Dzień 13 – Droga na Koh Lipe

Dzień 13 – Droga na Koh Lipe

O 6 rano obudziło nas nawoływanie z meczetu położonego naprzeciwko naszego pokoju. Przerwało to nasz spokojny sen, ale postanowiliśmy się nie dać i spaliśmy jeszcze chwilę.

Postanowiliśmy pojechać do portu by kupić bilety na tajską wysepkę Koh Lipe a następnie zwiedzić okolicę.

W kasie biletowej poinformowano nas, że ostatnia łódź odpływa o 14 (czyli za niecałe 2 godziny!). Oznaczało to, że nie zwiedzimy za wiele, ponieważ musimy wrócić po nasz bagaż. Stwierdziliśmy bezpieczniej będzie pojechać najpierw po bagaż, a potem obejrzeć okolice portu. Okazało się to dobrą decyzją ponieważ gdy dojechaliśmy do hostelu, nasze bagaże były zamknięte, a po właścicielach ani śladu. Po kilku nieudanych telefonach i średnlia io udanej próbie dogadania się z sąsiadami, postanowiliśmy czekać. Okazało się, że sąsiadka jednak zrozumiała i udało jej się dodzwonić do właścicieli hostelu. Julia w tym czasie poszła upolować wodę i owoce, a Kuba czekał pod pokojem. Po paru minutach przyjechała na skuterze starsza pani w burce i otworzyla pomieszczenie z bagażami.

Było już na tyle późno, że pozostało nam jedynie jechać do portu i czekać na odprawę graniczną. Odbywała się ona w małym budyneczku, z którego wychodziło się od razu na trap. Przystemplowano nasz wyjazd z Malezji, a wszystkie paszporty na czas rejsu trafiły do kapitana. Był to dla nas proceder niezrozumiały, ale postąpiliśmy jak nakazano.

Byliśmy podekscytowani podróżą na rajską wyspę i możliwością oglądania jej z osłonecznionego pokładu. Niestety, zapuszkowano nas w kolejnym śmierdzącym spalinami tramwaju wodnym z maleńkimi brudnymi okienkami przez które ledwo można było coś zobaczyć. Dodatkowo, łódź została wzbogacona w dwa płaskie telewizory, więc podróż umilała nam amerykańska strzelanina puszczona na cały regulator. W tych miłych okoliczonościach przyrody płynęliśmy około 1.5 h.

Gdy nasz statek zatrzymał się przy drewnianej konstrukcji przypominającej platformę, kazano nam zostawić bagaże i wskoczyć wprost do małej drewnianej łódeczki. Z jednej strony obawialiśmy się zostawić bagaż, z drugiej wysepka była tak piękna, że zapierała dech w piersiach i już nie mogliśmy się doczekać kiedy staniemy na jej piasku. Łódeczkami dopłynęliśmy do brzegu, gdzie wyskakiwaliśmy do wody po kolana.

Po wyjściu na plażę, można było zaobserwować ciekawą reakcję wśród pasażerów: wszyscy podziwiali wodę i widoki z otwartymi buziami, a jednocześnie rozglądali się za swoimi paszportami.

Po chwili pojawiła się kolejna łódeczka z naszymi bagażami, po kolejnej chwili pojawił się facet z paszportami, który jak na wycieczce szkolnej podnosił do góry paszport i pytał do kogo należy. Po wyczytaniu, dostaliśmy paszporty do ręki i skierowano nas do okienka, w którym pan w mundurze zeskanował dokumenty i przybił nam pieczątkę wjazdową do Tajlandii.

Wokoło było pięknie, rozciagała się cudowna piaszczysta plaża, a woda była tak przezroczysta, że łódki zdawały się unosić w powietrzu.

W pełnym słońcu, z ciężkimi bagażami na plecach wyruszyliśmy by odnaleźć zarezerwowany przez nas bungalow.

Po 20 minutach morderczej drogi dotarliśmy do naszej nowej kwatery. Drewniany domek był ładny i skromny, w środku stało jedynie łóżko z moskitierą, drewniana ława i mikro stolik nocny. Na szczęście mamy również skrzeczący wiatrak który świetnie sobie daje radę z upałem. Bungalow wygląda jakby składał się z ścian i nałożonego z góry dachu, w taki sposób że przestrzeń. Ciężko to opisać, ale całość jest otwarta, więc przychodą do nasz czasem jaszczurki i mniej przejmne, choć niegroźne wije. Przedstawiciel tego gatunku przywitał nas w łazience, która wydaje się być ich ulubionym miejscem. Należy dodać, że woda którą się kąpiemy spływa nie do kratki, a do dziury w ścianie, którą wydostaje się do ziemi tuż za domkiem. Warunki są dosyć sparańskie, ale przynajmniej mamy własną łazięnkę, co wcale nie jest tu oczywistością.

Tego wieczora wyruszyliśmy jeszcze na krótki obchód okolicy, którą opiszemy w anstępnym wpisie 🙂

Dzień 12 – Droga na Langkawi

Po szybkim śniadaniu w jednym z lokalnych centrum Street Food (CF) wyruszyliśmy z naszymi ogromnymi plecakami w uporczywe upale w stronę terminalu promowego.

Po szybkim śniadaniu w jednym z lokalnych centrum Street Food (CF) wyruszyliśmy z naszymi ogromnymi plecakami w uporczywym upale w stronę terminalu promowego. Przepłynięcie z wyspy Penang do pobliskiej miejsowości Georgetown trwa około 15 minut i jest darmowe (w tym kierunku).

Po dopłynięciu czeka na pasażerów autobus który wiezie wprost do dworca autobusowego, ponieważ nowy budynek jest dopiero w budowie. Na każdym dworcu autobusowym, turystów od razu napadają taksówkarze i przedstawiciele innych środków transportu. Tak było i tutaj. Gdy pomocny pan zapytał dokąd chcemy jechać – na wyspę Langkawi – okazało się, że wszystkie autokary do najbliższego jej portu już odjechały. Na początku byliśmy sceptyczni co do tej informacji, ponieważ myśleliśmy, że Pan jest jedynie kolejnym taxi-naciągaczem. Na szczęscie, okazało się, że jest to człowiek-informacja i zajmuje się kierowaniem przyjezdnych. Pan przedstawił nam inną możliwość – autokar do mniejszej miejscowości, przesiądkę na taxi oraz prom. Byliśmy zmuszeni skorzystać z tej opcji.

Wsiędliśmy więc w autobus, który powinien już 10 minut wcześniej wyjechać i po kolejnych 20 minutach ruszyliśmy do miejscowości Alor Setar (według lokalnej wymowy – ALL STAR). Tam, ponownie napadli nas taksówkarze. Wiemy jednak, że w Malezji (a i ponoć w całej Azji) są to straszni naciągacze. Ponownie więc skorzystaliśmy z Ubera, który zawiózł nas wprost do miejscowości Kuala Kedah, skąd mieliśmy wypłynąć promem.

Jak się okazało przy okienku kasy promowej, ostatnia łódź odpływa za 45 minut i płacić można jedynie gotówką, której nie mieliśmy wystarczającej ilości. Zaczęliśmy poszukiwania bankomatu. Miejscowość była mała, a nikt nie potrafił sprecyzować odległości do bankomatu i tylko mówiono nam, że jest on daleko. Zapropnowano nam nawet podwózkę rowerem i wkrótce pół okolicy obserwowało dwójkę białych biegających w popłochu. Miejscowi jeździli wokół nas na skuterach wskazując co chwilę dalszą drogę. W końcu dotarliśmy, ku uciesze również miejscowych, do upragnionego urządzenia. Okazało się, że jedna z naszych kart jest nieobsługiwana, co wywołało dodatkowe krople potu na naszych strudzonych plecach. Na szczęście uratowała nas inna karta i z pośpiechem ruszyliśmy na przystań.

Na Langkawi płyneliśmy około 1.5 h i byliśmy jedynymi białymi pasażerami. Prom przypominał tramwaje wodne pływające z Gdańska na Hel.

Gdy dotarliśmy, po raz kolejny napadli nas taksówkarze, a my ponownie skorzystaliśmy z Ubera. Działa on na podstawie lokalizacji GPS oraz map Google, więc spokojnie klikneliśmy miejsce podane w rezerwacji naszego noclegu i beztrosko wsiedliśmy do podstawionego auta (nowsza model marki Proton).

Gdy wysiedliśmy w jakiśm podejrzanym miejscu gdzie w zasięgu wzroku było tylko kilka budynków, a na środku ulicy leżała ogromona rozjechana i wysuszona jaszczurka, zaczęliśmy mięć wątpliwości co do poprawności podanego adresu. Po nieudanym telefonie do właścicieli Guesthouseu, zaczęliśmy się poruszać w kierunku pobliskich świateł przypominających przydrożną restaurację. Tam, jeden z klientów natychmiastowo zaproponował nam pomoc, wstał od stołu, zadzwonił do Guesthouseu i podwiózł nas na miejsce. Był to mężczyzna, który w młodości również wiele podróżował i jak twierdził, wie co to znaczy zgubić się w obcym kraju. Byliśmy bardzo zaskoczeni tym miłym gestem, tym bardziej, że po całym dniu podróży wreszcie byliśmy na miejscu.

Była godzina 23:30, a wokół bawił się dzieci. W barze naprzeciw naszego pokoju postanowiliśmy zjeść szybką kolację. Julia zamówiła do picia sok z marchwi (mając przekonanie, że będzie to marchew lub kubusiowo-podobny napój). Przyniesiono nam różowy napój w szklanym kubku w kształcie pandy. Ku naszemu zaskoczeniu i obrzydzeniu, była to mieszanka mleka z kawałkami marchwi i cukrem, co tworzyło nijako-słodki roztwór z lodem.

Zjedliśmy nasze piekielnie ostre dania i położyliśmy się szybko spać, ponieważ następnego dnia mieliśmy podróżować dalej.

Podsumowując, by dotrzeć z George Town na Langkawi przemieszczaliśmy się: promem, autokarem, uberem, promem, uberem i na koniec jeszcze podwiózł nas pomocny pan własnym samochodem.

Dzień 11 – George Town

George Town, położone na wyspie Penang. to drugie co do wielkości miasto Malezji o bogatej historii. Była to jedna z pierwszych kolonii brytyjskich w południowej Azji. W roku 1770 Francis Light został pointsruowany przez Brytyjską Kompanię Wschodnioindyjdską by nawiązać współpracę z półwyspem Malajskim. Zawarł on umowę z sułtanem prowincji Kedah mówiącą o secesji wyspy Penang w zamian za ochronę wojskową. W 1786 Brytyjczycy założyli osadę George Town, a w miejscu ich wylądowania powstał Fort Cornwallis. W 2008 roku miasto to zostało wpisanę na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

George Town znane jest z trzech rzeczy: swojej post kolonialnej architektury, ulicznego jedzenia i street art. Architektura i jedzenie są wynikiem pomieszania kultury brytyjskiej i azjatyckich (malajskiej, tajskiej, chińskiej i hinduskiej). Natomiast street art miał swój początek w 2012 roku kiedy to podczas corocznego miejskiego festiwalu, litewski artysta Ernest Zacharevic stworzył serię 6-ciu instalacji ukazujących lokalną kulturę i styl życia mieszkańców. Jest to połączenie murali z przedmiotami życia codziennego mieszkańców wyspy. Najbardziej znaną pracą jest rysunek dwójki dzieci jadących na wmurowanym w ścianę rowerze. Od tego momentu rozkwitło życie artystyczne w George Town. Wszystkie te instalacje można odnaleźć dzięki ogólno dostępnym mapkom turystycznym.

Postanowiliśmy spróbować wszystkich atrakcji tego miasta. Przeszliśmy ulicami wśród kolojnialnych budynków, zupełnie innych od widzianych wcześniej w Malezji i spróbowaliśmy wielu potraw i smakołyków.

Odnaleźliśmy również wszystkie najważniejsze instalacje.

Ostatniej nocy (z całych dwóch), postanowiliśmy spróbować również życia nocnego na słynnej wśród podróżników uliczce Love Street, na której pełno małych, ożywających nocą knajpek. Poznaliśmy dwóch sympatycznych Malezyjczyków, którzy udzielili nam kilku przydatnych rad dotyczących Malezji i Tajlandii – np. takich, że Julia musi być silna by bronić Kubę przed tajskimi LadyBoyami 😉

Było bardzo miło i wyspa Penang pozostanie na długo w naszej pamięci.

20171208_180036

Dzień 10 – Droga na wyspę Penang

7-ego grudnia wyruszyliśmy z Kuala Lumpur do George Town na wyspie Penang. Udaliśmy się na dworzec autobusowy T.B.S., gdzie kupiliśmy dwa bilety. Do odjazdu mieliśmy jeszcze pół godziny, które postanowiliśmy spożytkować. Chcieliśmy za wczasu wymienić dolary na tajską walutę, by nie martwić się tym później. Próba była nieudana, ponieważ Pani obsługująca w kantorze, trzy razy przeliczając, trzy razy proponowała zupełnie inną kwotę i kompletnie niezgodną z obencym kursem (w najlepszym wypadku oferowała ponad 4 razy mniej tajskich batów niż powinna).

Ruszyliśmy w stronę naszej bramki. Niestety dworce w Malezji są gorzej oznakowane niż w Singapurze, więc po 10 minutach bieganiny i szukania naszej bramki nadal nie mieliśmy pojęcia gdzie iść, a nasze ciężkie plecaki nieułatwiały zadania. W końcu okazało się, że trafiliśmy na zupełnie inny peron, czas się kurczył, a nikt nie był w stanie nam pomóc. W końcu zaczepił nas młody Azjata, który zaobserwował nasze zdenerwowanie i wskazał właściwą drogę. Gdy w końcu dotarliśmy, 5 minut przed planowanym wyjazdem, malezyjskim zwyczajem, okazało się, że autobus jest spóźniony, a Pani z obsługi krzyczała do nas tylko “Sit, sit! Not your bus!”

W końcu gdy weszłiśmy do autokaru okazało się, że jest bardzo komfortowy. Był to nasz drugi długi przejazd i ponownie zaskakująco komfortowy jak za taką cenę. Do autobusu wskoczyliśmy z ogromnego upału do przyjemnego chłodu klimatyzacji… Nie wiedząc jeszcze, że za pół godziny zamieni się ona w lodowaty koszmar. Nie wiedzieć czemu, malezyjczycy uwielbiają ujemne temperatury w czasie jazdy. Jest to przyjemne na krótką metę, ale nie na 6-godzinną podróż.

20171207_145707

Ziąb był tak dokuczliwy, że zaczęliśmy zakładać na siebie wszystko co mieliśmy w bagażu podręcznym – Kuba nawet owinął się polską flagą, którą nosimy zawsze w plecaku. Wyglądało to komicznie, gdy my siedziliśmy ubrani w przeciwdeszczowe kurtki z kapturami, owinięci chustami (i flagą), a niektórzy malezyjczycy siedzieli w koszulkach z krótkimi rękawkami. Może to jest powód, wszechobecnych kaszlących i kichających ludzi w Malezji?

Po 4 godzinach uratował nas postój, na którym wyciągnęliśmy z bagażu dodatkowe polary i długie spodnie, który ledwo zapewniły nam komfort cieplny, bo za oknem rozpętała się burza i temperatura jeszcze spadła (do 28 stopni na zewnątrz ;)).

Na wyspę Penang można dostać się dwoma mostami lub promem. Około godziny 21.30, po przejechaniu dłuższego z mostów, dotaraliśmy do miejscowości …, z której musieliśmy dostać si do George Town i naszego hostelu. Na przystanku autobusowym, okazało się, że jakaś brytyjka jedzie w tą samą okolicę i możemy podzielić się kosztem taksówki.

Dzięki temu do hostelu dostaliśmy się bardzo szybko i mogliśmy jeszcze pozwolić sobie na krótki nocny spacer po okolicy i wyczekaną kolację!

Dzień 9 – Kuala Lumpur – Sanktuarium dla słoni

6 grudnia, naszego ostatniego dnia w Kuala Lumpur wyruszyliśmy w długą drogę do Kuala Gandah. Kosztowało nas to wiele zachodu, gdyż musieliśmy pojechać metrem na dworzec centralny (KL Sentral), przesiąść się na kolejkę jednoszynową do Titiwangsa, skąd z dwoca autobusowego udaliśmy się w dwugodzinną podróż do miejscowości Lapchang. Zostaliśmy wysadzeni w małej wioseczce, na której głównej ulicy stało jedynie kilka prowizorycznych sklepów (baraków bez frontowych ścian). Tam, po chwili poszukiwań znaleźliśmy lokalnego człowieka, który za opłatą zawiózł nas do Kuala Gandah, oraz spowrotem o umówionej porze tak byśmy zdążyli na autobus powrotny do Kuala Lumpur. Ten ostatni odcinek pokonaliśmy super samochodem, malezyjskiej produkcji, marki Proton. Przejazd przypominał pościg z filmów klasy B, z otwartymi szybami, kierowca pędził krętymi drogami, wymijając po drodze niesforne stadka kóz, walające się po drodze pozostałości palm oraz wszystkich innych użytkowników drogi. Dotraliśmy w całości, pod same drzwi naszego celu.

A wszystko to, ponieważ w Kuala Gandah znajduje się Sanktuarium dla Słoni. Na wejściu dostaje się naklejkę na ubranie oraz formularz dotacyjny, gdyż warto wspomnieć, że wizyta w sanktuarium jest bezpłatna. Najpierw oglądaliśmy pół godzinny film dokumentalny nt. dzikich słoni żyjących w Malezji. Okazuje się, że słoń zjada ponad 100 kg pożywienia dziennie, a że dziko żyjące słonie podróżują w małych grupkach, sieją nielada spustoszenie w sadach i gospodsarstwach. Właściele mają dwa wyjścia: zastrzelić szkodniki albo zgłosić je do pracowników parku i rezerwatu. Specjalne grupy strażników starają się schwytać słonie i przewieźć je do wydzielonego miejsca w rezerwacie. Jest to operacja długa, skomplikowana i dla zwierząt nieprzyjemna, a dla ludzi niebezpieczna – ale konieczna dla uratowania słoni.

W sanktuarium żyje 24 słoni. (?) Każdy z nich ma dwóch opiekunów. Są to słonie osierocone, znalezion w sidłach lub w inny sposób okaleczone. Zwierzęta te są bardzo inteligentne i mają bardzo dobrą pamięć, ponoć pamiętają wszystko co doświadczyły.

Po projekcji zostaliśmy skierowani do miejsca gdzie można było kupić wiązki pociętych bambusów a potem nakarmić nimi słonie, co też uczyniliśmy z ogromną ekscytacją. Słonie wyczuwają natychmiast pokarm i wyciągają swoje sprawne trąby w kierunku przekąsek. Jest to niesamowite doświadczenie, człowiek zdaje sobie sprawe, jak wielkie są to zwierzęta, a przy tym bardzo delikatne. Ich mądre oczy zaglądają w duszę człowieka.

Po trafieniu trafiliśmy na pokaz (nie cyrkowy) gdzie każdy ze słoni demonstrował jakąś umiejętność przydatną im w dżungli. Czas na deser! Słonie dostały arbuzy,
banany i inne słodkie owoce.

Już mieliśmy się zbierać, gdy po krótkiej rozmowie, jeden z opiekunów zaproponował nam przygotowanie i nakarmienie młodego słoniątka. Zaprowadził nas na “zaplecze”, kazał umyć dokładnie ręce i dyktował listę składników do zmieszania w wyznaczonym wiadrze. Wrzuciliśmy kolejno: gotowany ryż, pół bochenka tostowego chleba, kubek brązowego cukru, kubek preparatu białkowego (specjalnego, przeznaczonego na wzmocnienie kości dla starszych ludzi), a wszystko zalaliśmy ciepłą przegotowaną wodą. Mężczyzna pokazał nam na migi, że mamy zanurzyć ręce w wiadrze i rozdrobnić mieszankę. Następnie by jeszcze bardziej ujednolicić konsystencję, użyliśmy elektrycznego miksera, po czym całość przelaliśmy do specjalnej butli zakończonej kawałkiem ogrodowego węża, co miało zastąpić smoczek.

Do dzieła! Słonik pije taką mieszankę 3 razy dziennie, a nasze wiaderko wypił z ogromną łapczywością.

20171206_155655

Na koniec, nasz przewodnik wszedł do zagrody z dużym słoniem mówiąc “photo, photo”. Byliśmy pewni, że przyprowadzi słonia bliżej, tak żebyśmy mogli zrobić zdjęcie. Okazało się, że zaprasza nas do środka, pokazał, żebyśmy stanęli z obu stron, chwycili słonia za ucho i głaskali go. Skóra słonia, choć bardzo gruba, wydała nam się miła w dodytku. Niestety czas nas gonił i musieliśmy już wracać do naszego szalonego kierowcy i na autobus powrotny.

Pobyt w Kuala Lumpur zakończyliśmy wieczornymi odwiedzinami Petronas Towers. Spotkaliśmy nawet polaka Jacka, z którym ucięliśmy sobie krótka pogawędkę.

Dzień 8 – Kuala Lumpur – Batu Caves

SONY DSC

5 grudnia, czyli trzeciego dnia naszego pobytu w Kuala Lumpur postanowiliśmy odwiedzić słynne Batu Caves. Jest to nazwa kompleksu świątyń-jaskiń (i pobliskiej im wsi) położonych na północ od Kuala Lumpur.

Do pociągu wpadliśmy pośpiechem, mając przy tym sporo szczęścia, bo okazało się, że niektóre wagony są dedykowane wyłącznie dla kobiet. W trakcie jazdy szczekaczki w kolejce, również nawołują, że jeżeli mężczyzna trafił do błędnego wagonu to powinien przenieść się do innego.

Po około 30-40 minutach jazdy dotarliśmy. Wyszliśmy z kolejki, wyszliśmy z dworca i nagle… małpy! W okolicy Batu Caves żyją duże ilości dzikich makaków. Było to nasze pierwsze spotkanie, oko w oko z małpami. Z pewną dozą uprzedzenia, wyminęliśmy człekokształtne i ruszyliśmy w kierunku jaskiń.

SONY DSC

Gdy zbliżaliśmy się do wejścia, oczom naszym ukazał się 42 metrowy pozłacany pomnik hinduistycznego bożka wojny Murugana. Stoi on u progu 272 schodów wiodących do głównej jaskini. Schody są bardzo strome, a wspinaczkę dodatkowo utrudnia upał i szalejące wokół małpy. Po drodzę do szczytu mija się wodospad, który przyjemnie chłodzi powietrze.

Po dotarciu na szczyt okazuje się, że jaskinia jest ogromna, a w ścianach można zobaczyć różne ołtarzyki, figurki i dary od wiernych. Wszystkie hinduistyczne rzeźby są bardzo kolorowe i często przyzdabiane kwiatami. W jaskini trwa również budowa
(lub renowacja) kawałka świątyni, chociaż z naszej obserwacji, robotnicy więcej czasu spędzają tocząc bój z małpami niż pracując.

Wchodząc w głąb okazuje się, że czekają na nas kolejne strome, lecz tym razem krótkie schody do następnej komnaty. W środku znajduje się zadaszona przestrzeń z małym pomieszczeniem chroniącym figurkę bożka, otwieranym na czas modłów. Mieliśmy szczęście zobaczyć taką krótką ceremonię.


Ta ostatnia część jaskini jest najbardziej widowiskowa, gdyż spoglądając w górę, zauważamy, że komnata jest otwarta, a z zewnątrz, wkradają sie do środka spływające do dołu dzikie pnącza.

Po wyjściu z jaskiń zjedliśmy prawdziwe indyjskie jedzenie, a na deser spróbowaliśmy słodkich wyrobów z pobliskich straganów. Ich słodycze opierają się na orzeszkach arachidowych, dużej ilości cukru i ryżu lub mące ryżowej. Są to wyroby, które dobrze znoszą wysoką temperaturę, ale dla naszych podniebień są po prostu bardzo słodkie.

Gdy Kuba wyrzucił opakowanie z resztką słodkich ziarenek ryżu, do śmietnika natychmiast wbiegła małpa i porwała woreczek. Usiadła na pobliskim słupie i zaczęła wybierać ziarenka. Mądre to zwierzątko, ale niezbyt czyste, więc po zjedzeniu, puściło opakowanie z wiatrem.
20171205_Batu_AMalpa

Po tych atrakcjach wróciliśmy do Kuala Lumpur i zaczęśliśmy planowanie kolejnego dnia 🙂

Dni 6 i 7 – Kuala Lumpur – Petronas Towers, park ptaków i ogród orchidei i hibiskusów

SONY DSC

Po naszym nocnym przybyciu do Kuala Lumpur musieliśmy trochę odpocząć. Pierwszego dnia w Malezji, postanowiliśmy przejść się po okolicy i odwiedzić główny symbol Kuala Lumpur, czyli Petronas Towers.

Jak wspominaliśmy wcześniej, nasz hostel położony jest w Chinatown. Pierwszy spacer, który miał nas jedynie doprowadzić do pobliskiej stacji kolejki, wyjawił nam „magię” tego miejsca. Mieszkamy na ulicy Petaling i około 150 metrów od naszego hostelu znajduje się chiński pchli targ! Znaleźć tu można wszystko, pióra Mont Blanc (których cena wyjściowa to niecałe 80 zł), zegarki Omega, buty Addidas, plecaki North Face, czy cokolwiek innego nam się przyśni. Wszysto oryginalne i ze skóry. Markowe. Oryginalne. Ze skóry. W super cenie. Takie hasła można usłyszeć od nawołujących ze wszystkich stron straganiarzy. Ciężko się przez to wszystko przebić, ponieważ starganiki są poustawiana tak ciasno, że idzie się gęsiego. Gdy jedna osoba przed nami zatrzyma się, skuszona świetną ofertą „only for You Madame/Sir”, cała reszta musi go jakoś wyminąć.

Gdy przedostaliśy się do stacji kolejki, okazało się, że pociągi już nie kursują tak jak w Singapurze – co 2 minuty, lecz rzadziej. Czekając na przyjazd kolejki, z oddali dało się usłyszeć muzułmańskie nawoływanie do modlitwy. Hipnotyczne pieśni są na tyle uporczywe, że faktycznie przykuwają naszą uwagę.

W końcu, po przejechaniu paru przystanków, wysiedliśmy na stacji KLCC, czyli Kuala Lumpur City Centre. Stąd dosłownie parę kroków do słynnego Petronas Towers. Są to dwie bliżniacze wieże, do 2004 roku najwyższe budynki na świecie, do dziś najwyższe bliźniacze budynki na świecie. Mają 88 pięter i niecałe 452 m wysokości. Pod nimi znajduje się centrum handlowe, po przejściu którego dostajemy się na drugą stronę do cudownych kolorowych fontann. O godzinie 20 byliśmy świadkami pięknego pokazu, podświetlanych na różne kolory ruchomych strumieni wody tuż przed jednym z najwyższych budynków na świecie! Wrażenia z tego pokazu są magiczne. Na dodatek, ogromna choinka opleciona zaprzęgiem świetlistych reniferów. Magia Azji i świąt w jednym kosmicznym tańcu świateł.

4 grudnia, drugiego dnia pobytu w Kuala Lumpur, wyruszyliśmy do chińskiej świątyni Thean Hou. Ta monumentalna budowla wygląda bardzo tradycyjnie, ale jak dowiedzieliśmy się później, zbudowana została w 1987 roku. Obserwowaliśmy tutaj jak modlą się Chińczycy, sprawdziliśmy horoskopy oraz nasze chińskie znaki zodiaku.

Następnie ruszyliśmy do „parku ptaków”, który przywitał nas kilkoma niespodziankami. Najpierw, tuż po wejściu spotkaliśmy kilka czaplowatych białych ptaków, które w ogóle się nas nie bały. Zaczęliśmy je maniakalnie obfotografowywać, niewiedząc jeszcze co czeka nas dalej. Chwilę później, spotkaliśmy ogromnego pelikana, leniwo siedzącego na skraju sadzawki – ponownie sesja zdjęciowa. Gdy tylko się odwróciliśmy, dojrzeliśmy ogromengo pawia z przepięknym długim ogonem, siedzącego na balustradzie. Po kolejnych ujęciach, poruszając się w głąb parku, dotarło do nas, że pawi i innych ptaków jest tu znacznie więcej i wszystkie chodzą wolno po całym parku. Może nie zupełnie wolno, ponieważ cały rezerwat otoczony jest wysoką siątką, ale nie mniej jednak, większość ptaków nie jest umieszczonych w klatkach. Na dróżkach, mozna tu spotkać licznie: perliczki, pawie, małe czaple, malajskie bociany (dławigłady malajskie) i koguty. Do tego, jest kilka pelikanów i flamingów, a w klatkach zobaczyć można dzioborożce, białe pawie, emu, strusie, oraz liczne papugi. Trzeba tutaj dodać, że pawii są tutaj dziesiątki, jeżeli nie setki, a z jednym Kuba musiał stoczyć bój o gofra. Bój z pawiem wygrał, ale w ferworze walki, gofra zdołała ukąsić czapla. Do tego, próbował go dziobnąć bocian. Chyba wszystkie przeczuwały, że Kuba najchętniej zobaczył by je w postaci pieczeni.


Oprócz ptactwa, w parku była też niespodzianka na którą od dawna czaiła się Julia – Fish Spa. Postanowiliśmy spróbować tego dziwacznego zabiegu, który polega na moczeniu nóg w wodzie pełnej małych rybek (według Kuby piranii), które obgryzają Ci stopy (definitywnie pirani!). Umieraliśmy ze śmiechu pod wpływem rybiego łaskotania i na pewno zapmiętamy to do końca życia 🙂

Po tych wszystkich atrakcjach ruszyliśmy do mieszczącego się nieopodal ogrodu z orchideami i hibiskusami. Wydawało się nam, że nic nie przebije singapurskiego Cloud Forest pełnego różnorakich storczyków. Byliśmy w błędzie. Ilość orchidei i storczyków w tym zupełnie otwartym ogrodzie jest niewyobrażalna. Mnogość gatunków, kształtów i kolorów onieśmiela. Nie wiedzieliśmy, że istnieje tak wiele odmian hibiskusów o tak różnym zabarwieniu… Mimo zmęczenia upałem i głodu (po starciu z ptactwem, postanowiliśmy przyjmność jedzenia odłożyć na później), ogrody te wprawiły nas w zachwyt.

W drodzę do domu zahaczyliśmy jeszcze o Central Market, najstarszy chiński ‚market’ w stolicy malezji. Miejsce to powstało w 1888 roku i przypomina trochę Gdańską Halę Targową. Nie ma tutaj co prawda ryb czy mięsa, ale za to dużo ubrań i ręcznie robionych drewnianych wyrobów.

Dzień przypieczętowaliśmy sokiem z świerzych owoców i spacerem do naszego hostelu.

Dzień 5 – Zoo i pożegnanie Singapuru

Ostatniego dnia naszego pobytu w Singapurze, spakowaliśmy i zostawiliśmy plecaki w przechowalni w naszym hostelu i popędziliśmy do Zoo. W drodze, nasz autobus został zatrzymany przez dzikie małpy spacerujące ulicą. W singapurskim zoo można zobaczyć wszelakiej maści małpy od orangtunanów po pawiany, hipopopotamy, kangury, zebry, żyrafy, warany z komodo, liczne węże, żółwie, misia polarnego i wiele, wiele innych.

Po wyjściu z Zoo popędziliśmy z powrotem po nasze bagaże i na autobus, który miał nas zawieźć do Kuala Lumpur. W drodze do hostelu, okazało się, że autobus ma dwugodzinne opóźnienie, więc zyskany czas poświęciliśmy na obiad. W końcu, stawiliśmy się w umówionym miejscu, przed „nowoczesnym” centrum handlowym Golden Mile Complex, gdzie udzielono nam informacji, że autobus niedługo podjedzie. Jak się okazało, podjechał rozwalający się 8-osobowy busik, z którego wyskoczył kierowca poszukujący pasażerów do Kuala Lumpur. W tym momencie byliśmy już przekonani, że 5-godzinną podróż odbędzięmy w bardzo „ciekawych” warunkach. Ostatecznie okazało się, że kierowca jedynie podwoził nas i innych do właściwego autokaru.

Co ciekawe autokar zatrzymywał się jeszcze kilka razy w różnych miejscach Singapuru i dosiadali do nas, ludzie którzy oczekiwali razem z nami przy Golden Mile Complex… W końcu wyruszyliśmy! Czekała nas jeszcze kontrola graniczna potwierdzająca wyjazd z Singapuru oraz kontrola graniczna i bezpieczeństwa na wjeździe do Malezji. Po przybiciu kolejnej pieczątki ruszyliśmy w dalszą drogę.

20171202_190718.jpg

Około 1 w nocy dotarliśmy do stolicy Malezji, Kuala Lumpur. Stąd taksówką pojechaliśmy do hostelu, który jak się okazało położony jest w Chinatown. Stąd będą zaczynały się nasze przygody przez następne 4 dni.

Dzień 4 – S.E.A. Aquarium i Gardens by the Bay

20171201_153124

Trzeciego dnia naszego pobytu w Singapurze ruszyliśmy by zwiedzić dwie bardzo znane atrakcje tego azjatyckiego giganta. Najpierw, pojechaliśmy do S.E.A. Aquarium, które znajduje się na turystycznej wyspie Santosa World Resort.

Trafić tam można wysiadając z metra na stacji Front Harbour i przesiadając się na specjalny bus RWS8, który za 2$ zawiezie nas pod samo Kasyno… Tak, kasyno, bo wyspa Santosa jest ośroddkiem czysto rozrywkowym – znajdziemy tutaj park wodny, kasyno, studio filmowe Universal, hotele, spa, restauracje, McDonalds i wszystko czego dusza zapragnie.

My zdecydowaliśmy się na S.E.A Aquarium, w którym zobaczyć można wiele egzotycznych stworzeń morskich, takich jak: dziwaczne rekiny młoty, ogromne płaszki, ochydne mureny (Morey eel) z ostrymi zębami, kolorowe rafy koralowe, kraby giganty, mnogość ukwiałów i rozgwiazd. Największą atrakcją jest tutaj ściana akwarium o wymiarach 35m x 8m, przez którą oglądać można w szczególności ogromne manty. Zwiedza sie też chodząc w oszklonych tunelach, gdzie rekiny i płaszczki pływają wokoło lub człowiekowi nad głową. Na konniec tańczące meduzy różnych rozmiarów… magicznie.

Stamtąd pojechaliśmy do kolejnego widowiskowego miejsca, którym są ogrody Gardens by The Bay. Jest to ogromny park z futurystycznymi drzewami (Super Trees) i dwoma ogrodami botanicznymi (Flower Dome i Cloud Forest). W pierwszym z nich znajdziemy kwiaty i rośliny z całego świata, od kaktusów i baobabów po koper włoski i pomidory. Drugi poświęcony jest lasom tropikalnym i orchideom, które są wizytówką Singapuru. Kwiaty te są wszechobecne w tym kraju, od lotniska, przez sklepy po przydrożne klomby, lecz ilość gatunków i wielkość tych znajdujących się w Cloud Forest jest niebywała. Dodatkowo, cała konsttrukcja ogrodu, po zachodzie słońca wygląda jak lądujący statek kosmiczny.

Gdy zapada zmrok odsłania się również drugie oblicze parku – Super Trees rozświetlają się niczym drzewa z fantastycznego filmu Avatar. Światła synchronizują się z dzwiękami muzyki, a otaczające wierzowce tworzą przepiękne tło dla tych dziwaczynch iluminacji.

Gdyby tego wszystkiego było mało, mieliśmy szczeście trafić na jarmark Bożonarodzeniowy, który gości w grudniu w Gardens by The Bay. Stragany wyglądają podobnie do swoich europejskich kuzynów i przez chwilę można zapomnieć, że jest 30 stopni. Znaleźliśmy cyrk i lodowisko – singapurczycy kompletnie nie potrafią jeździć na łyżwach 🙂

Dzień 3 – singapurskie Chinatown

SwiatyniaZebaBuddy.jpg

Dzisiaj, zwiedziliśmy singapurskie Chinatown i Little India.

Wyruszyliśmy z naszego hotelu, po drodze zakupując świeże owoce w lokalnym ‚warzywniaku’. Po wczorajszych przeżyciach z egzotycznymi owocami, postanowiliśmy spróbować bardziej nam znanych bananów, ananasa, papaji i arbuza. Wszystkie smakują trochę inaczej niż w Polsce, w szczególności ananas i arbuz były bardzo dojrzałe, soczyste i pełne smaku. Papaja jako jedyna nie wprawiła nas w zachwyt, ponieważ była zwyczjanie mdła.

Gdy dojechaliśmy do Chinatown, minęliśmy Świątynię Zęba Buddy i tysiąc chińskich mikrosklepów. Można tutaj sprawić sobie nową fryzurę, kupić ‚na pewno’ autentyczne antyki, pośpiewać karaoke za ciemnymi drzwiami, spotkać Buddę obok automatu z Coca-Colą i wiele wiele innych.

W końcu dotarliśmy do Chinatown Food Street, która okazała się bardzo turystyczną uliczną jadłodalnią. Zjedliśmy „Fried Carrot Cake” (Smażone Ciasto Marchewkowe?!?), które okazało się nie mieć nic wspólnego ani z marchewką, ani z ciastem. Jest to prawdopodobnie smażona potrawka z mąki ryżowej i rzodkiewki oraz omlety z rzodkiewką i ryżem. Napisaliśmy „prawdopobnie” ponieważ ciężko połączyć nasze wrażenia z opisem.

Po Chinatown pojechaliśmy metrem do Little India, gdzie odbyliśmy krótki spacer. Jest bardzo kolorwa dzielnica, w której faktycznie znaczna większość populacji to Hindusi. O pewnej godzinie odczucie przebywania tam zaczyna być mało przyjemne, więc postanowiliśmy wrócić do domu.

LittleInida

W drodzę z metra do naszej dzielnicy, zgłodnieliśmy i postanowiliśmy zjeść jeszcze ostatni dzisiejszy posiłek. Julia zjadła zapiekany ryż z owocami morza i jajkiem, a Kuba znowu zaeksperymentował i zamówił zupę z żaby! Na przystawkę dostaliśmy podejrzane mikro-chrupki, które okazały się chipsami z mini rybek oraz miękkie (prawdopobnie smażone) orzeszki ziemne.

Gorąca zupa z żab została podana w glinianym garnczku z chochlą, którego obsługi nauczyliśmy się dopiero po chwili – z dużego garnka przelewamy do małych miseczek, z których dopiero jemy posiłek. Sama zupa przypominała gotowany ryż z masłem (a ‚la owsiankę), w którym pływały duże kawałki ŻABY… Okazuje się, że żaba smakuje trochę jak kurczak, ale jest bardzo koścista. Generalnie oprócz nóżek, wszystkie kawałki wiążą się z wydłubywaniem kawałeczków mięsa z kości. Nie mniej jednak, Kuba zjadł zupę w całości z czego jest bardzo dumny.