6 grudnia, naszego ostatniego dnia w Kuala Lumpur wyruszyliśmy w długą drogę do Kuala Gandah. Kosztowało nas to wiele zachodu, gdyż musieliśmy pojechać metrem na dworzec centralny (KL Sentral), przesiąść się na kolejkę jednoszynową do Titiwangsa, skąd z dwoca autobusowego udaliśmy się w dwugodzinną podróż do miejscowości Lapchang. Zostaliśmy wysadzeni w małej wioseczce, na której głównej ulicy stało jedynie kilka prowizorycznych sklepów (baraków bez frontowych ścian). Tam, po chwili poszukiwań znaleźliśmy lokalnego człowieka, który za opłatą zawiózł nas do Kuala Gandah, oraz spowrotem o umówionej porze tak byśmy zdążyli na autobus powrotny do Kuala Lumpur. Ten ostatni odcinek pokonaliśmy super samochodem, malezyjskiej produkcji, marki Proton. Przejazd przypominał pościg z filmów klasy B, z otwartymi szybami, kierowca pędził krętymi drogami, wymijając po drodze niesforne stadka kóz, walające się po drodze pozostałości palm oraz wszystkich innych użytkowników drogi. Dotraliśmy w całości, pod same drzwi naszego celu.
A wszystko to, ponieważ w Kuala Gandah znajduje się Sanktuarium dla Słoni. Na wejściu dostaje się naklejkę na ubranie oraz formularz dotacyjny, gdyż warto wspomnieć, że wizyta w sanktuarium jest bezpłatna. Najpierw oglądaliśmy pół godzinny film dokumentalny nt. dzikich słoni żyjących w Malezji. Okazuje się, że słoń zjada ponad 100 kg pożywienia dziennie, a że dziko żyjące słonie podróżują w małych grupkach, sieją nielada spustoszenie w sadach i gospodsarstwach. Właściele mają dwa wyjścia: zastrzelić szkodniki albo zgłosić je do pracowników parku i rezerwatu. Specjalne grupy strażników starają się schwytać słonie i przewieźć je do wydzielonego miejsca w rezerwacie. Jest to operacja długa, skomplikowana i dla zwierząt nieprzyjemna, a dla ludzi niebezpieczna – ale konieczna dla uratowania słoni.
W sanktuarium żyje 24 słoni. (?) Każdy z nich ma dwóch opiekunów. Są to słonie osierocone, znalezion w sidłach lub w inny sposób okaleczone. Zwierzęta te są bardzo inteligentne i mają bardzo dobrą pamięć, ponoć pamiętają wszystko co doświadczyły.
Po projekcji zostaliśmy skierowani do miejsca gdzie można było kupić wiązki pociętych bambusów a potem nakarmić nimi słonie, co też uczyniliśmy z ogromną ekscytacją. Słonie wyczuwają natychmiast pokarm i wyciągają swoje sprawne trąby w kierunku przekąsek. Jest to niesamowite doświadczenie, człowiek zdaje sobie sprawe, jak wielkie są to zwierzęta, a przy tym bardzo delikatne. Ich mądre oczy zaglądają w duszę człowieka.
Po trafieniu trafiliśmy na pokaz (nie cyrkowy) gdzie każdy ze słoni demonstrował jakąś umiejętność przydatną im w dżungli. Czas na deser! Słonie dostały arbuzy,
banany i inne słodkie owoce.
Już mieliśmy się zbierać, gdy po krótkiej rozmowie, jeden z opiekunów zaproponował nam przygotowanie i nakarmienie młodego słoniątka. Zaprowadził nas na “zaplecze”, kazał umyć dokładnie ręce i dyktował listę składników do zmieszania w wyznaczonym wiadrze. Wrzuciliśmy kolejno: gotowany ryż, pół bochenka tostowego chleba, kubek brązowego cukru, kubek preparatu białkowego (specjalnego, przeznaczonego na wzmocnienie kości dla starszych ludzi), a wszystko zalaliśmy ciepłą przegotowaną wodą. Mężczyzna pokazał nam na migi, że mamy zanurzyć ręce w wiadrze i rozdrobnić mieszankę. Następnie by jeszcze bardziej ujednolicić konsystencję, użyliśmy elektrycznego miksera, po czym całość przelaliśmy do specjalnej butli zakończonej kawałkiem ogrodowego węża, co miało zastąpić smoczek.
Do dzieła! Słonik pije taką mieszankę 3 razy dziennie, a nasze wiaderko wypił z ogromną łapczywością.

Na koniec, nasz przewodnik wszedł do zagrody z dużym słoniem mówiąc “photo, photo”. Byliśmy pewni, że przyprowadzi słonia bliżej, tak żebyśmy mogli zrobić zdjęcie. Okazało się, że zaprasza nas do środka, pokazał, żebyśmy stanęli z obu stron, chwycili słonia za ucho i głaskali go. Skóra słonia, choć bardzo gruba, wydała nam się miła w dodytku. Niestety czas nas gonił i musieliśmy już wracać do naszego szalonego kierowcy i na autobus powrotny.
Pobyt w Kuala Lumpur zakończyliśmy wieczornymi odwiedzinami Petronas Towers. Spotkaliśmy nawet polaka Jacka, z którym ucięliśmy sobie krótka pogawędkę.