Dzień 26 – Koh Phangan.
Dzień przed wigilią wstaliśmy dosyć późno i zaczęliśmy od leniwego zjedzenia śniadania nad morzem. Jako, że Coco Garden prowadzony jest częściowo przez anglików, do wyboru jest kuchnia tajska lub europejska. Dla pewnej odmiany, zjedliśmy angielskie śniadanie – składające się z jajek przyrządzonych w wybrany sposób, tostów, bekonu, szynki, fasoli (baked beans), smażonych pieczarek i herbaty lub kawy. Zadziwiające, jak potrafi człowiekowi brakować herbaty czy w ogóle jedzenia, które normalnie ma na codzień.

Po takiej uczcie, ruszyliśmy na plaże, do której, z naszego bungalowa szliśmy niecałe 30 sekund (z zegarkiem w ręku!). Plaża wąska, ale prawie pusta. Wykąpaliśmy się i wyzbieraliśmy najładniejsze z muszli. Można tutaj znaleźć zdecydowanie inne dary morza niż na zachodnim wybrzeżu. Wyłowiliśmy bardzo wiele kawałków muszli z widoczną masą perłową.
Wieczorem, postanowiliśmy zwiedzić pobliską nam miejscowość i zjeść na lokalnym nocnym targu (kolejny night market). Gdy udało nam się przebić przez tysiąc straganików z pamiątkami i ubraniami, po chwili spaceru dotarliśmy na targ.
Ponownie, można tam znaleźć wiele rodzajów jedzenia, głównie bazującego na owocach morza. My spróbowaliśmy: grilowanych krewetek, sushi i drobiowych satayów.
Dzień zakończyliśmy kupując przekąski w lokalnym 7/11. Kuba chciał koniecznie spróbować chipsów zrobionych z… bobu! Obawialiśmy się, że podobnie jak nasze niektóre eksperymenty będą kompletnie niezjadliwe. Okazało się wręcz przeciwnie, w smaku były podobne do chrupków kukurydzianych i Kuba ze smakiem zjadł całą paczkę.