Dzień 2 – Singapur

Po odreagowaniu pakowania i podróży, dość późno ruszyliśmy na pierwsze singapurskie śniadanie. Złamaliśmy pierwsze przykazy podróżnego po Azji BHP – jedliśmy rękami, barowymi pałeczkami, plastikowymi łyżkami wielokrotnego użytku oraz piliśmy napoje z lodem. Żyjemy! Zjedliśmy pierożki z krewetkami gotowane na parze oraz ryż z wieprzowiną, do tego pyszny świeży kokos, wyjątkowo słodki sok z trzciny cukrowej i bardzo ochydna mrożona kawa.

SingapurskieSniadanie1

Następnie ruszyliśmy spacerem z naszej dzielnicy Geylang (czerwonych latarni ;)) w stronę Downtown Core z widokiem na słynne Marina Bay. W trakcie drogi zachwycało nas wszystko, od przedziwnych kosmicznych budynków po bujną i wszechobecną zieleń. Klimat singapurski sprzyja rozwojowi bujnej roślinności i mimo otaczających nas wieżowców ma się ciągłe wrażenie przebywania w palmiarni. Gdy zapadł zmrok, wszystko, dosłownie wszystko zaczęło świecić tysiącami różnokolorowych świateł i diod LED. Gdy doszliśmy do Esplanade Bridge, ukazał nam się widok na: symbol Singapuru – Merliona (pół lwa – pół rybę), hotel Marina Bay Sands oraz singapruskie drapacze chmur. Jest to chyba najbardziej znane miejsce widokowe w Singapurze i robi ogromne wrażenie.

SingapurNoca

Przeszliśmy do Merliona by spotkać się z malezyjskim znajomym brata Julii, który mieszka z żoną w Singapurze od 17 lat. Wee, bo tak ma na imię, zabrał nas do lokalnego ‚marketu’ z jedzeniem, gdzie można znaleźć bary indyjskie, tajlandzkie, malezyjskie i właściwie wszystkie które sobie wymyślimy. Stoliki są wspólne dla wszystkich budek i barów, więc siadamy na zewnątrz, w miejscu, w którym w ciągu dnia jest ulica, a pod wieczór otwiera się stołówka.

Wee zamawia. Po chwili zaczynają do nas spływać dania… baranina na patykach z ryżem w formie sprasowanych plastrów, krewetki na patykach, cały krab, krewetki w orzechach. Oczy nam się otwierają, a jedzenia wciąż przybywa.

JedzenieZWee.jpg

Po tej uczcie dla podniebienia, ruszamy w dalszą drogę. Wee poprowadził nas do dzielnicy z bardzo drogimi sklepami, gdzie świecą kiczowate ogromne sztuczne choinki i różowe flamingi… takie świąteczne klimaty. Wygląda to komicznie, gdy temperatura przekracza 27 stopni, a wokół pelno przybranych choinek.

SwiatecznyFlaming

Po tych wrażeniach, wróciliśmy metrem do naszej dzielnicy, gdzie na koniec dnia Kuba postanowił spróbować duriana, a Julia stwierdziła że zadowoli się pitają, czyli Smoczym Owocem. Kto wyszedł na tym lepiej, możecie się domyślić… 🙂