Dzień 45 – Zatoka Ha Long

Dzień 45 – Zatoka Ha Long

11 stycznia wybraliśmy się na wykupioną dwa dni wcześniej wycieczkę do zatoki Ha Long. Postanowiliśmy, że tak będzie nam łatwiej się dostać i zwiedzić słynne wyspy.

Według planu, mieliśmy czekać o 8 w naszym hostelu skąd autobus miał nas zabrać do Ha Long. Okazało się, że to nie do końca tak i faktycznie, o 8 pojawił się człowiek który miał nas zabrać dalej, ale nie autobusem lecz skuterem! Wsiedliśmy oboje na skuter, który miał nas zabrać do autokaru. Nasz kierowca poruszał się w tym ogromnym chaosie, jednocześnie rozmawiając przez telefon i odczytując kartkę gdzie ma pojechać po następnych pasażerów. Wariactwo, które na szczęście trwało krótko, było doświadczeniem bardzo intensywnym, ale pokazało nam drugą stronę tego wszystkiego. Kierowca poruszał się bardzo sprawnie i naturalnie w tym ogromnym ulu skuterów.

Gdy dotarliśmy, byliśmy już w pełni rozbudzeni mocnymi wrażeniami. Wsiedliśmy do autokaru i czekaliśmy na resztę pasażerów. Po chwili, ruszyliśmy i pojawił się nasz przewdonik, który całkiem nieźle mówił po angielsku. Opowiedział nam kilka faktów dotyczących Hanoi, liczby mieszkańców, skuterów i zarobków. Jak wcześniej wspominaliśmy, stolica Wietnamu ma około 12 milionów mieszkańców, którzy są użytkownikami około 7 milionów skuterów. Nasz przewodnik wytłumaczył, że mimo, że ludzie zarabiają bardzo mało (twierdził, że średnie zarobki to 180 dolarów miesięcznie), a skutery nie są tanie (twierdził, że ok 1000 dolarów – co wydaje się ceną zdecydowanie zbyt wysoką) to wszyscy ich potrzebują i długo na nie zbierają, ponieważ jest to środek transportu, a bez niego bardzo ciężko żyć w Wietnamie. Mówił również, że owszem, ruch wygląda chaotycznie, to praktycznie nie ma wypadków na drogach, ponieważ wszyscy są przyzwyczajeni do operowania w takich warunkach. Opowiadał, że największy problem mają turyści, ponieważ zatrzymują się w połowie ulicy ze strachu przed przejechaniem, a zasada jest taka, że jak już wejdziemy na ulicę to powinniśmy kontynuować drogę tym samym tempem, bo wtedy kierowcy skuterów są w stanie nas ominąć.

Po paru godzinach jazdy dotarliśmy do zatoki Ha Long i po chwili zamieszania i kupowania biletów, byliśmy już na przystani, kierując się w stronę stateczku wycieczkowego, który miał nas zabrać w dalszą podróż.

Zatoka Ha Long w tłumaczeniu oznacza Zatoka Lądującego Smoka i składa się z około 2000 małych wysepek rozrzuconych po dużej zatoce. Te wapienne bloki są jak kamienie rozrzucone w kałuży, ponieważ częściowo odcinają zatokę od otwartego morza woda jest tutaj bardzo spokojna, a całość wygląda jak z filmu fantastycznego. Obszar ten został w 1994 roku wpisany na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO ze względu na swój urok naturalny.

20180111_130426

Pierwsza wyspa, do której dopłynęliśmy słynna jest dzięki ogromnym grotom które skrywa. Jaskinie pełne są stalagmitów, stalagmatów i stalaktytów, tworzących intrygujące struktury, do których ludzie dopisują różne znaczenia i nazwy. Jaskinia ponoć pierwotnie była w całości zalana wodą, ale dzięki wypiętrzaniu się skały została wyniesiona na powierzchnię.

By wejść do jaskini trzeba najpierw wspiąć się po schodkach, co pozwala na zobaczenie zatoki z innej perspektywy.

Po przejściu całości, wyszliśmy z innej strony, gdzie czekał już nasz stateczek.

Drugim przystankiem w zatoce była mała zatoczka, gdzie mogliśmy się przesiąść do łodzi, którą napędzał jeden z lokalnych wioślarzy lub do kajaku. Wybraliśmy drugą opcję, by zaznać choć odrobinę niezależności w trakcie tej wycieczki 🙂

Przepłynęliśmy pod ogromną skałą i wokół małej zatoczki, gdzie można było zobaczyć jak zmienia się poziom wody w czasie przypływu – widzieliśmy wiele muszelek przyklejonych do skały, które normalnie żyją w wodzie, a teraz były w całości na powierzchni.

Gdy spokojnie płynęliśmy dalej, nagle Julia zauważyła, że para kajakujących przed nami azjatów uważnie przygląda się czemuś w wodzie. W końcu odpłynęli, a chłopak rzucił nam pytanie czy widzimy meduzę! Okazało się, że w pobliżu naszego kajaka płynie ogromna biała meduza.

Po licznym obfotografowaniu ruszyliśmy z powrotem w kierunku przystani by wrócić do naszego statku.

Kolejną wyspą, którą odwiedziliśmy była Titop Island, której nazwa pochodzi od rosyjskiego kosmonauty Titova, który ponoć w 1962 odwiedził Wietnam i wraz z Ho Chi Minhem odwiedził tę wyspę. Komunistyczny lider postanowił nazwać wyspę by upamiętnić tę wizytę.

20180111_152829(0)

Można tutaj posiedzieć na piaszczystej plaży lub wspiąć się na szczyt by ujrzeć panoramę całej zatoki – wybraliśmy bardziej intensywną opcję i ruszyliśmy w górę.

Po pokonaniu 427 schodów ukazała się nam faktycznie piękna panorama całej zatoki! Mogliśmy się przyjrzeć ogromowi wysepek i pięknemu lustru wody. Niestety, po krótkim podziwianiu musieliśmy szybko ruszyć w dół by zdążyć na powrót naszego statku 🙂

20180111_154753

Po abordażu zostaliśmy poczęstowani lampką wietnamskiego wina i ciastkami. Musimy przyznać, że już byliśmy dosyć głodni i bardzo nam smakowała taka przekąska 🙂

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze w wspaniałym sklepie, w którym można było kupić wszystko made in Vietnam – czyli od orzeszków po metrowe posągi Buddhy i wysłać to statkiem gdzie tylko zapragniemy. Ogromna tablica obwieszczała ceny do różnych miejsc – w tym do Gdańska, Gdyni, Poznania i Warszawy. Długo ze sobą walczyliśmy, ale w końcu musieliśmy odpuścić metrowe posągi mitologicznych lwo-psów.

Po powrocie do Hanoi ruszyliśmy na upragnioną kolację do dobrze znanego nam ‚Little Vietnam’ 🙂

DCIM102GOPROG0428498.

Dzień 44 – Ulice Hanoi.

Dzień 44 – Ulice Hanoi.

Ponieważ, Kuba nie czuł się najlepiej, postanowiliśmy tego dnia zostać dłużej w naszym hostelu – co wcale nie było łatwe, ponieważ nasz pokój był bardzo ciekawej konstrukcji. Gdy zakwaterowywaliśmy się wieczorem, nie było widać pewnych „smaczków”. Z czasem zorientowaliśmy się, że conajmniej jedna ze ścian była zrobiona z jakiejś bardzo cienkiej płyty, ponieważ gdy Kuba próbował włożyć wtyczkę do gniazdka ugięła się cała ściana. Ponadto, tapety naklejone były w bardzo niechlujny sposób, nachodziły na siebie lub w ogóle odchodziły od ściany. W zasadzie przy lekkim pociągnięciu można by je zerwać w całości. Dodatkowo, gdy się obudziliśmy, okazało się, że jedna z tapet przykrywa stare okno (lub szyb wentylacyjnych?), które zostało odkryte przez wpadające z zewnątrz promienie słoneczne. W łazience, z bojlera wystawał zwitek kabli, niektóre były poskręcane i nieizolowane. Żeby tego było mało, w pokoju oczywiście nie było ogrzewania, (co nie zmieniło się przez całą Azję) więc zwiększaliśmy temperaturę używając klimatyzacji. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że ten hostel nie posiadał ‚prądu na kartę’ (tj. by w pokoju było zasilanie, trzeba włożyć kartę otwierającą drzwi lub dołączoną do klucza) – więc pracownicy periodycznie podchodzili do skrzynki i wyłączali bezpieczniki… Na początku myśleliśmy, że to kwestia naszych urządzeń, ale miało to również miejsce parę razy tuż przed naszą pobudką…

20180109_141709

Ach, i aby nie zapomnieć – po strychu, który znajdował się tuż nad naszym sufitem biegały różne zwierzaki, prawodobnie myszy, szczury i koty, ponieważ słychać było różne rodzaje kroków i pazurów.

Zdecydowaliśmy się wyjść po południu, w poszukiwaniu uniwersalnej wtyczki i dzielnika, które przez przypadek zostawiliśmy w Bangkoku. Kuba do dziś dzień nie wie jak to się stało, ale w Bangkoku zostały wspomniane, bardzo ważne elementy naszej działalności i jedna z jego koszulek. Wyruszyliśmy więc na poszukiwania!

Tutaj, pozwolimy sobie zamieścić dłuższy opis ulic w Hanoi i ruchu panującego na drogach, chodnikach, a właściwie wszędzie gdzie da się wjechać skuterem.

Ilość skuterów jest zatrważająca! Jak się potem dowiedzieliśmy, Hanoi ma około 12 milionów mieszkańców, którzy są posiadaczami około 7 milionów skuterów! Skutery są wszędzie. Poruszają się po jezdni i po chodnikach, w dodatku większość chodników jest również gęsto zastawiona zaparkowanymi skuterami. Przejście niewielkiej odległości zajmuje bardzo dużo czasu, a przejście na drugą stronę ulicy wydaje się niemożliwe. Nieodzowną częścią jazdy na skuterze wydawało się nieustanne trąbienie…Hałas jest mometnami trudny do zniesienia ( oczywiście dla obcokrajowców):P

Bardziej żywym obrazem tego co dzieje się na ulicach Hanoi będą trzy zamieszczone poniżej filmy. Pierwszy ukazuje jak wiele skuterów parkuje na chodnikach, drugi ruch na ulicach z perspektywy pasażera autobusu, a ostatni zasady ruchu na skrzyżowaniu. Naprawdę warto rzucić okiem, bo w tym przypadku opis nie oddaje tego co krótkie wideo.



Do tego wszystkiego, życie miasta toczy się w dużej mierze na ulicach, więc co jakiś czas zobaczyć można małe stoiska z jedzeniem, a czasem nawet całe ‚kuchnie polowe’ rozłożone na chodnikach. Zazwyczaj, wokół nich znajdują się jeszcze mniejsze stoliki i taboreciki, przy których można usiąść i zjeść zakupioną przekąskę.

Ponadto, co jakiś czas można spotkać panie, które niosą ogromne kosze z owocami zawieszone na kiju – widok jak z obrazka.

Mozolnie przedostając się przez miasto, poszukiwaliśmy adaptera do kontaktu i dzielnika – ponieważ często potrzebujemy jednocześnie ładować np. aparat i telefon. O ile adapter udało nam się znaleźć bardzo szybko ponieważ tuż obok naszego hostelu znajdował się sklep z telefonami i komputerami, to z dzielnikiem sprawa była już trudniejsza. Na ulicach można kupić wszystko – plecaki North Face (made in Vietnam), trójkątne kapelusze, papierowe rozkładane pocztówki, tylko nie dzielniki! Warto zwrócić również uwagę na zdjęcie z salonem fryzjerskim.

Tuż po opuszczeniu sklepu komputerowego, Kubę napadł przechodni naprawiacz butów. Od razu zaczął podklejać trampki w miejscu gdzie materiał lekko odstawał od podeszwy. Natychmiast zaczął również rozwiązywać but i zdjemować go z nogi. Kuba zdziwiony dał zdjąć sobie but, po czym nagle naprawiacz wyjął kawałek podeszwy i szybko przykleił go pod piętą. W tym momencie Kuba miał już dosyć i zdecydowanie podziękował za usługę o którą nie prosił. Zapłaciliśmy 15 zł i poszliśmy. Mieliśmy nadzieję, że doklejony kawałek uda się odkleić – byliśmy w błędzie. Od tego momentu, Kuba miał jeden but trochę wyższy, co wcale nie było wygodne, ale i tą sprawę udało nam się załatwić… o tym trochę później 🙂

20180110_164910

Poruszaliśmy się kolejnymi uliczkami i trafiliśmy na ulicę pełną okapów, zlewozmywaków, garnków, łyżek i innych metalowych elementów kuchennych. Wygląda to niesamowicie, gdy po obu stronach jezdni widzimy po 10 sklepów z takim samym asortymentem. Dodatkowo, co jakiś czas ktoś spawa coś na ulicy lub tnie piłą do metalu.Kuba opanował do perfekcji pokazywanie na migi działanie trójnika – podchodził do kontaktu i pokazywał, że z jednego tworzą się trzy. Nie zawsze to pokazywanie działało, ale mieliśmy wrażenie, że większość rozumie na czym nam zależy. Mimo naszych licznych pytań, kolejni sklepikarze wskazywali kierunek ruchu, aczkolwiek nikt nie był pewien gdzie można dostać potrzebny nam element. Trafiliśmy na uliczkę w której sprzedawano kable i elementy elektryczne, wydawało się, że to idealne miejsce… niestety nie. Jedyne co mogliśmy kupić to wielometrowy przedłużacz z kilkoma wyjściami.

W końcu, poruszając się coraz dalej, zauważyliśmy serwis telewizorów, a w ścianie – dzielnik! Kuba zaczął pytać, gdzie można dostać taki element. Jeden z młodych pracowników wyjął z ściany mocno zakurzony dzielnik i poszedł do sklepu obok. Tam, przy biurku siedziała pani w średnim wieku i po wytłumaczeniu przez pracownika o co chodzi, podała cenę. Wyszło około 10 złotych, udało nam się cenę minimalnie stargować i wyszliśmy z serwisu z mocno używaną, ale nadal użyteczną częścią.

20180110_174224

Zadowoleni, przechodząc ‚spacerem’, o ile można to tak nazwać w tym wielkim chaosie krzywych chodników zaparkowanych skuterami do granic możliwości i procesji pojazdów na ulicach, wróciliśmy do znanego nam Little Vietnam na obiado-kolację.

Dzień 43 – Hanoi – Świątynia Literatury i Teatr Kukiełek na wodzie

Dzień 43 – Hanoi – Świątynia Literatury i Teatr Kukiełek na wodzie

Pierwszego dnia w Hanoi, postanowiliśmy odwiedzić Świątynię Literatury. Na szczęście, nasz hostel znajdował się w centrum miasta i większość atrakcji turystycznych wydawała się w zasięgu pieszym.

Ruszyliśmy w kierunku wspomnianej świątyni z myślą, że w ok. 25 minut będziemy na miejscu. Dotarliśmy po 45 minutach, ponieważ ruch uliczny w Hanoi, to chaos który postaramy się przedstawić w kolejnych wpisach.

Gdy w końcu dotarliśmy, przeszliśmy przez główną bramę i pierwszy ogród, gdzie w dwóch stawach przy odrobinie szczęścia dostrzec można kłębiące się karpie.

Idąc dalej, po przejściu przez drugą bramę, dotarliśmy do Studni Niebiańskiej Światłości (ang. Well of Heavenly Brilliance), która w rzeczywistości jest kwadratowym stawem.


20180109_163407

Wokół stawu, znajdują się tablice zawierające imiona 1304 wietnamczyków, którzy zdali cesarski egzamin i zostali mandarynami w 82 kolejnych egzaminach. Cesarz, nie tylko sam musiał być człowiekiem cnoty ale i wszyscy jego lokalni przedstawiciele – mandarynowie. Z tego powodu, przeprowadzano bardzo trudne, trwające wiele miesięcy egzaminy, do których przystępowali młodzi mężczyźni zamożnego pochodzenia. Co ciekawe, za czasów panowania dynastii Le do egzaminów, nie mogli przystępować kryminaliści, muzycy i śpiewacy oraz ludzie w żałobie.


20180109_163407

Świątynia Literatury jest jedną z wielu w Wietnamie poświęconych Konfucjuszowi. Można w niej zobaczyć postać wielkiego mędrca, a także ofiarować mu dary w postaci kwiatów, owoców lub pieniędzy.

Po wizycie w tej słynnej świątyni, ruszyliśmy w kierunku jeziora Hoan Kiem, które jest słynne obecnie głównie z powodu pewnych kontrowersji dotyczących rzekomo żyjącego tam gatunku żółwia. Otóż, według legend w jeziorze żył święty żółw. W roku 1998 został on sfilmowany amatorską kamerą, a w 2000 nadano mu łacińską nazwę Rafetus leloii. W roku 2011 żółw zaczął częściej pojawiać się na powierzchni z widocznymi ranami na ciele – Wietnamczycy przystąpili do akcji ratunkowej, żółwia schwytano i wyleczono, a następnie wypuszczono na wolność. Niestety, na początku roku 2016 został znaleziony martwy, a gatunek ogłoszono wymarłym. Wszystko owiane jest pewną nutą niedowierzania z strony naukowców, gdyż dokładne badania genetyczne nie zostały przedstawione i część środowiska uważa, że żółw ten był osobnikiem innego, znanego gatunku pochodzącego z Chin.

Tak czy inaczej, przeszliśmy się nabrzeżem pięknego jeziora, nieśmiale wypatrujące legendarnego żółwia. W końcu, stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w pobliżu to może odwiedzimy kolejną ciekawą atrakcję Hanoi – Teatr Kukiełek na Wodzie.

Dostaliśmy się do kasy i udało nam się kupić bilety na spektakl o 20. Były to ostatnie wolne miejsca więc mieliśmy sporo szczęścia 🙂

SONY DSC
SONY DSC

W czasie do rozpoczęcia przedstawienia ruszyliśmy by szybko coś przekąsić. Podczas poszukiwania, spotkaliśmy przypadkiem Polaków, którzy polecili nam wycięczki oferowane w pobliskim ‚biurze podróży’. Musimy powiedzieć, że ich reklama zadziałała, ponieważ zdecydowaliśmy się na wykupienie jednodniowego wyjazdu do zatoki Ha Long.

Po szybkiej kolacji ruszyliśmy do teatru. Przedstawienie „Kukiełek na Wodzie” jest naprawdę widokiem egzotycznym i wartym zobaczenia. Kukiełki wystają z wody, a ich aktorzy schowani są za nimi za kurtyną, więc faktycznie widzimy jedynie drewniane postacie wystające z wody, tańczące i śpiewające. Przedstawienie opowiada kilka historii: legendy w których występują ryby, żółwie i smoki, historię miłosną oraz życie na wietnamskiej wsi.

Przedstawienie wydaje się idealne dla dzieci, ale i my mieliśmy wiele ubawu – pierwszy raz widzieliśmy sztukę w takiej formie. Oprócz zdjęć, najlepiej zaprezentują to krótkie filmiki:



Po przedstawieniu ruszyliśmy do domu, ponieważ od ostatnich dni w Bangkoku Kubę męczył kaszel. Na konieć dnia, odwiedziliśmy jeszcze nasz pobliski bar „Little Vietnam”, gdzie można bardzo tanio zjeść 🙂

20180109_213839