7-ego grudnia wyruszyliśmy z Kuala Lumpur do George Town na wyspie Penang. Udaliśmy się na dworzec autobusowy T.B.S., gdzie kupiliśmy dwa bilety. Do odjazdu mieliśmy jeszcze pół godziny, które postanowiliśmy spożytkować. Chcieliśmy za wczasu wymienić dolary na tajską walutę, by nie martwić się tym później. Próba była nieudana, ponieważ Pani obsługująca w kantorze, trzy razy przeliczając, trzy razy proponowała zupełnie inną kwotę i kompletnie niezgodną z obencym kursem (w najlepszym wypadku oferowała ponad 4 razy mniej tajskich batów niż powinna).
Ruszyliśmy w stronę naszej bramki. Niestety dworce w Malezji są gorzej oznakowane niż w Singapurze, więc po 10 minutach bieganiny i szukania naszej bramki nadal nie mieliśmy pojęcia gdzie iść, a nasze ciężkie plecaki nieułatwiały zadania. W końcu okazało się, że trafiliśmy na zupełnie inny peron, czas się kurczył, a nikt nie był w stanie nam pomóc. W końcu zaczepił nas młody Azjata, który zaobserwował nasze zdenerwowanie i wskazał właściwą drogę. Gdy w końcu dotarliśmy, 5 minut przed planowanym wyjazdem, malezyjskim zwyczajem, okazało się, że autobus jest spóźniony, a Pani z obsługi krzyczała do nas tylko “Sit, sit! Not your bus!”
W końcu gdy weszłiśmy do autokaru okazało się, że jest bardzo komfortowy. Był to nasz drugi długi przejazd i ponownie zaskakująco komfortowy jak za taką cenę. Do autobusu wskoczyliśmy z ogromnego upału do przyjemnego chłodu klimatyzacji… Nie wiedząc jeszcze, że za pół godziny zamieni się ona w lodowaty koszmar. Nie wiedzieć czemu, malezyjczycy uwielbiają ujemne temperatury w czasie jazdy. Jest to przyjemne na krótką metę, ale nie na 6-godzinną podróż.

Ziąb był tak dokuczliwy, że zaczęliśmy zakładać na siebie wszystko co mieliśmy w bagażu podręcznym – Kuba nawet owinął się polską flagą, którą nosimy zawsze w plecaku. Wyglądało to komicznie, gdy my siedziliśmy ubrani w przeciwdeszczowe kurtki z kapturami, owinięci chustami (i flagą), a niektórzy malezyjczycy siedzieli w koszulkach z krótkimi rękawkami. Może to jest powód, wszechobecnych kaszlących i kichających ludzi w Malezji?
Po 4 godzinach uratował nas postój, na którym wyciągnęliśmy z bagażu dodatkowe polary i długie spodnie, który ledwo zapewniły nam komfort cieplny, bo za oknem rozpętała się burza i temperatura jeszcze spadła (do 28 stopni na zewnątrz ;)).
Na wyspę Penang można dostać się dwoma mostami lub promem. Około godziny 21.30, po przejechaniu dłuższego z mostów, dotaraliśmy do miejscowości …, z której musieliśmy dostać si do George Town i naszego hostelu. Na przystanku autobusowym, okazało się, że jakaś brytyjka jedzie w tą samą okolicę i możemy podzielić się kosztem taksówki.
Dzięki temu do hostelu dostaliśmy się bardzo szybko i mogliśmy jeszcze pozwolić sobie na krótki nocny spacer po okolicy i wyczekaną kolację!