Dzień 18 – Droga do Ao Nang

Dzień 18 – Droga do Ao Nang

15 grudnia spakowaliśmy nasze duże plecaki i ruszyliśmy w kierunku plaży Pattaya. Tam, wprost z plaży wchodziliśmy na pontonowy pomost, przy którym czekały zacumowane łodzie. Jedna z nich miała nas przewieźdź na platformę przy której zatrzrymywały się większe stateczki, transportujące na inne wyspy i stały ląd. Tym razem płynęliśmy nie zwykłym promem (ferry), a szybką motorówka („speed boat”), ponieważ tak było taniej. Po drodze do plaży, w ramach śniadania kupiliśmy świeże owoce, które udało nam się zjeść na platformie.

Podróż szybką łodzią była przyjemna, aczkolwiek na przystanku na wyspie Koh Tarutao dosiadło się więcej osób i zrobiło się dość tłoczno.

20171215_095224

Tym razem, nasz transport był łatwiejszy, ponieważ wykupiliśmy przejazd wprost z wyspy Koh Lipe do miejscowości Ao Nang i nie musieliśmy szukać kolejnych środków transportu. Na przystani w Pakbara czekała już pani z kartką i zbierała wszystkich podróżnych, którzy wykupili podobny pakiet. Zaprowadziła nas do busika, który jechał do dystryktu Krabi. Po chwili oczekiwania, załadowaliśmy się wszyscy z bagażami do busa i ruszyliśmy w drogę… Prawie ruszyliśmy, bo kierowca musiał jeszcze podjechać po kolejnych turystów na przystanek obok … i już ruszaliśmy… ale nie do końca, ponieważ znowu zatrzymaliśmy się by kierowca kupił sobie przekąski… i wreszcie ruszyliśmy! Chociaż nadal nie do celu, bo okazało się, że pan kierowca musi jeszcze zajechać do domu. W końcu wyjechaliśmy… by po 5 minutach zatrzymać się na stacji i zatankować. Kolejny start silnika i kolejna nadzieja… jeszcze tylko do serwisu skuterów…

Ostatecznie, po tych wszystkich przystankach kierowca załatwił już chyba wszystkie ważne sprawy i zaczął jechać do Krabi i Ao Nang.

Po kilku godzinach, dotarliśmy do miejscowości Krabi, gdzie większość podróżnych wysiadała. Zostaliśmy my i grupa hiszpanów. Z pomocą nawigacji, hiszpanie dawali wskazówki kierowcy. Po 15 minutach krążenia, okazało się, że ich resort jest położony w środku pola – miny im zrzedły. Na koniec zostaliśmy my. Kierowca sugerował, że może nas podwieźć do Ao Nang lub do samego hostelu za dodatkową opłatą w wysokości 100 bahtów (około 11 zł). Nie zgodziliśmy się, naciskając że ma nas podwieźć bez żadnych dopłat. W końcu wysadził nas po prostu w Ao Nang… okazało się, że nasz hostel jest położony około 300 metrów dalej. Po raz pierwszy spotkaliśmy się z tym, że ktoś chce nas naciągnąć lub nawet oszukać.

Po zakwaterowaniu w pokoju z oknem wychodzącym na korytarz, wyruszyliśmy by zwiedzić okolice. Gdy doszliśmy do plaży, zerwał się bardzo silny wiatr, a niebo pociemniało. Na pomarańczowym od zachodu słońca horyzoncie widać było wyspy w strugach deszczu.

20171215_182545

W powietrzu można było wyczuć, że niedługo burza przyjdzie i do nas, więc postanowiliśmy skryć się w jednej z dziesiątek pobliskich restauracyjek. Po całym dniu, zjedliśmy ze smakiem: warzywa w sosie ostrygowym, wołowinę w czarnym pieprzu (black pepper beef) oraz mango sticky rice na deser. Z naszego otwartego baru oglądaliśmy strugi deszczu. Takiej ilości wody i kropel tak dużych nie widzieliśmy już dawno, o ile w ogóle. Gdy deszcz ustał, wróciliśmy do pokoju i zmęczeni całym dniem szybko zasnęliśmy.

Dni 14-17 – Koh Lipe, rajska wyspa w Tajlandii

Dni 14-17 – Koh Lipe, rajska wyspa w Tajlandii

Nasze pierwsze zetknęcie z Tajlandią miało miejsce na małej wyspie Koh Lipe. Należy ona do parku narodowego Tarutao i jest jeszcze stosunkowo mało zatłoczona. Króluje tutaj backpackerski styl i luźna wyspiarska atmosfera. Plaże są prawie puste, a knajpki pełne. Woda ma cudowny turkusowy kolor, a piasek jest śnieżnobiały z kawałkami koralowca.

Ciekawostką jest, że nie ma tu dróg samochodowych ani świateł ulicznych, ale nieprawdą jest, że na wyspie nie ma w ogóle samochodów. Ruch odbywa się wąskimi deptako-uliczkami, którymi poruszają się ludzie oraz szalone skutery i Tuk-tuki, a jednocześnie psy i koty leżą na środu, nic sobie z tego wszystkiego nie robiąc. Na wyspie w ogóle jest bardzo dużo psów i kotów, wszystkie wyglądają jakby były z jednej rodziny i prowadzą sielskie życie.

Na Koh Lipe są trzy główne plaże: Sunrise (wschodzącego słońca), Sunset (zachodzącego słońca) i Pattaya, na którą przypłynęliśmy. Po poznaniu wyspy, okazało się, że mieszkamy w samym jej centrum, a całość można obejść w ciągu 3 godzin. Centrum wyspy to Walking Street, na której znajduje się wiele knajpek, sklepików z pamiątkami i ubraniami, salonów tajskiego masażu i „biur podróży”, które organizują transport na inne wyspy oraz wycieczki snorklingowe. To właśnie na tej uliczce i plażach toczy się całe turystyczne życie Koh Lipe. Czasami wędrując po wyspie udało nam się zobaczyć, nieturystyczne okolice, czyli tzw. „zaplecze” mieszkańców wyspy – nie wygląda to już tak rajsko. Ludzie żyją bardzo skromnie, często w dla nas niewyobrażalnych warunkach – w drewnianych chatkach na palach albo blaszanych budowlach. Mimo to wyspiarze wyglądają na dosyć czystych, bardzo rozluźnionych, i pozytywnie nastawionych do życia.

Mieliśmy okazję zobaczyć zachód słońca na Sunset beach, powędrować na sunrise beach, ale jednak najbardziej nam się podobała Pattaya, która nie dość, że miała najbardziej przejrzystą wodę i najbielszy piasek, to jeszcze była mało uczęszczana. Przychodziliśmy tutaj bardzo często – w ciagu dnia by zaznać kąpiel słonecznych i morskich, a wieczorem by przejść się i popodziwiać nocne życie leniwych knajpek. Można tutaj znaleźć wszystko, od jęczącego azjatyckiego karaoke poprzez europejską techno disco do spokojnych dźwięków reggae na żywo i tajów uprawiających fire-show.

Całe wybrzeże wyspy doskonale nadaje się do nurkowania i snorkelingu (czyli pływanie z maską i rurką), ponieważ rafy koralowe występują nawet bardzo blisko brzegu. Na każdej z plaży zobaczyć można ludzi w każdym wieku nurkujących lub pływających z rurką – tak też zrobił i Kuba 🙂 Całe godziny spędzał nurkując i filmując życie podwodne.

Drugą z rzeczy, która nas zachwyciła na Koh Lipe było jedzenie. Stragany uginają się pod ciężarem świeżo złowionych ryb i owoców morza, które często zaskakują wyglądem i rozmiarem. Niektóre z nich są jeszcze żywe i czekają na swoją kolej. Można tutaj znaleźć: krewetki różnych rozmiarów, kraby, ośmiornice, kałamarnice, langusty i przeróżne gatunki ryb (np. rybę miecz). W powietrzu unosi się cudowny zapach świeżo grilowanych ryb i tajskiej kuchni. Oprócz owoców morza, spróbowaliśmy tutaj również po raz pierwszy Pad Thai, czyli sztandarowej potrawy tajskiej. Składa się ona z makaronu, smażonego jajka, kiełków fasoli mung, szczypiorku i owoców morza lub mięsa.

Desery też nas urzekły – najbardziej znanym tajskimi słodkościami są mango sticky rice oraz lody kokosowe. Pierwszy z nich to po prostu ryż z dodatkiem tłuszczu i mleka kokosowego oraz świeżych owoców mango. Drugi specjał to lody kokosowe podane w połówkach świeżego kokosa z świeżym miąższem. Już same lody mają wspaniały naturalny, mocno kokosowy smak i w niczym nie przypominają tych dotychczas nam znanych, a podane w ten sposób są jeszcze bardziej egzotyczne.

Z racji tego, że w Tajlandii islam jest znacznie mniej obecny niż np. w Malezji, nie budziły nas rano nawoływania muezinów a i w sklepach można było zauważyć większy wybór alkoholu w bardziej przystępnych cenach. Przypominając, że w Malezji, jedno piwo potrafiło kosztować nawet 25 zł. Zachęceni wysawionymi przed sklepem butelkami, postanowiliśmy spróbować jakoś tajskiego specjału alkoholowego. Gdy zapytaliśmy w kasie o cenę, panie sprzedające wybuchły śmiechem. Okazało się, że wystawione butelki wypełnione są paliwem dla skuterów, a alkohol w bardzo podobnym kolorze i takich samych butelkach znajduje się jedynie na półce za plecami sprzedawczyń. Takim oto sposobem prawie spróbowaliśmy benzyny, ale ostatecznie udało nam się kupić inny specyfik. Nie do końca wiemy co wypiliśmy, ponieważ wszystkie napisy były po tajsku. Poinformowano nas, że to coś podobnego do whisky, w praktyce smakowało jakby whisky zaprawiona bimbrem. Ciekawa była również butelka tego wysokoprocentowego napoju, ponieważ była kapslowana. Raz otwarta, musiała zostać wypita. Nie było innego wyjścia 🙂

Ostatnią noc na Koh Lipe spędziliśmy na plaży oglądając rój spadających gwiazd (Kuba mówi asteroidów) i wsłuchując się w muzykę z pobliskich barów. Oprócz tego, obserwowaliśmy nieziemski plankton, który wyrzucony na brzeg morza, po nadępnięciu stopą zaczynał świecić na niebiesko. Daje to wrażenie jakby gwiazdy miały swoje odzwierciedlenie na piasku. Byliśmy tak oczarowani, że nie mieliśmy ochoty opuszczać wyspy, ale myśl o kolejnych pięknych miejscach nie daje osiąść na dłużej w nawet tak pięknym zakątku 🙂

Dzień 13 – Droga na Koh Lipe

Dzień 13 – Droga na Koh Lipe

O 6 rano obudziło nas nawoływanie z meczetu położonego naprzeciwko naszego pokoju. Przerwało to nasz spokojny sen, ale postanowiliśmy się nie dać i spaliśmy jeszcze chwilę.

Postanowiliśmy pojechać do portu by kupić bilety na tajską wysepkę Koh Lipe a następnie zwiedzić okolicę.

W kasie biletowej poinformowano nas, że ostatnia łódź odpływa o 14 (czyli za niecałe 2 godziny!). Oznaczało to, że nie zwiedzimy za wiele, ponieważ musimy wrócić po nasz bagaż. Stwierdziliśmy bezpieczniej będzie pojechać najpierw po bagaż, a potem obejrzeć okolice portu. Okazało się to dobrą decyzją ponieważ gdy dojechaliśmy do hostelu, nasze bagaże były zamknięte, a po właścicielach ani śladu. Po kilku nieudanych telefonach i średnlia io udanej próbie dogadania się z sąsiadami, postanowiliśmy czekać. Okazało się, że sąsiadka jednak zrozumiała i udało jej się dodzwonić do właścicieli hostelu. Julia w tym czasie poszła upolować wodę i owoce, a Kuba czekał pod pokojem. Po paru minutach przyjechała na skuterze starsza pani w burce i otworzyla pomieszczenie z bagażami.

Było już na tyle późno, że pozostało nam jedynie jechać do portu i czekać na odprawę graniczną. Odbywała się ona w małym budyneczku, z którego wychodziło się od razu na trap. Przystemplowano nasz wyjazd z Malezji, a wszystkie paszporty na czas rejsu trafiły do kapitana. Był to dla nas proceder niezrozumiały, ale postąpiliśmy jak nakazano.

Byliśmy podekscytowani podróżą na rajską wyspę i możliwością oglądania jej z osłonecznionego pokładu. Niestety, zapuszkowano nas w kolejnym śmierdzącym spalinami tramwaju wodnym z maleńkimi brudnymi okienkami przez które ledwo można było coś zobaczyć. Dodatkowo, łódź została wzbogacona w dwa płaskie telewizory, więc podróż umilała nam amerykańska strzelanina puszczona na cały regulator. W tych miłych okoliczonościach przyrody płynęliśmy około 1.5 h.

Gdy nasz statek zatrzymał się przy drewnianej konstrukcji przypominającej platformę, kazano nam zostawić bagaże i wskoczyć wprost do małej drewnianej łódeczki. Z jednej strony obawialiśmy się zostawić bagaż, z drugiej wysepka była tak piękna, że zapierała dech w piersiach i już nie mogliśmy się doczekać kiedy staniemy na jej piasku. Łódeczkami dopłynęliśmy do brzegu, gdzie wyskakiwaliśmy do wody po kolana.

Po wyjściu na plażę, można było zaobserwować ciekawą reakcję wśród pasażerów: wszyscy podziwiali wodę i widoki z otwartymi buziami, a jednocześnie rozglądali się za swoimi paszportami.

Po chwili pojawiła się kolejna łódeczka z naszymi bagażami, po kolejnej chwili pojawił się facet z paszportami, który jak na wycieczce szkolnej podnosił do góry paszport i pytał do kogo należy. Po wyczytaniu, dostaliśmy paszporty do ręki i skierowano nas do okienka, w którym pan w mundurze zeskanował dokumenty i przybił nam pieczątkę wjazdową do Tajlandii.

Wokoło było pięknie, rozciagała się cudowna piaszczysta plaża, a woda była tak przezroczysta, że łódki zdawały się unosić w powietrzu.

W pełnym słońcu, z ciężkimi bagażami na plecach wyruszyliśmy by odnaleźć zarezerwowany przez nas bungalow.

Po 20 minutach morderczej drogi dotarliśmy do naszej nowej kwatery. Drewniany domek był ładny i skromny, w środku stało jedynie łóżko z moskitierą, drewniana ława i mikro stolik nocny. Na szczęście mamy również skrzeczący wiatrak który świetnie sobie daje radę z upałem. Bungalow wygląda jakby składał się z ścian i nałożonego z góry dachu, w taki sposób że przestrzeń. Ciężko to opisać, ale całość jest otwarta, więc przychodą do nasz czasem jaszczurki i mniej przejmne, choć niegroźne wije. Przedstawiciel tego gatunku przywitał nas w łazience, która wydaje się być ich ulubionym miejscem. Należy dodać, że woda którą się kąpiemy spływa nie do kratki, a do dziury w ścianie, którą wydostaje się do ziemi tuż za domkiem. Warunki są dosyć sparańskie, ale przynajmniej mamy własną łazięnkę, co wcale nie jest tu oczywistością.

Tego wieczora wyruszyliśmy jeszcze na krótki obchód okolicy, którą opiszemy w anstępnym wpisie 🙂