych fontann. O godzinie 20 byliśmy świadkami pięknego pokazu, podświetlanych na różne kolory ruchomych strumieni wody tuż przed jednym z najwyższych budynków na świecie! Wrażenia z tego pokazu są magiczne. Na dodatek, ogromna choinka opleciona zaprzęgiem świetlistych reniferów. Magia Azji i świąt w jednym kosmicznym tańcu świateł.
4 grudnia, drugiego dnia pobytu w Kuala Lumpur, wyruszyliśmy do chińskiej świątyni Thean Hou. Ta monumentalna budowla wygląda bardzo tradycyjnie, ale jak dowiedzieliśmy się później, zbudowana została w 1987 roku. Obserwowaliśmy tutaj jak modlą się Chińczycy, sprawdziliśmy horoskopy oraz nasze chińskie znaki zodiaku.
Następnie ruszyliśmy do „parku ptaków”, który przywitał nas kilkoma niespodziankami. Najpierw, tuż po wejściu spotkaliśmy kilka czaplowatych białych ptaków, które w ogóle się nas nie bały. Zaczęliśmy je maniakalnie obfotografowywać, niewiedząc jeszcze co czeka nas dalej. Chwilę później, spotkaliśmy ogromnego pelikana, leniwo siedzącego na skraju sadzawki – ponownie sesja zdjęciowa. Gdy tylko się odwróciliśmy, dojrzeliśmy ogromengo pawia z przepięknym długim ogonem, siedzącego na balustradzie. Po kolejnych ujęciach, poruszając się w głąb parku, dotarło do nas, że pawi i innych ptaków jest tu znacznie więcej i wszystkie chodzą wolno po całym parku. Może nie zupełnie wolno, ponieważ cały rezerwat otoczony jest wysoką siątką, ale nie mniej jednak, większość ptaków nie jest umieszczonych w klatkach. Na dróżkach, mozna tu spotkać licznie: perliczki, pawie, małe czaple, malajskie bociany (dławigłady malajskie) i koguty. Do tego, jest kilka pelikanów i flamingów, a w klatkach zobaczyć można dzioborożce, białe pawie, emu, strusie, oraz liczne papugi. Trzeba tutaj dodać, że pawii są tutaj dziesiątki, jeżeli nie setki, a z jednym Kuba musiał stoczyć bój o gofra. Bój z pawiem wygrał, ale w ferworze walki, gofra zdołała ukąsić czapla. Do tego, próbował go dziobnąć bocian. Chyba wszystkie przeczuwały, że Kuba najchętniej zobaczył by je w postaci pieczeni.
Oprócz ptactwa, w parku była też niespodzianka na którą od dawna czaiła się Julia – Fish Spa. Postanowiliśmy spróbować tego dziwacznego zabiegu, który polega na moczeniu nóg w wodzie pełnej małych rybek (według Kuby piranii), które obgryzają Ci stopy (definitywnie pirani!). Umieraliśmy ze śmiechu pod wpływem rybiego łaskotania i na pewno zapmiętamy to do końca życia 🙂
Po tych wszystkich atrakcjach ruszyliśmy do mieszczącego się nieopodal ogrodu z orchideami i hibiskusami. Wydawało się nam, że nic nie przebije singapurskiego Cloud Forest pełnego różnorakich storczyków. Byliśmy w błędzie. Ilość orchidei i storczyków w tym zupełnie otwartym ogrodzie jest niewyobrażalna. Mnogość gatunków, kształtów i kolorów onieśmiela. Nie wiedzieliśmy, że istnieje tak wiele odmian hibiskusów o tak różnym zabarwieniu… Mimo zmęczenia upałem i głodu (po starciu z ptactwem, postanowiliśmy przyjmność jedzenia odłożyć na później), ogrody te wprawiły nas w zachwyt.
W drodzę do domu zahaczyliśmy jeszcze o Central Market, najstarszy chiński ‚market’ w stolicy malezji. Miejsce to powstało w 1888 roku i przypomina trochę Gdańską Halę Targową. Nie ma tutaj co prawda ryb czy mięsa, ale za to dużo ubrań i ręcznie robionych drewnianych wyrobów.
Dzień przypieczętowaliśmy sokiem z świerzych owoców i spacerem do naszego hostelu.