Dzień 13 – Droga na Koh Lipe
O 6 rano obudziło nas nawoływanie z meczetu położonego naprzeciwko naszego pokoju. Przerwało to nasz spokojny sen, ale postanowiliśmy się nie dać i spaliśmy jeszcze chwilę.
Postanowiliśmy pojechać do portu by kupić bilety na tajską wysepkę Koh Lipe a następnie zwiedzić okolicę.
W kasie biletowej poinformowano nas, że ostatnia łódź odpływa o 14 (czyli za niecałe 2 godziny!). Oznaczało to, że nie zwiedzimy za wiele, ponieważ musimy wrócić po nasz bagaż. Stwierdziliśmy bezpieczniej będzie pojechać najpierw po bagaż, a potem obejrzeć okolice portu. Okazało się to dobrą decyzją ponieważ gdy dojechaliśmy do hostelu, nasze bagaże były zamknięte, a po właścicielach ani śladu. Po kilku nieudanych telefonach i średnlia io udanej próbie dogadania się z sąsiadami, postanowiliśmy czekać. Okazało się, że sąsiadka jednak zrozumiała i udało jej się dodzwonić do właścicieli hostelu. Julia w tym czasie poszła upolować wodę i owoce, a Kuba czekał pod pokojem. Po paru minutach przyjechała na skuterze starsza pani w burce i otworzyla pomieszczenie z bagażami.
Było już na tyle późno, że pozostało nam jedynie jechać do portu i czekać na odprawę graniczną. Odbywała się ona w małym budyneczku, z którego wychodziło się od razu na trap. Przystemplowano nasz wyjazd z Malezji, a wszystkie paszporty na czas rejsu trafiły do kapitana. Był to dla nas proceder niezrozumiały, ale postąpiliśmy jak nakazano.
Byliśmy podekscytowani podróżą na rajską wyspę i możliwością oglądania jej z osłonecznionego pokładu. Niestety, zapuszkowano nas w kolejnym śmierdzącym spalinami tramwaju wodnym z maleńkimi brudnymi okienkami przez które ledwo można było coś zobaczyć. Dodatkowo, łódź została wzbogacona w dwa płaskie telewizory, więc podróż umilała nam amerykańska strzelanina puszczona na cały regulator. W tych miłych okoliczonościach przyrody płynęliśmy około 1.5 h.
Gdy nasz statek zatrzymał się przy drewnianej konstrukcji przypominającej platformę, kazano nam zostawić bagaże i wskoczyć wprost do małej drewnianej łódeczki. Z jednej strony obawialiśmy się zostawić bagaż, z drugiej wysepka była tak piękna, że zapierała dech w piersiach i już nie mogliśmy się doczekać kiedy staniemy na jej piasku. Łódeczkami dopłynęliśmy do brzegu, gdzie wyskakiwaliśmy do wody po kolana.
Po wyjściu na plażę, można było zaobserwować ciekawą reakcję wśród pasażerów: wszyscy podziwiali wodę i widoki z otwartymi buziami, a jednocześnie rozglądali się za swoimi paszportami.
Po chwili pojawiła się kolejna łódeczka z naszymi bagażami, po kolejnej chwili pojawił się facet z paszportami, który jak na wycieczce szkolnej podnosił do góry paszport i pytał do kogo należy. Po wyczytaniu, dostaliśmy paszporty do ręki i skierowano nas do okienka, w którym pan w mundurze zeskanował dokumenty i przybił nam pieczątkę wjazdową do Tajlandii.
Wokoło było pięknie, rozciagała się cudowna piaszczysta plaża, a woda była tak przezroczysta, że łódki zdawały się unosić w powietrzu.
W pełnym słońcu, z ciężkimi bagażami na plecach wyruszyliśmy by odnaleźć zarezerwowany przez nas bungalow.
Po 20 minutach morderczej drogi dotarliśmy do naszej nowej kwatery. Drewniany domek był ładny i skromny, w środku stało jedynie łóżko z moskitierą, drewniana ława i mikro stolik nocny. Na szczęście mamy również skrzeczący wiatrak który świetnie sobie daje radę z upałem. Bungalow wygląda jakby składał się z ścian i nałożonego z góry dachu, w taki sposób że przestrzeń. Ciężko to opisać, ale całość jest otwarta, więc przychodą do nasz czasem jaszczurki i mniej przejmne, choć niegroźne wije. Przedstawiciel tego gatunku przywitał nas w łazience, która wydaje się być ich ulubionym miejscem. Należy dodać, że woda którą się kąpiemy spływa nie do kratki, a do dziury w ścianie, którą wydostaje się do ziemi tuż za domkiem. Warunki są dosyć sparańskie, ale przynajmniej mamy własną łazięnkę, co wcale nie jest tu oczywistością.
Tego wieczora wyruszyliśmy jeszcze na krótki obchód okolicy, którą opiszemy w anstępnym wpisie 🙂










