Dzień 3 – singapurskie Chinatown

SwiatyniaZebaBuddy.jpg

Dzisiaj, zwiedziliśmy singapurskie Chinatown i Little India.

Wyruszyliśmy z naszego hotelu, po drodze zakupując świeże owoce w lokalnym ‚warzywniaku’. Po wczorajszych przeżyciach z egzotycznymi owocami, postanowiliśmy spróbować bardziej nam znanych bananów, ananasa, papaji i arbuza. Wszystkie smakują trochę inaczej niż w Polsce, w szczególności ananas i arbuz były bardzo dojrzałe, soczyste i pełne smaku. Papaja jako jedyna nie wprawiła nas w zachwyt, ponieważ była zwyczjanie mdła.

Gdy dojechaliśmy do Chinatown, minęliśmy Świątynię Zęba Buddy i tysiąc chińskich mikrosklepów. Można tutaj sprawić sobie nową fryzurę, kupić ‚na pewno’ autentyczne antyki, pośpiewać karaoke za ciemnymi drzwiami, spotkać Buddę obok automatu z Coca-Colą i wiele wiele innych.

W końcu dotarliśmy do Chinatown Food Street, która okazała się bardzo turystyczną uliczną jadłodalnią. Zjedliśmy „Fried Carrot Cake” (Smażone Ciasto Marchewkowe?!?), które okazało się nie mieć nic wspólnego ani z marchewką, ani z ciastem. Jest to prawdopodobnie smażona potrawka z mąki ryżowej i rzodkiewki oraz omlety z rzodkiewką i ryżem. Napisaliśmy „prawdopobnie” ponieważ ciężko połączyć nasze wrażenia z opisem.

Po Chinatown pojechaliśmy metrem do Little India, gdzie odbyliśmy krótki spacer. Jest bardzo kolorwa dzielnica, w której faktycznie znaczna większość populacji to Hindusi. O pewnej godzinie odczucie przebywania tam zaczyna być mało przyjemne, więc postanowiliśmy wrócić do domu.

LittleInida

W drodzę z metra do naszej dzielnicy, zgłodnieliśmy i postanowiliśmy zjeść jeszcze ostatni dzisiejszy posiłek. Julia zjadła zapiekany ryż z owocami morza i jajkiem, a Kuba znowu zaeksperymentował i zamówił zupę z żaby! Na przystawkę dostaliśmy podejrzane mikro-chrupki, które okazały się chipsami z mini rybek oraz miękkie (prawdopobnie smażone) orzeszki ziemne.

Gorąca zupa z żab została podana w glinianym garnczku z chochlą, którego obsługi nauczyliśmy się dopiero po chwili – z dużego garnka przelewamy do małych miseczek, z których dopiero jemy posiłek. Sama zupa przypominała gotowany ryż z masłem (a ‚la owsiankę), w którym pływały duże kawałki ŻABY… Okazuje się, że żaba smakuje trochę jak kurczak, ale jest bardzo koścista. Generalnie oprócz nóżek, wszystkie kawałki wiążą się z wydłubywaniem kawałeczków mięsa z kości. Nie mniej jednak, Kuba zjadł zupę w całości z czego jest bardzo dumny.

Dzień 2 – Singapur

Po odreagowaniu pakowania i podróży, dość późno ruszyliśmy na pierwsze singapurskie śniadanie. Złamaliśmy pierwsze przykazy podróżnego po Azji BHP – jedliśmy rękami, barowymi pałeczkami, plastikowymi łyżkami wielokrotnego użytku oraz piliśmy napoje z lodem. Żyjemy! Zjedliśmy pierożki z krewetkami gotowane na parze oraz ryż z wieprzowiną, do tego pyszny świeży kokos, wyjątkowo słodki sok z trzciny cukrowej i bardzo ochydna mrożona kawa.

SingapurskieSniadanie1

Następnie ruszyliśmy spacerem z naszej dzielnicy Geylang (czerwonych latarni ;)) w stronę Downtown Core z widokiem na słynne Marina Bay. W trakcie drogi zachwycało nas wszystko, od przedziwnych kosmicznych budynków po bujną i wszechobecną zieleń. Klimat singapurski sprzyja rozwojowi bujnej roślinności i mimo otaczających nas wieżowców ma się ciągłe wrażenie przebywania w palmiarni. Gdy zapadł zmrok, wszystko, dosłownie wszystko zaczęło świecić tysiącami różnokolorowych świateł i diod LED. Gdy doszliśmy do Esplanade Bridge, ukazał nam się widok na: symbol Singapuru – Merliona (pół lwa – pół rybę), hotel Marina Bay Sands oraz singapruskie drapacze chmur. Jest to chyba najbardziej znane miejsce widokowe w Singapurze i robi ogromne wrażenie.

SingapurNoca

Przeszliśmy do Merliona by spotkać się z malezyjskim znajomym brata Julii, który mieszka z żoną w Singapurze od 17 lat. Wee, bo tak ma na imię, zabrał nas do lokalnego ‚marketu’ z jedzeniem, gdzie można znaleźć bary indyjskie, tajlandzkie, malezyjskie i właściwie wszystkie które sobie wymyślimy. Stoliki są wspólne dla wszystkich budek i barów, więc siadamy na zewnątrz, w miejscu, w którym w ciągu dnia jest ulica, a pod wieczór otwiera się stołówka.

Wee zamawia. Po chwili zaczynają do nas spływać dania… baranina na patykach z ryżem w formie sprasowanych plastrów, krewetki na patykach, cały krab, krewetki w orzechach. Oczy nam się otwierają, a jedzenia wciąż przybywa.

JedzenieZWee.jpg

Po tej uczcie dla podniebienia, ruszamy w dalszą drogę. Wee poprowadził nas do dzielnicy z bardzo drogimi sklepami, gdzie świecą kiczowate ogromne sztuczne choinki i różowe flamingi… takie świąteczne klimaty. Wygląda to komicznie, gdy temperatura przekracza 27 stopni, a wokół pelno przybranych choinek.

SwiatecznyFlaming

Po tych wrażeniach, wróciliśmy metrem do naszej dzielnicy, gdzie na koniec dnia Kuba postanowił spróbować duriana, a Julia stwierdziła że zadowoli się pitają, czyli Smoczym Owocem. Kto wyszedł na tym lepiej, możecie się domyślić… 🙂

Dzień 0 – Pakowanie, czyli jak niemożliwe stało się jednak możliwe 

Po miesiącach przygotowań, gromadzenia sprzętu, porad i informacji, przyszedł czas na realne stawienie czoła rzeczom, które weźmiemy do naszych plecaków.  Z ogromną fascynacją kupowalismy gadżety, o których nie mieliśmy wcześniej większego pojęcia, zwiedzaliśmy sklepy, sklepiki i markety turystyczne nabywając coraz to większe ilości  rzekomo najpotrzebniejszych rzeczy. Czy będą faktycznie niezbędne  to się oczywiście okaże w tzw. praniu. No i przyszedł ten dzień żeby te wszystkie zabawki upchac do plecaka… z wizją noszenia tego przez 5 miesięcy. Ułożyliśmy wszytko pięknie na łóżku i… Kuba stwierdził, że nie ma szans, że się w życiu nie zmiescimy. Kilka bluzek i koszul odlozonych spowrotem do szafy później  okazało się, że nie jest tak źle! Mój bagaż duży waży 15kg a Kuby 21kg, plus małe plecaki. Jak na nas to całkiem niezły wynik, zwłaszcza na kilka miesięcy:) 

Pierwszy post!

Witamy Wszystkich na naszym blogu!

Nazywamy się Julia i Kuba i chwilę temu się pobraliśmy! 🙂

Oboje od zawsze marzyliśmy o bliskich i dalekich podróżach i gdy rok temu zaczynaliśmy planować nasz ślub, już wiedzieliśmy jak będzie wyglądała nasza podróż poślubna – PODRÓŻ DOOKOŁA ŚWIATA!

Całe wesele było utrzymane w klimacie podróżowania i w ten sposób ogłosiliśmy wszystkim nasze zamiary – spakować plecaki i wyruszyć w drogę.

Gdy zaczęliśmy planować, pojawiła się data wyjazdu – 30 października… ale jak to w życiu bywa, nie wszystko idzie zgodnie z planem i tak nasz wyjazd przesunął się na 27 listopada. Na szczęście, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, więc zyskany czas wykorzystujemy na dopieszczenie naszego wyjazdu.

W ciągu najbliższych pięciu miesięcy chcemy odwiedzić: Singapur, Malezję, Tajlandię, Kambodżę, Wietnam, Birmę, Nepal, Chiny, przelotnie Kalifornię, Meksyk, Kolumbię, Peru, Boliwię, Argentynę i Brazylię. (Poniżej zamieściliśmy mapę ze szkicem naszej wyprawy)

Zapraszamy serdecznie do śledzenia bloga gdzie będziemy opisywać nasze przygody!

Pozdrawiamy, jeszcze z Polski,

Julia i Kuba