Dzień 19 – Ao Nang – Star Wars

Dzień 19 – Ao Nang – Star Wars

16 grudnia. Dwa dni po światowej premierze najnowszych Gwiezdnych Wojen. Był to już najwyższy czas by udać się do kina. Kuba planował to od miesięcy. Mieliśmy obejrzeć film już dnia poprzedniego, ale okazało się że ostatni seans po angielsku był o godzinie 17 i nie mieliśmy szans na niego zdążyć, a wersja tajska nie do końca nam odpowiadała.

Tym razem, dobrze się przygotowaliśmy. Zapytaliśmy pani w naszym hostelu jak możemy się dostać do kina w miejsowości Krabi. Okazało się, że jest ono położone w centrum handlowym poza miastem, ale publiczne Songthaewy zajeżdżają tam w drodze na lotnisko. Czytaliśmy o tym typowym dla południowej Azji środku transportu już wcześniej, ale to była nasza pierwsza okazja by z niego skorzystać.

Songthaewy to takie półotwarte ciężarówki, gdzie siada się na zadaszonej pace. Kolejni turyści dosiadają się na żądanie i wysiadają w wyznaczonych miejscach, lub gdzie chcą wysiąść po uwczesnym zasygnalizowaniu. Wrażenie bardzo ciekawe, bo można obserwować okolice i czuć wiatr we włosach, a jednocześnie zauważyć każdą dziurę w drodze.

Po około 45 minutach jazdy (a właściwie wielu przystankach w Ao Nang i Krabi), dotarliśmy do celu. Mieliśmy jeszcze wystarczająco dużo czasu by spokojnie zjeść w sekcji stołówkowej centrum handlowego – za niecałe 100 bahtów zjedliśmy po porcji ryżu z kurczakiem oraz miskę rosołu.

Przygotowani, ruszyliśmy do sali kinowej. Po obejrzeniu tysiąca reklam po tajsku, wydawało się, że przyszedł czas na wyczekane Gwiezdne Wojny. Na ekranie pojawiło się jednak coś innego – monit mówiący, że należy teraz powstać i oddać hołd królowi Tajlandi. Wszyscy zorientowani widzowie wstali, a chwilę po nich zdezorientowani turyści. Obejrzeliśmy minutowy pokaz slajdów z poprzednim i obecnym królem (synem, ukoronowanym w zeszłym roku) popartym pompatyczną muzyką i śpiewem chóru (podejrzewamy, że był to hymn Tajlandii). Po tym bardzo dziwnym przeżyciu, wrezscie – Gwiezdne Wojny!

Kuba spedził następne dwie godziny w absolutnym skupieniu. Julia czasem ziewała, ale równie dzielnie oglądała najnowsze dzieło studia Lucas Arts. Po pełnych emocji 2.5 godzinach, Kuba wyszedł z kina w nieustającym napięciu. Ruszyliśmy w poszukiwaniu transportu powrotnego. Niestety po zmroku Songthaewy nie jeździły już w te okolice. Postanowiliśmy spróbować szczęścia i na parkingu zapytaliśmy dwóch Tajów, którzy właśnie wchodzili do samochodu, dokąd jadą i czy mogą nas zabrać ze sobą. Podwieźli nas do Krabi, wprost pod postój Songthaewów i jeszcze dopytali się dla nas, który jedzie do Ao Nang. Po minucie siedzieliśmy już z innymi turystami i czekaliśmy na powrót do naszej miejscowości.

Po powrocie, ponownie przeszliśmy się po Ao Nang. Jest to miejscowość bardzo turystyczna, podobna trochę do naszej Łeby. Wszędzie pełno kramików z pamiątkami – słonikami w każdej postaci, od drewnianych figurek, przez materiałowe przywieszki po porcelanowe dzwoneczki, magnesów, pocztówek, miseczek wykonanych z łupin kokosa, ‚oyrginalnych’ torebek i plecaków, kolorowych ubrań i wszystkiego czego każdy turysta potrzebuje. Postanowiliśmy, że zostaniemy tu tylko jeszcze jeden dzień, ponieważ chcieliśmy zwiedzić buddyjskie świątynie, które widzieliśmy jadąc Songthaewem. Kupiliśmy więc bilety na wyspę Koh Phi Phi Don na 18 grudnia.

Pełen emocji dzień zakończyliśmy jedząc Phad Thai i Sataye zakupione w jednej z budek z jedzeniem, siedząc na ławce z widokiem na morze i pięknie przyzdobione łódki.

20171216_231407

Dzień 18 – Droga do Ao Nang

Dzień 18 – Droga do Ao Nang

15 grudnia spakowaliśmy nasze duże plecaki i ruszyliśmy w kierunku plaży Pattaya. Tam, wprost z plaży wchodziliśmy na pontonowy pomost, przy którym czekały zacumowane łodzie. Jedna z nich miała nas przewieźdź na platformę przy której zatrzrymywały się większe stateczki, transportujące na inne wyspy i stały ląd. Tym razem płynęliśmy nie zwykłym promem (ferry), a szybką motorówka („speed boat”), ponieważ tak było taniej. Po drodze do plaży, w ramach śniadania kupiliśmy świeże owoce, które udało nam się zjeść na platformie.

Podróż szybką łodzią była przyjemna, aczkolwiek na przystanku na wyspie Koh Tarutao dosiadło się więcej osób i zrobiło się dość tłoczno.

20171215_095224

Tym razem, nasz transport był łatwiejszy, ponieważ wykupiliśmy przejazd wprost z wyspy Koh Lipe do miejscowości Ao Nang i nie musieliśmy szukać kolejnych środków transportu. Na przystani w Pakbara czekała już pani z kartką i zbierała wszystkich podróżnych, którzy wykupili podobny pakiet. Zaprowadziła nas do busika, który jechał do dystryktu Krabi. Po chwili oczekiwania, załadowaliśmy się wszyscy z bagażami do busa i ruszyliśmy w drogę… Prawie ruszyliśmy, bo kierowca musiał jeszcze podjechać po kolejnych turystów na przystanek obok … i już ruszaliśmy… ale nie do końca, ponieważ znowu zatrzymaliśmy się by kierowca kupił sobie przekąski… i wreszcie ruszyliśmy! Chociaż nadal nie do celu, bo okazało się, że pan kierowca musi jeszcze zajechać do domu. W końcu wyjechaliśmy… by po 5 minutach zatrzymać się na stacji i zatankować. Kolejny start silnika i kolejna nadzieja… jeszcze tylko do serwisu skuterów…

Ostatecznie, po tych wszystkich przystankach kierowca załatwił już chyba wszystkie ważne sprawy i zaczął jechać do Krabi i Ao Nang.

Po kilku godzinach, dotarliśmy do miejscowości Krabi, gdzie większość podróżnych wysiadała. Zostaliśmy my i grupa hiszpanów. Z pomocą nawigacji, hiszpanie dawali wskazówki kierowcy. Po 15 minutach krążenia, okazało się, że ich resort jest położony w środku pola – miny im zrzedły. Na koniec zostaliśmy my. Kierowca sugerował, że może nas podwieźć do Ao Nang lub do samego hostelu za dodatkową opłatą w wysokości 100 bahtów (około 11 zł). Nie zgodziliśmy się, naciskając że ma nas podwieźć bez żadnych dopłat. W końcu wysadził nas po prostu w Ao Nang… okazało się, że nasz hostel jest położony około 300 metrów dalej. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z tym, że ktoś chce nas naciągnąć lub nawet oszukać.

Po zakwaterowaniu w pokoju z oknem wychodzącym na korytarz, wyruszyliśmy by zwiedzić okolice. Gdy doszliśmy do plaży, zerwał się bardzo silny wiatr, a niebo pociemniało. Na pomarańczowym od zachodu słońca horyzoncie widać było wyspy w strugach deszczu.

20171215_182545

W powietrzu można było wyczuć, że niedługo burza przyjdzie i do nas, więc postanowiliśmy skryć się w jednej z dziesiątek pobliskich restauracyjek. Po całym dniu, zjedliśmy ze smakiem: warzywa w sosie ostrygowym, wołowinę w czarnym pieprzu (black pepper beef) oraz mango sticky rice na deser. Z naszego otwartego baru oglądaliśmy strugi deszczu. Takiej ilości wody i kropel tak dużych nie widzieliśmy już dawno, o ile w ogóle. Gdy deszcz ustał, wróciliśmy do pokoju i zmęczeni całym dniem szybko zasnęliśmy.